Jak co roku w letnie wieczory patrzę na Księżyc, zastanawiając się, co czuli dwaj astronauci w ciasnym lądowniku, którzy osiedli w pyle Morza Spokoju. Może właśnie spokój? Czy po nerwowym zniżaniu, w czasie którego tętno Neila Armstronga skoczyło do 150 uderzeń na minutę, ich napięcie zaczęło powoli ustępować? Czy może miejsce niepokoju zajęło wyczekiwanie? Planując misję, specjaliści NASA założyli, że po wylądowaniu, a przed pierwszym spacerem Armstrong i Buzz Aldrin udadzą się na spoczynek. Jednak astronauci byli tak podekscytowani, że poprosili o zmianę planu lotu i możliwość postawienia po raz pierwszy stopy na Księżycu jeszcze w godzinach wieczornych. Cały świat (zapewne z wyłączeniem bloku sowieckiego) niezwykle się ucieszył, mogąc szybciej zobaczyć te pierwsze kroki w księżycowym pyle.
Ta ekscytacja malała z każdym kolejnym lotem programu Apollo i finalnie został on skrócony – z planowanych 10 lądowań odbyło się tylko sześć.
Dlatego od 1972 r. ciągle jedynie spoglądamy na Księżyc, zamiast tam wrócić, szukać surowców i wody potrzebnej do produkcji paliwa dla misji na Marsa. Oczywiście nie jest tak, że opuszczony Księżyc czeka na nasze zainteresowanie. Ponownie stał się on przedmiotem intensywnych badań z końcem lat 90. Od tego czasu zarówno NASA, Chińska Narodowa Agencja Kosmiczna, jak i prywatne inicjatywy umieściły…