Na ścianie znajdującej się za Hayderem tyka zegar. To jedyna dekoracja w białej bezosobowej przestrzeni pokoju hotelowego w Regionie Kurdystanu, do którego Hayder wprowadził się po tym, jak uciekł z Bagdadu. Z rodziną łączy się tylko za pośrednictwem internetu. Jego przyjaciel Abbas zwariował już jakiś czas temu. Kiedyś Abbas był świetnym tłumaczem, dzisiaj podobno błąka się po ulicach boso i płacze. Pod jego drzwi podłożyli już dziesięć ładunków wybuchowych. Ciągle dostaje groźby. Inny przyjaciel Haydera został zastrzelony. Wiele osób uciekło do Turcji i do Libanu.
Kiedy w 2003 r. Amerykanie przybyli do Iraku, Hayder postanowił podjąć pracę jako tłumacz dla amerykańskiego wojska. Chciał pomóc obu stronom w skomunikowaniu się i jednocześnie wesprzeć swój kraj. Lecz kiedy zaczął pracę, Irakijczycy uznali go za zdrajcę. W ich oczach stał się kolaborantem. Wkrótce potem zaczął otrzymywać groźby.
„Mój wujek został zamordowany w 2006 r. Pracowaliśmy razem. Co miesiąc mieliśmy cztery dni urlopu. Pewnego dnia chciałem odebrać te wolne dni, ale wujek powstrzymał mnie, mówiąc, że najpierw on pojedzie odwiedzić rodzinę, a ja pojadę, jak on wróci. Miał przyjechać po czterech dniach. Piątego dnia dowiedziałem się, że nie żyje. Dostał 30 strzałów” – opowiada Hayder. Po tej tragedii przeniósł się z prowincji Dijala do Bagdadu. Musiał jednak uciekać dalej, wyjechał więc do Basry. Potem wrócił do Bagdadu. Ostatecznie przeniósł się do Regionu Kurdystanu. W Bagdadzie zostały jego żona i dwie córeczki.
Sytuacja Haydera pokazuje, jak wygląda życie wielu tłumaczy w Iraku czy w Afganistanie, którzy pracowali dla międzynarodowych sił wojskowych w swoich krajach. Dziś nie mogą spać spokojnie. Co chwilę się przeprowadzają, żeby nigdzie na dłużej nie pozostawiać po sobie śladu. Dostają listy z pogróżkami, odbierają anonimowe telefony, boją się wyjść na ulicę. Ich dzieci nierzadko nie chodzą do szkoły. W izolacji od świata spędzają czasami nawet kilka lat.
Jako tłumacze byli pośrednikami między żołnierzami a lokalną kulturą, asystowali przy przeszukiwaniach miejscowych, odgrywali ważną rolę przy rozpracowywaniu lokalnych siatek terrorystycznych. Stali się tym samym ich celem. Często zostawali odrzuceni przez własne środowisko, nierzadko nawet przez rodziny.
Chcieliby wyjechać za granicę, ale trudno jest im otrzymać wizę.
Sen, który się nie spełnił
Kiedy Ahmad Dżawad postanowił wziąć udział w rekrutacji na stanowisko tłumacza, nikt jeszcze nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo niebezpieczna okaże się ta praca. Wojska z całego świata przybyły do Afganistanu, by walczyć z terroryzmem, zapobiegać fundamentalizmowi i ramię w ramię wspólnie zaprowadzić w kraju spokój. „Naprawdę były naszą nadzieją” – mówi Ahmad Dżawad. Pracę tłumacza podjął także dlatego, że chciał mieć swój wkład w pomoc ojczyźnie. Niestety, obiecująca wizja wygranej z fundamentalistami przegrała z rzeczywistością. Ta natomiast coraz bardziej pogrążała w niebezpieczeństwie samych tłumaczy.
Przy rekrutacji kandydatów kluczowe znaczenie miała weryfikacja pod względem bezpieczeństwa. Jeśli chodzi o znajomość języka angielskiego – wystarczył poziom ponadpodstawowy. Pracy w regionie, w którym mieszkał Ahmad Dżawad, było niewiele, zwłaszcza dla ambitnych osób po studiach. Jeśli zatem ktoś choć trochę znał angielski, posada tłumacza była idealna. Można było wykorzystać znajomość języka w pracy i jednocześnie wciąż go szlifować wśród obcokrajowców. „Uwierz mi, w naszym kraju niewiele osób mówiło wtedy po angielsku. W czasie reżimu talibów nikt nie studiował anglistyki. Mieliśmy co prawda lekcje angielskiego w szkole, ale nikt specjalnie nie przywiązywał do tego wagi. Ja nauczyłem się angielskiego na dodatkowych kursach” – mówi Ahmad Dżawad.
