Subskrybuj
b. redaktor miesięcznika „Znak”, współautorka książki Świat według Janki.

Przemoc karmi się głodem

Gdyby głębiej przeanalizować konflikty, z jakimi mamy dziś do czynienia na świecie, okazałoby się, że ich podłożem często jest ogromne ubóstwo. Dla ludzi mających wodę i jedzenie życie zaczyna się odradzać. Rozpoczynać walkę na nowo? Po co?

Kiedy słyszy się o bezpieczeństwie żywnościowym na świecie i o wyzwaniach, jakie się z nim wiążą, można pomyśleć, że głównym problemem jest zbyt mała produkcja żywności. Czy to dobra intuicja?

To nie jest prawda. Na świecie jest o wiele więcej żywności, niż potrzebujemy. Tylko że ona nie zawsze trafia do wszystkich. Znaczne jej ilości są marnowane. Sami Polacy wyrzucają rocznie około 9 mln ton jedzenia. Zdarza się też, że surowce rolne czy nawet produkty spożywcze niszczy się świadomie po to, żeby np. utrzymać ich wyższe ceny. Natomiast prognozy rzeczywiście mówią o tym, że w 2030 r., kiedy będzie nas o 2 mld więcej, możemy mieć problem z wyżywieniem ludzi, dlatego już teraz trzeba myśleć o takich sposobach produkcji żywności, które pozwolą na w miarę równy i wystarczający do niej dostęp.

Padają różne propozycje rozwiązania tego problemu. Do mnie przemawiają analizy Oxfamu. Jest to międzynarodowa organizacja humanitarna, która niedawno wydała raport pt. GROW (wydany po polsku pt. PLON, dostępny na stronie Polskiej Akcji Humanitarnej) na temat głodu i sposobów jego eliminowania. Można tam przeczytać np., że odpowiednią drogą nie jest rozwijanie skomplikowanych metod produkcji żywności przetworzonej, ale dużo prostsze środki. Na świecie mamy około 0,5 mld małych gospodarstw rolnych, które średnio utrzymują cztery osoby. Już widać, że gdyby zaczęły one utrzymywać średnio dwie osoby więcej, dla miliarda ludzi znaleźlibyśmy wyżywienie. Podniesienie wydajności powinno być najprostsze właśnie u tych małych rolników w Europie, Afryce i Azji. Wielcy producenci, by podnieść swoje wyniki, od dawna świadomie stosują wszelkie dostępne środki i prawdopodobnie osiągnęli już granice swoich możliwości.

Ta wizja przekonuje mnie też dlatego, że w tym modelu do cen żywności nie trzeba doliczać kosztów transportu ani kosztów skomplikowanego systemu dystrybucji. Jedzenie jest produkowane tam, gdzie jest potrzebne. W funkcjonującym obecnie systemie produkcji żywność musi być bardziej przetworzona, przez co jest mniej zdrowa i utrzymujemy takie relacje, w których kraje bogate są producentem i zarabiają na sprzedaży odbiorcom z całego świata, również z krajów biedniejszych.

Gdyby żywność była produkowana bardziej równomiernie i ludność na świecie miała podobne możliwości jej wytwarzania, to byłaby ona łatwiej dostępna.

Taki sposób myślenia jest mi bliski. A skala pokazuje, że małe gospodarstwa są w stanie wyżywić nawet dużą liczbę ludzi. Chodzi również o rozbicie monopolu koncernów, które dyktują ceny żywności. Nie ufam wielkim firmom i ich rozwiązaniom, za którymi stoją wielkie interesy. Dziś na spekulacji żywnością można zarobić większe pieniądze niż na spekulacji cenami ropy naftowej. To pokazuje, jaki to ważny produkt.

Oczywiście wizja, o której mówię, nie jest jedynym możliwym rozwiązaniem, ale na pewno wygląda bardzo realnie. Nie jest to też jedyny proponowany przez Oxfam sposób na zmianę sytuacji.

Ten model wydaje się bardzo intuicyjny. Pojawia się jednak pytanie – dlaczego żywności nie produkuje się wszędzie tam, gdzie jest potrzebna? Czy to jest na pewno wina koncernów?

