Subskrybuj
Pisarz i fotograf. Autor cykli reporterskich oraz książek tłumaczonych na angielski, niemiecki, rosyjski i węgierski. Współtwórca festiwalu literackiego MiedziankaFest. Razem z Julią Fiedorczuk założył Szkołę Ekopoetyki przy Instytucie Reportażu. Ostatnio opublikował Dwunaste: Nie myśl, że...

Z głębi ciemnego lasu

Ja mam za dużo, oddaję więc część tego, co mam, tobie – dzięki temu ty masz więcej, a ja mam mniej. Uczymy tego dzieci już w przedszkolach. Teraz musimy to po prostu zrobić.

Gdyby zaś trzeba było przedłożyć jakąś normę, jedyną i stanowiącą miarę naszych intencji, to byłoby nią wytrącenie z odrętwienia etycznego, z jego stadnej mechaniki, uświadomienie sobie faktu – rozstrzygającego, ciążącego, niepokojącego – że to, co etyczne, istnieje

Andrei Pleșu, Minimalizm etyczny (tłum. A Zawadzki)

W maju 1916 r., kilka miesięcy po tym, jak zagrzmiały pierwsze armaty pod Verdun, niemiecki ornitolog Paul Robien siada przy biurku w portowym mieście Stettin, by napisać list do cesarza Wilhelma II. Robien, przerażony ogromnymi stratami, o jakich czyta w codziennych doniesieniach prasowych z frontu, wzywa kaisera do ustąpienia. „Tylko w ten sposób – tłumaczy – ocalone mogą zostać miliony ludzkich istnień”. Jedynie tak można zakończyć rzeź.

Gest Robiena nie ma żadnego sensu. List od jakiegoś zdziwaczałego przyrodnika z prowincjonalnego miasta nie spowoduje przecież abdykacji cesarza w samym środku wojny. Jedyny efekt, jaki może przynieść, to zainteresowanie odpowiednich służb nadawcą. Szybko zostaje ustalone, że autor listu to weteran marynarki wojennej, uczestnik kontyngentu wysłanego dziesięć lat wcześniej do Namibii w celu stłumienia powstania Hererów. Skuteczność, z jaką niemiecka armia zaprowadziła porządek w zbuntowanej kolonii, zostanie z czasem nazwana przez historyków pierwszym ludobójstwem XX w. Z dokumentów Robiena, które w tamtym czasie są pewnie wnikliwie studiowane przez policję, wynika, że ma on już za sobą pobyt w zakładzie psychiatrycznym na skutek załamania nerwowego, jakie przeżył po powrocie z Afryki (kolejny pobyt przed nim, nawrót choroby przyjdzie już za rok, ale tego w dokumentach, siłą rzeczy, być nie może). Obecnie wiedzie względnie spokojne życie męża i ojca oraz pracownika muzeum przyrodniczego, gdzie od 1913 r. zajmuje się opracowywaniem zbiorów ornitologicznych.

Nie jest więc Robien kimś, na kogo cesarz Niemiec musiałby zwracać jakąkolwiek uwagę.

Nie jest też kimś, kto by sobie z tego nie zdawał sprawy.

Ale pisze swój list. Uważa bowiem, że tak właśnie należy postąpić.

Droga zgubiona

Pierwsza tercyna Boskiej komedii Dantego w wydanym pod koniec 2021 r. nowym przekładzie Jarosława Mikołajewskiego brzmi tak:

„W połowie wędrówki naszego życia

znalazłem się w ciemnej dziczy

bo prosta droga była zgubiona”.

Różni się znacząco ten początek Komedii od tego, do którego przyzwyczaiło nas wcześniejsze tłumaczenie autorstwa Edwarda Porębowicza:

„W życia wędrówce, na połowie czasu

Straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi

W głębi ciemnego znalazłem się lasu…”.