###banner###
Optymizm porwał także Samadiego. Wierzył, że trudna sytuacja w Afganistanie wkrótce się poprawi. Kompletnie nie zastanawiał się nad ryzykiem. Pieniądze również nie były dla niego kluczowe. Praca dla zagranicznych sił wojskowych miała raczej być dobrym punktem w CV na przyszłość, pomóc w podszkoleniu języka angielskiego i spełnieniu poczucia obowiązku wobec kraju. „Skoro obcokrajowcy pozostawiają swoje rodziny i jadą na drugi koniec świata, żeby zwalczyć terroryzm, to my, będąc na miejscu, tym bardziej powinniśmy im pomóc” – mówi.
Tak jak wielu tłumaczy, Samadi początkowo chodził z żołnierzami po pracy do restauracji lub na bazar. Nie nosił kamizelki kuloodpornej. „Byliśmy zbytnimi optymistami. Gdybym wiedział, że sytuacja przyjmie taki obrót, nie wziąłbym tej pracy” – dorzuca.
W obietnice dane Afganistanowi przez świat uwierzył także Wahid. Miał nadzieję, że jego kraj w końcu będzie wolny od problemów. „Wszyscy naokoło mówili, że w Afganistanie już za chwilę będzie bezpiecznie. Czego więc miałem się bać? – pyta. – Dopiero teraz widzę, że społeczność międzynarodowa nie przywiązuje żadnej wagi do tego, co się dzieje z Afgańczykami” – dodaje.
Halo, kto mówi?
Kiedy Bauer zaczął pracę dla wojska, ludzie przestali się z nim witać.
Talibowie wysyłali swego rodzaju listy gończe za tłumaczami. Można było zgarnąć 10 lub nawet 20 tys. dolarów nagrody.
„Zostałem zaatakowany dwa razy. Ostatni raz, kiedy dostałem groźbę od talibów, pracowałem dla niemieckiej armii. Wtedy moi przełożeni zdecydowali, że przeniosą mnie i moją najbliższą rodzinę do Niemiec” – opowiada Bauer. Dziś mieszka już w Berlinie, został relokowany do Niemiec.
Takiego szczęścia nie miał Ahmad Dżawad, który dla sił niemieckich w Afganistanie pracował przez dziewięć lat. Od 2014 r. talibowie grozili mu osiem razy. Poinformował o tym przełożonych, lecz ci nie podzielili jego obaw. Obecnie mieszka w północnej części kraju, ale pochodzi ze środkowego Afganistanu, gdzie wciąż żyje większość jego krewnych. „Wszyscy uważają, że pracowałem dla najeźdźców. Moja rodzina mieszka w regionie kontrolowanym przez talibów, więc jeśli wskutek jakichś działań militarnych prowadzonych przez zachodnie wojska ucierpiałby ktoś z ich sąsiadów czy krewnych, uznaliby, że miałem w tym swój udział” – mówi.
Fazal z żoną i piątką dzieci mieszka w Kabulu. Co jakiś czas ze względów bezpieczeństwa zmieniają lokalizację. Jako tłumacz pracował w Laszkargah w prowincji Helmand uznawanej za najniebezpieczniejszą w Afganistanie. Rzucił pracę, kiedy zaczął otrzymywać groźby. „Byłem śledzony. Odbierałem telefony z pogróżkami od nieznajomych. Głos w słuchawce mówił, że wiedzą o mojej pracy dla Międzynarodowych Sił Wsparcia Bezpieczeństwa, że nie zostawią mnie w spokoju, że mnie zabiją albo że skrzywdzą kogoś z mojej rodziny. Uznali mnie za współpracownika niewiernych, którzy okupują Afganistan”. W pracy doradzono mu, by z bazy wracał do domu tylko raz na tydzień, i to za każdym razem inną drogą i o różnych porach. Jego wujek oraz 18-letni kuzyn zostali zastrzeleni przez talibów. Wtedy zdecydował się wyjechać do Kabulu. Od pięciu lat nie pracuje już dla cudzoziemców.
Samadi nie ma wątpliwości, że wśród znanych mu ludzi są i tacy, którzy chcą go skrzywdzić. Lecz sam nie wie, kiedy to nastąpi. Krewni nie zapraszają go na spotkania. Nie składają mu życzeń podczas świąt. „Tłumaczyłem im wiele razy, dlaczego moja praca była istotna dla naszego kraju. Dawałem przykłady, jak pracowaliśmy, jak pomagaliśmy lokalnej policji. Ale oni wciąż są przekonani, że jestem szpiegiem” – mówi.
Groźby? Wahid wyjaśnia, że kiedyś jeszcze dzwonili albo pisali SMS-y. „Teraz już nikt nie dzwoni, nikt nie pisze. Po prostu mają cię na celowniku. Po co ostrzegać, skoro i tak chcą cię wyeliminować?”