Zostawmy może na chwilę koncerny, chociaż one też odgrywają tu negatywną rolę. Przede wszystkim powodem takiej sytuacji jest brak dostępu do wody. Dlaczego w zeszłym roku w Somalii był głód? Dlatego że żywność wyprodukowana w porze deszczowej nie wystarczyła w porze suchej, która tym razem rozpoczęła się bardzo wcześnie. Somalia od dziesiątków lat jest bardzo suchym regionem, a to była jedna z większych susz od wielu lat. Paradoksalnie, woda jest tam możliwa do wydobycia. W Sudanie Południowym woda leży na głębokości 60–70 metrów. W Somalii jest już trudniej, tam studnie trzeba wiercić do głębokości 200–350 metrów. Jednak woda tam występuje. Gdyby w ostatnich dziesięcioleciach w tym kraju skupiono się na budowie studni, to skutki takiej suszy byłyby o wiele mniejsze.

Można też pomyśleć o tańszym zapewnieniu dostępu do wody. Niedawno odwiedzałam nasze misje w Afryce i dowiedziałam się tam, że np. w jednej z miejscowości jest źródło w głębokim wąwozie, do którego kobiety i dzieci chodzą po wodę, dokonując wyczynu wspinaczkowego. Wystarczy założyć pompę i doprowadzić wodę na poziom wioski. Społeczność lokalna jest tak biedna, że nie stać jej na tę inwestycję. Ale mając wodę, będzie mogła się rozwijać.

Brak dostępu do wody i do żywności powoduje nie tylko głód i niedożywienie.

Woda w szerszej perspektywie wpływa pozytywnie na zamożność ludzi, a to stabilizuje sytuację, poprawia bezpieczeństwo w danym regionie. Jeśli człowiek ma coś do stracenia, zawsze zastanowi się dwa razy, zanim zaangażuje się w jakieś walki, starcia. Dzisiaj młodzi Somalijczycy uciekają się do takich sposobów ułatwiających przetrwanie jak piractwo, bo chcą szybko zarobić pieniądze. Gdyby żywność była dostępna, można by było nią handlować, a to zawsze ożywia rynek. Kiedy ludzie już mają jedzenie, wtedy chcą sięgać po bardziej luksusowe produkty, więcej posiadają, mają więcej do stracenia i to korzystnie wpływa na bezpieczeństwo.

Polepszenie sytuacji nie wymaga żadnych skomplikowanych projektów. Trzeba zająć się dostępem do wody, uczyć technik rolniczych, hodowlanych, przetwarzania i przechowywania żywności oraz ziarna do zasiewów. W Sudanie, kiedy przeszkoliliśmy kobiety z uprawy warzyw i rozdaliśmy podstawowe narzędzia, powstawały ogródki, dzięki studniom nawadniane również w porze suchej. Były bujne, zielone, rosły tam jarzyny, które później te kobiety sprzedawały na lokalnym rynku. Widać, że nie potrzeba wcale wielkich środków.

Natomiast oczywiście koncerny mają negatywny wpływ na taką małą lokalną produkcję. Kiedy widzę czekoladę za 1,80 zł i wiem, że koncern musi przecież na niej zarobić, to łatwo jest mi sobie wyobrazić, ile zapłacono ludziom za wyprodukowanie ziarna kakaowego. Poza tym wiadomo, że w Afryce wykupywane są ogromne połacie ziemi. Często takie tereny nie są nawet uprawiane, służą tylko jako inwestycja finansowa. Jeśli ktoś w Sudanie Południowym kupił sobie ziemię 5 lat temu, kosztowało go to grosze, dzisiaj cena jest dużo wyższa, a za kilka lat będzie bardzo wysoka.

Kto sprzedaje tę ziemię?

Ziemię wykupuje się albo od rządu, albo od plemion, które żyją na danym obszarze. Płaci im się niewielkie pieniądze, bo oni nie zdają sobie sprawy z tego, co naprawdę robią. Głównie jednak kupuje się ją od państwa. To powoduje, że jest mniej ziemi pod uprawy. Mówi o tym m.in. raport FAO z 2009 r. Ziemię wykupują małe, bogate kraje, które nie mają wystarczającej ilości ziemi pod uprawę, albo koncerny np. pod uprawę roślin do produkcji biopaliw.

Wspomniała Pani, że dostęp do wody i żywności mógłby pozytywnie wpłynąć na bezpieczeństwo w rejonach niestabilnych. Zazwyczaj myślimy o relacji odwrotnej, w której to konflikty i brak stabilności są źródłem problemów z posiadaniem, z dostępem do żywności. W Somalii działają bojówki Al-Shabaab i może nie ma sensu pomagać w tym regionie, bo to, co zostanie tam wysłane, trafi w nieodpowiednie ręce.