Jarosław Mikołajewski tłumaczy się z tej zmiany we wstępie do swojej wersji przekładu. „Dante nie mówi (…), że – parafrazując – ja znalazłem się w głębi lasu dlatego, że ja straciłem szlak. Jego rozpoznanie jest takie, że ja się zgubiłem, bo prosty szlak został stracony przez tych, którzy mają obowiązek go pilnować: papieża i cesarza. Ergo: człowiek będzie cierpiał katusze piekielne osobiście, choć wina nie jest tylko jego: współodpowiedzialna za jego zgubienie jest także niemoralna władza… Obsesja zaimków bardzo dociąża taki rozkład odpowiedzialności”.

O tym wszystkim mówił też Mikołajewski w czasie premiery książki w warszawskiej siedzibie PEN Clubu. Podkreślał przy tym aktualność fragmentu rozpoczynającego poemat, ponieważ znów znaleźliśmy się w miejscu, w którym niemoralna władza dopuściła do tego, byśmy zgubili drogę.

„Czasami gdy brakuje słów, cisza jest najgłośniejszym wołaniem” – powiedział Mikołajewski i poprosił, żebyśmy rozpoczęli to spotkanie od chwili milczenia poświęconej uchodźcom umierającym na polsko-białoruskiej granicy.

Ten moment ciszy niczego nie zmienił w ich losie.

Wszyscy zdawaliśmy sobie z tego sprawę.

Rozsiedliśmy się potem wygodnie w fotelach, rozpoczęło się spotkanie, mądrzy ludzie mówili o mądrych sprawach. Za oknem szarzał listopadowy mokry zmierzch.

Nie mogłem się jednak oprzeć wrażeniu, że oto zmaterializowała się w tej krótkiej chwili myśl Andreia Pleșu przytoczona w  motcie do niniejszego tekstu. Że prosta prośba Mikołajewskiego na rozpoczęcie dyskusji o jednym z najważniejszych tekstów kultury europejskiej wytrąciła nas z odrętwienia, że stojąc i milcząc, a później słuchając rozmowy, trochę lepiej poczuliśmy to, co Pleșu nazywa „rozstrzygającym, ciążącym i niepokojącym” – że to, co etyczne, istnieje.

Kolejna zła wiadomość

Oto więc stajemy w ciemnej dziczy, bo prosta droga została zgubiona. Nie wiemy, co robić. Spoglądamy na wschód z  trwogą i  bezradnością. U  naszych progów znaleźli się ludzie inni od nas. Chcą wejść. Większość nie wejdzie, uda się to nielicznym. Wielu z  nich umrze. Utopią się w Bugu, być może ktoś ich zastrzeli, pobije na śmierć albo po prostu stracą siły – z odwodnienia, braku jedzenia, zimna. Wśród nich będą dzieci. One też umrą. Widok tych ludzi ściska nasze serca i rujnuje psychikę strażników granicznych oraz kobiet i mężczyzn, którzy zdecydowali się nieść pomoc na granicy. Otwiera też portfele – do organizacji płynie strumień pieniędzy i darów. Jednocześnie samochody ratowników pracujących woluntarystycznie w strefie przygranicznej są niszczone przez nieznanych sprawców. Natomiast internet pełen jest dobrych rad: żeby uchodźcy poszli na przejście graniczne albo do polskiego konsulatu, że przecież nie możemy wszystkich przyjąć, że to rozgrywka Putina i Łukaszenki, więc polską racją stanu jest nie dać się w nią wciągać. Rośnie mur, wzbiera za nim fala cierpienia. Już nie wiadomo, co bardziej obezwładnia: los tych nieszczęśników wędrujących przez bagna i lasy czy z taką łatwością odsłonięte pokłady społecznej bezduszności i niechęci do jakichkolwiek ludzkich zachowań. Bezduszności, dodajmy, artykułowanej w sposób bezwstydny. Być może na naszych oczach znajdują potwierdzenie słowa Zygmunta Baumana, że „nienawiść do autonomicznych, żywiołowych odruchów moralnych jest w przypadku wspólnot postulowanych o wiele ostrzejsza, bardziej czujna i wojownicza niż w przypadku solidnie okopanego organizmu państwowego, czującego się bezpiecznie i pewnego swej mocy” (Etyka ponowoczesna, tłum. J. Bauman, J. Tokarska-Bakir).