Do Ahmada Dżawada natomiast zazwyczaj dzwonią. Zawsze najpierw pytają, czy rozmawiają właśnie z nim. A potem konkretnie mówią, o co im chodzi: „Wiemy, że pracowałeś dla cudzoziemców. Jesteś współodpowiedzialny za ich szatańskie działania. Czynisz zło. Nasi bojownicy są wszędzie, także niedaleko ciebie. Przy najbliższej okazji cię wyeliminują. Nie licz na drugą szansę”. Raz dostał też list z pogróżkami o podobnej treści.
Hayder w dalszym ciągu otrzymuje SMS-y, że jest zdrajcą. „Piszą, że jestem Amerykaninem i że nie zapomną mi tego. Że mnie dopadną i zabiją”. Wysłał e-maile do wszystkich oficerów, których znał. Poprosił o pomoc. Nikt się tym nie przejął. „Dopiero potem poznałem dwie kobiety, które powiedziały, że mi pomogą dostać amerykańską wizę. Pracują w programie AWA SIV Advocacy. Nic jednak nie obiecują, bo podobno administracja Trumpa zmniejszyła drastycznie liczbę wydawanych wiz dla osób z krajów muzułmańskich” – mówi.
Po kilku miesiącach pracy, kiedy Hayder zaczął otrzymywać pogróżki, zdecydował się zasłaniać twarz. Jego rodzina musiała przeprowadzić się do innego miasta. Na drzwiach jego rodziców ktoś zostawił dla niego wiadomość: „Poszukiwany martwy”. Do dziś ma ten napis przed oczami.
W ciągłym oczekiwaniuZ myślą o irackich i afgańskich tłumaczach, a także kierowcach i innych osobach z personelu, którzy pracowali dla amerykańskich jednostek wojskowych, w 2009 r. w Stanach Zjednoczonych został ustanowiony specjalny program wizowy przewidujący otrzymanie Special Immigrant Visa (SIV). Obejmuje on pracowników oraz ich małżonków i dzieci. Do 2019 r. skorzystało z niego 30 tys. aplikujących. Żeby otrzymać taką wizę, należy przejść 14-stopniowy proces weryfikacji koniecznej ze względów bezpieczeństwa, a jednym z elementów, które warto dołączyć do swojej aplikacji, jest list z pogróżkami. Zazwyczaj poświadczenie o groźbach otrzymanych telefonicznie lub osobiście wystarczy, ale list jest dodatkowym uwierzytelnieniem. Najlepiej, jeśli zostanie podpisany przez jakiegoś znanego, niebezpiecznego bojownika. Zagrożenie staje się wiarygodne. W regulaminie programu zapisane jest, że całość formalności ma zamknąć się w dziewięciu miesiącach, po których wnioskujący powinien już móc zostać relokowany. W praktyce jednak średni czas oczekiwania na SIV to cztery lata. Nierzadko trwa to o wiele dłużej. By wspomóc osoby składające aplikacje do programu do życia, powołano organizację Association of Wartime Allies (AWA SIV Advocacy), która pomaga w prawidłowym zebraniu dokumentacji. Dlaczego na decyzję o jej przyznaniu czeka się tak długo? „Z powodu złego zarządzania procesem aplikacji i trudności administracyjnych. Liczba spływających wniosków jest o wiele większa niż możliwości ich przetworzenia przez personel. Rozmawiałam wielokrotnie z osobami pracującymi w National Visa Center, która jest jedną z głównych agencji zaangażowanych w proces wydawania SIV-ów. Ci ludzie zawsze oferują mnóstwo pomocy i robią absolutnie wszystko, co mogą. Niektórzy nawet oferowali więcej, niż wymagały tego ich obowiązki” – wyjaśnia Kim Staffieri pracująca w programie. Inną inicjatywą jest organizacja pozarządowa Red T, która wspiera tłumaczy pracujących w miejscach o podwyższonym ryzyku, a także działa na rzecz zmiany międzynarodowego prawa dotyczącego osób zatrudnionych na tym stanowisku. Obecnie nie ma żadnych ustalonych rozwiązań prawnych, które dotyczyłyby tłumaczy pracujących w miejscach, gdzie toczy się lub niedawno miał miejsce konflikt zbrojny. Tego typu pracownicy mogą jedynie podlegać pod konwencje, które chronią wszystkich cywilów. Praca nad zmianą prawa to bardzo powolny proces. „Wraz z niektórymi komórkami ONZ współorganizujemy wydarzenia opatrzone hasztagiem #ProtectLinguists oraz pracujemy nad rezolucjami lub innymi instrumentami prawnymi, które mogłyby chronić tłumaczy. Dokumentujemy przypadki przemocy wobec tłumaczy na całym świecie i wraz z nowojorskim Columbia University tworzymy bazę danych. We współpracy z innymi organizacjami działającymi na rzecz tłumaczy publikujemy poradniki postępowania w strefach konfliktu dla tłumaczy cywilnych i osób korzystających z…