Ja widzę odwrotną zależność. Rozwój rozumiany m.in. jako dostęp do wody i własna produkcja żywności wzmacnia bezpieczeństwo. O co ludzie walczą najbardziej? O to, czego brak jest największym zagrożeniem, czyli o wodę i żywność.

Jak już wspominałam – ludzie, kiedy nie mają nic do stracenia, częściej odwołują się do takich metod jak przemoc, terroryzm. Terrorystom nie chodzi przecież tylko o jakieś idee. Za tym idzie chęć przejęcia władzy, a władza wiąże się z dostępem do dóbr. Gdyby one były powszechnie dostępne, nikt nie musiałby o nie walczyć.

Oczywiście w takich miejscach trzeba umieć pomagać, co nie jest wcale proste. Przede wszystkim należy sobie zdawać sprawę z tego, że jeżeli chcemy żywność dystrybuować, to nie możemy wcale mieć pewności, czy ona dotrze do najbardziej potrzebujących. Trzeba też zastanowić się nad celem tego działania – jak długo chcemy żywić daną grupę ludności? W przypadku regionów niestabilnych trzeba myśleć o pomocy, która pozwala się usamodzielnić, żeby ludzie nie zależeli tam od pomocy humanitarnej, tylko żeby mogli żywność wyprodukować i później nią handlować. Programy pomocowe powinny iść raczej w tym kierunku, a nie w stronę rozdawnictwa. Rozdawnictwo jest konieczne, kiedy ratuje się ludzi od śmierci głodowej, i powinno być ograniczone w czasie.

Tam gdzie pomagamy, widać, że dla ludzi mających wodę i jedzenie życie zaczyna się odradzać. Rozpoczynać na nowo walki? Po co? Oczywiście istnieją też konflikty etniczne, spory o dostęp do złóż ropy, ale nawet w tych tarciach dotyczących zajmowanego terytorium widzimy, że chodzi o coś podobnego – ropa oznacza zamożność, dobrobyt i nieograniczony dostęp do żywności.

Żyjemy w świecie, w którym produkcja i dystrybucja żywności są w dużej części kontrolowane przez międzynarodowe koncerny, można też mówić o pewnej tendencji do patentowania roślin uprawnych, w grę wchodzą ogromne pieniądze. Czy Pani naprawdę wierzy, że ten trend można zmienić i wrócić do wytwarzania żywności przez małych producentów?Tak, ja w to wierzę. Jest to kwestia budowania świadomości. Choć kiedy myślę o tych wszystkich złożonych procesach, ogarnia mnie niemoc. Jest w nich coś, co wydaje się poza nami. Ale jeśli popatrzy się na życie człowieka w wymiarze praktycznym, to okazuje się, że nie ma żadnych mocy poza nami. Świat kształtujemy my, ludzie. Często dla zysku, i to nieograniczonego. Co można zrobić w takiej sytuacji? Można oddziaływać pozytywnie i coś tworzyć. Walki, spory, jak widać, nic nie dają. Sprawiają tylko, że człowiek odbiera coś drugiemu, a to nie rozwiązuje żadnych problemów. Wierzę w pracę pozytywistyczną, w tworzenie dobra i mocnych podstaw niezależności – niezależności od wielkich koncernów, ale też od pomocy humanitarnej. Koncerny mają ogromną władzę i można zadać pytanie, jak sobie z tym poradzić. Uważam, że to jest bardzo proste. Jeżeli powiem sobie, że zależy mi na tym, żeby na świecie ludzie mieli możliwie równy dostęp do żywności, żeby nikt nie umierał z głodu, to np. mogę po prostu nie kupować produktów wielkich koncernów. Jeśli tylko ja nie będę ich kupowała, oczywiście koncern tego nie odczuje. Ale jeżeli to zrobią kolejne osoby, np. milion ludzi w samej Polsce zdecyduje się na takie świadome życie, wspieranie swojego lokalnego rynku, niekupowanie żywności wysoko przetworzonej, niepopadanie w zbytni konsumpcjonizm, duże firmy zauważą te trendy. Już teraz niektóre koncerny zaczynają angażować się w sprawiedliwy handel, zwracają uwagę na wymiar etyczny działalności. To się dzieje właśnie dzięki temu,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Polska przeprasza za powieść