W tym samym czasie odbywa się bezowocny i dramatycznie kompromitujący dla międzynarodowej wspólnoty szczyt klimatyczny w Glasgow, którego podsumowanie przewodniczący obradom Alok Sharma wygłasza łamiącym się głosem. Bo właściwie nie udało się ustalić nic, co dawałoby nadzieję na przyszłość.

Oba wydarzenia są ze sobą powiązane – dzisiejsi uchodźcy są forpocztą ogromnej wędrówki ludów, która będzie nabierać impetu wraz z postępującą katastrofą klimatyczną. Kilka tysięcy rozjuszonych Syryjczyków i Irakijczyków uwięzionych między Białorusią a Polską to tylko zapowiedź tego, co ma nadejść. Przy tym wszystkim kryzys pandemiczny wydaje się chwilową turbulencją, a bezradność polskiego państwa względem niego ponurym prognostykiem na przyszłość.

A więc kryzys za kryzysem, za jedną złą wiadomością jeszcze gorsza. Konfrontacja z rzeczywistością rozsadza fundamenty naszych wyobrażeń o niej, bo jak kultywować zatroskanie o los Polski w europejskiej wspólnocie, gdy widzi się przyzwolenie Unii na nieludzkie działania naszych władz? Jak stać po stronie Kościoła, gdy ten nie kwapi się, by swoją siłą i wpływem, jakich używa w sprawach obyczajowych dzielących od lat polskie społeczeństwo, przerwać rozgrywające się cierpienie?

Robić, ile się da

Pisząc swój list, Paul Robien również musiał zmierzyć się z bezradnością wobec bezdusznej machiny historii, z katastrofą rujnującą świat. I to nie raz. Krótko po wojnie wysłał serię listów do ministra obrony Republiki Weimarskiej Gustava Noskego oraz szefa dowództwa armii Hansa von Seeckta, w których oskarżał ich o zbrodnie wojenne. Liczył, że adresaci listów wytoczą mu proces, że będzie mógł przeciwko nim zeznawać, a sprawa nabierze rozgłosu publicznego. Podejmował także akcje protestacyjne, chcąc nagłośnić nieprawidłowości w demilitaryzacji niemieckiej armii i łamanie postanowień traktatu wersalskiego.

Dwadzieścia lat później pisze kolejny list, tym razem skierowany do dowódcy Luftwaffe Hermanna Göringa. Domaga się w nim zmiany tras wojskowych wodolotów lądujących na Dammscher See znanym dziś jako Jezioro Dąbie. Warkot maszyn płoszy rzadkie ptaki żyjące na archipelagu u ujścia Odry. Robien bada je i inwentaryzuje na potrzeby stacji badawczej założonej na jednej z wysp.

###banner###

Napisanie tych wszystkich listów również nie miało większego znaczenia. Tak jak z perspektywy, w której tkwił sam Robien, nie miało większego sensu zaczynanie w 1922 r. Wielkiej Rewolucji Natury. Bardzo niepozorny to był początek. Nieco wcześniej przyrodnik wziął udział w Niemieckiej Konferencji Osiedleńczej w Worpswede. Głównym mówcą był tam Leberecht Migge – architekt ogrodów, który jeszcze w 1919 przedstawił swój Das grüne Manifest (Zielony manifest), a w nim koncepcję idyllicznych miast otoczonych kręgiem wydajnych, intensywnie uprawianych ogrodów i  drugim, zewnętrznym, kręgiem majątków ziemskich. Miała to być odpowiedź na industrializację, problem mieszkaniowy w miastach, panujące tam biedę i głód. Konferencję zwołano przecież w czasach szalejącej inflacji i gospodarczego kryzysu toczącego młodą Republikę Weimarską. Robien podzielał diagnozę sytuacji artykułowaną przez Miggego, uważał jednak, że rozwiązanie problemów wymaga bardziej zdecydowanych i radykalnych kroków niż te postulowane w jego manifeście.

„Śmierci i zniszczenia wszelkich form życia nie da się pogodzić z kulturą ogrodów – pisał. – To objawienie Miggego działa otrzeźwiająco. Błyskawicznie pojmuję teraz, że osiedlanie, które stanie się obecnie modą, będzie nieszczęściem, gdyż osiedleńcy będą dążyć do pozyskania wszystkich odłogów i bagnisk, które są akurat krainami życia wielu cudownych form zwierząt i roślin. Akcja osiedleńcza w swej krańcowej postaci znaczy więc śmierć i zniszczenie fauny i flory dla ideału ogrodu, który oznacza tylko bardzo jednostronną ochronę przyrody”.

Z Worpswede wyjeżdżał rozczarowany, rok później, w 1921, założył więc Międzynarodowe Stowarzyszenie Stacji Przyrodniczych, którego pierwszą inicjatywą był Kongres Rewolucjonistów Natury w Berlinie. W inauguracyjnym przemówieniu postulował utworzenie w Niemczech ok. tysiąca rezerwatów przyrody, w  których prowadzony byłby na koszt lokalnych wspólnot i samorządów stały monitoring przyrodniczy. To byłby jedynie początek, bo sieć takich rezerwatów miała objąć całą Europę. Wszystkie one podlegałyby ponadpaństwowemu zarządowi, bo w końcu stan środowiska nie jest sprawą tylko jednego narodu.

„Wszędzie obchodzi się z przyrodą za pomocą pary, elektryczności i dynamitu – tłumaczył w jednym ze swoich późniejszych tekstów. – A jeśli ten proces potrwa dalej przez jeszcze kilka dziesiątków lat, to otrzymamy kulturowe pustynie ubogie w gatunki. Obszary bagienne, tak jak i wielkie lasy, są naturalną ostoją. Ich odwadnianie prowadzi do trwałych zniszczeń stosunków wód gruntowych. Tu rozpoczyna się poczucie odpowiedzialności przed przyszłymi pokoleniami, którym nie możemy pozostawić w spadku pustyni”.

Ruch robotniczy, do którego adresował Robien swoje apele, nie był jednak zainteresowany Rewolucją Natury Paula Robiena. Postulaty, które przyrodnik ogłosił w Berlinie, nie zostały nawet skrytykowane – nikt po prostu nie zwrócił na nie uwagi. Dlatego też Robien postanowił zrealizować swój plan w mniejszej skali. Wybudował barkę, na niej ustawił niewielką chatkę i popłynął na bezludną wyspę Mönne na Dammscher See. Po przybiciu do brzegu wciągnął na maszt zieloną kwadratową flagę z literą N wyhaftowaną w lewym górnym rogu. Tak właśnie zainaugurowana została działalność pierwszej Stacji Przyrodniczej na Mönne.

Nieracjonalna moralność

Postawę Paula Robiena dość łatwo romantyzować, zobaczyć w  nim wizjonera utopistę, który zapatrzony jest w daleką przyszłość. Taka figura jest niezwykle atrakcyjna, wpisuje się w opowieściowy schemat o szlachetnej jednostce, która w imię idei stawia czoła przeciwnościom losu i w końcu odnosi zwycięstwo, nawet jeśli bohatersko umiera. Co jednak, jeśli dowiemy się, że mimo chwilowej popularności w latach 20. i 30. Robien nigdy nie zdołał wyprowadzić pomysłu Wielkiej Rewolucji Natury poza wyspę Mönne? Oprócz tej stacji nie powstała żadna inna. Jego wkład w ochronę przyrody można ocenić jedynie na podstawie rozproszonych tekstów poświęconych obserwacjom konkretnych gatunków ptaków w dorzeczu dolnej Odry. Stacja na Mönne już nie istnieje, wyspa nazywa się dziś Siedlińskie Łąki, a ten, kto zdoła na nią dotrzeć, zobaczy tylko kamienny fundament domu, który w końcu po latach udało mu się tam zbudować. Jest też okolicznościowa tablica, można z niej wyczytać, że zarówno Robien, jak i jego partnerka Eva Windhorn są gdzieś tam pochowani. Gdzie dokładnie? Nie wiadomo. W listopadzie 1945 r. na wyspie zjawili się radzieccy żołnierze. Według relacji jednego ze świadków Eva Windhorn została przed śmiercią zgwałcona w piwnicy stacji, sam Robien zastrzelony, prawdopodobnie w chwili gdy próbował ją ratować. Ich ciała zostały pośpiesznie pochowane przez polskie władze. Materiały zgromadzone w stacji w sporej części uległy zniszczeniu, te, które udało się uratować lokalnej dziennikarce pod koniec lat 40., zdeponowano w Polskiej Akademii Nauk.

Paul Robien, niemiecki przyrodnik-amator i pacyfista fot. domena publiczna

To jednak nie wizjonerstwo Robiena, jakkolwiek pociągające narracyjnie, jest tutaj interesujące. O wiele bardziej zajmujące jest to, że niemal każde z jego działań spełnia definicję bezpośredniego odruchu moralnego – jest słuszne, choć nieracjonalne. Właśnie tak pisze o zjawiskach moralności Zygmunt Bauman – że są one z istoty „nieracjonalne”. Gdy zaczniemy je logicznie uzasadniać, przestają być spontanicznym odruchem, a stają się kalkulacją. Słowem  – moralności wytłumaczyć się po prostu nie da. Każda próba jej racjonalizacji, każda analiza skuteczności odruchu moralnego powinna z zasady wydawać się podejrzana. Andrei Pleşu tłumaczy to tak: „Są chwile, w których trzeba zrobić po prostu to, co jako pierwsze przychodzi do głowy. Każda zwłoka nieodwracalnie osłabia zdrowy moralny odruch. Nadmiar inteligencji, psychoanalityczne wyrafinowanie, nawyk szukania dla wszystkiego usprawiedliwień, rozważania wszystkiego dialektycznie, wreszcie talent do dostrzegania względności tam, gdzie wrodzone rozeznanie bez trudu rozróżnia dobro od zła – to wszystko są niewątpliwe przesłanki utraty moralnej spontaniczności”.

Tak rozumiana moralność wymaga oczywiście wcześniejszego ustalenia w obrębie wspólnoty systemu wartości – rozpoznania, co jest dobre, a co złe. W przeciwnym razie za odruch moralny można uznać każde działania, które po prostu wydadzą się danej osobie „słuszne”.

Tak właśnie działał Robien – widział zło i reagował na nie. Poddanie się bezpośredniemu odruchowi moralnemu nie pozbawiło go jednak racjonalnego oglądu możliwości, jakie miał do dyspozycji. Paul Robien zawsze starał się robić to, co uważał, że należało zrobić, i to w najlepszy ze znanych mu sposobów. Etyczne odrętwienie było mu obce.

Sprawczość nie jest miarą

Jego brak skupienia na własnej sprawczości trudno nam dziś pojąć. Można wręcz odnieść wrażenie, że nieskończone dyskusje o niej skutecznie zastępują nam odruchy moralne. Dobrze widać to na przykładzie debaty ekologicznej. Dość często wpada ona w koleiny dychotomii, gdzie z jednej strony są nasze osobiste wybory konsumenckie i styl życia, a z drugiej – systemowe rozwiązania, które…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Osiem lekcji na numer 800.