Subskrybuj
Ilustracja: Jakub Ferenc
Ilustracja: Jakub Ferenc
Pisarz i redaktor. Za książkę Rzeszot (2021) otrzymał Nagrodę im. Kościelskich. Sekretarz redakcji kwartalnika „Herito”. Jesienią w Wydawnictwie Literackim ukaże się jego nowa powieść 16 na Bourbon. Mieszka w Nowej Hucie

Jakiś cholerny geniusz

Janusz Głowacki oceniał: „Manhattan jest właśnie nieprzewidywalny. Tutaj pewniacy giną bez śladu, a kompletnie beznadziejne przypadki nagle wygrywają”. Do której kategorii należał Antoni Gronowicz, pierwszy w historii Stanów Zjednoczonych autor inny niż dziennikarz, który został zmuszony do przedstawienia swoich źródeł?

W 1953 r. kupiła siedmiopokojowy apartament przy 52. Wschodniej, na piątym piętrze budynku znanego jako „The Campanile”. Ostatni po prawej, przy sięgaczu, za nim już tylko cieśnina East River i wąska Welfare Island (dziś: Roosevelt Island), z popadającym w stopniową ruinę wybudowanym 100 lat wcześniej gotyckim szpitalem Smallpox, zaprojektowanym przez Jamesa Renwicka Jr., twórcę katedry św. Patryka. Mogła go widzieć z jednego z pięciu okien wychodzących bezpośrednio na rzekę, który to widok podobno przypominał jej rodzinną Szwecję. Jednym z pierwszych mieszkańców wysmukłego 14-piętrowego apartamentowca ukończonego w 1927 r. i utrzymanego w stylu weneckiego gotyku zmieszanego z nowojorskim jazzem spod znaku Ellingtona był Ralph Pulitzer, syn tego Pulitzera, słynnego dziennikarza, wydawcy i fundatora jednej z najbardziej rozpoznawalnych nagród na świecie.

Dwa lata później wprowadziła się Madeleine Astor, wdowa po prawnuku pierwszego amerykańskiego milionera. John Jacob Astor IV poszedł na dno razem z Titanikiem, a jego była żona w murach Campanile szukała ucieczki przed drugim mężem, także milionerem. Alexander Woollcott, dziennikarz „New Yorkera”, jeden z najczęściej cytowanych ludzi swoich czasów, członek barwnej nowojorskiej grupki towarzyskiej Okrągły Stół Algonkinów, wyglądający zdaniem życzliwych przyjaciół jak „nieuczciwy Lincoln”, nadał miejscu artystycznego powabu, gdy w pomiętej piżamie i starym szlafroku przyjmował gości na tronie w swoim zagraconym poddaszu, na niekończących się niedzielnych śniadaniach. Brylowała na nich nowojorska śmietanka artystyczna, w tym pisarka Dorothy Parker, która nadała mieszkaniu Woollcotta idiomatyczną nazwę „Wit’s End”.

Wielki kryzys obszedł mieszkańców kamienicy szerokim łukiem: Alice Duer Miller mogła spokojnie pisać i walczyć o równouprawnienie, pochodzący z okolic Żyliny John D. Hertz liczyć dolary, a Noël Coward zadawać szyku.

W miejscu z taką historią zamieszkała, szukając przede wszystkim spokoju, emerytowana gwiazda kina Greta Garbo. Spędziła w nim 40 lat, w trakcie których uczyniła ze swojego apartamentu schron przed światem. Schron przytulny i wysmakowany, w którym ściany sypialni wyłożono elementami z rozebranej siedemnastowiecznej szwedzkiej szafy i trzema obrazami Renoira, a goście stąpali po zaprojektowanych przez Garbo awangardowych dywanach. Zasłony kuchenne miały podobno tak agresywnie różowy kolor, że można było je dostrzec z odległości 15 przecznic, z drugiej strony rzeki. Mogła tam praktykować bycie pozostawioną w spokoju, bo tylko o tym marzyła, jak przyznała w jednym z wywiadów. Większość przyjaciół, nawet najbliższych, nie miała jej numeru telefonu. To ona zawsze dzwoniła. Przeszła na emeryturę w wieku 35 lat, mając na koncie wystarczająco środków, żeby nie musieć nic robić do końca życia.

Apartament opuszczała codziennie, praktykując rutynę przypominającą monotonię: regularnie wychodziła na spacery – czy jak sama to nazywała: „kłusowanie” – po Manhattanie. Przypominała w tym swojego ojca, który uwielbiał chodzić w samotności. Wychodziła zawsze w ciemnych okularach i kapeluszu. Na wielu zdjęciach wykonanych przez przyczajonych fotoreporterów, począwszy od lat 50., kiedy Garbo staje się osobą prywatną, widzimy zafrasowaną staruszkę umykającą przed blaskiem fleszy. Na pięknej fotografii Lisy Larsen z 1955 r. czarna postać przekracza ulicę w niedozwolonym miejscu: twarz odwraca od obiektywu, prawa stopa jest lekko rozmazana, bo jej dysponentka najpewniej próbowała uciec, a po obu stronach osoby, która mogłaby być śmiercią z filmu Bergmana, suną taksówki. Wiemy, że są żółte, ale tylko na słowo honoru wierzymy, że to Garbo, a nie negatyw jakiegoś nowojorskiego ducha.

Ostatniego wywiadu udzieliła w 1951 r. Paul Callan z „Daily Mail” zagadnął ją w Cannes: „Zastanawiam się…”, zanim Garbo wtrąciła: „Dlaczego się zastanawiasz?”, i odeszła. Gazeta zamieściła tę krótką rozmowę na podwójnej rozkładówce. Garbo nie udzielała wywiadów, unikała mediów, nie komentowała publikacji na swój temat, robiła wszystko, żeby jej nie było. Zrobiła tylko jeden wyjątek. Gdy w 1978 r. wydawnictwo Simon & Schuster podpisało umowę na opublikowanie jej biografii autorstwa Antoniego Gronowicza, uchyliła własną absencję i wydała oświadczenie składające się z 87 słów, poświadczone notarialnie przez nowojorskiego prawnika Michaela A. Schuba, stwierdzające: „Nigdy, w żadnym momencie, nie utrzymywałam żadnych relacji międzyludzkich, czy to przyjaźni, znajomości czy innych, z Antonim Gronowiczem”. Biografia ukazała się 41 dni po śmierci aktorki i pięć lat po odejściu jej autora, wiosną 1990 r.

Szalbierz

Julian Barnes napisał, że „biografia to zbiór dziur powiązanych sznurkiem”, ale u Gronowicza są tylko dziury. Dlaczego jedna z największych gwiazd kina w historii zabrała głos na temat syna parobka, następnie gajowego w majątkach hrabiów Żukowskich na Wołyniu, urodzonego w 1913 r. w Rudni koło Lwowa? Wnuka niepiśmiennego wołyńskiego drwala, a po wypadku rolnika? Poety, o którego wierszach anonimowy redaktor „Gazety Lwowskiej” w wydaniu z niedzieli 13 grudnia 1936 r. napisał: „Nie przedstawiają one dla mnie żadnej wartości artystycznej, nic ma w nich niczego, co by mogło porwać słuchacza – nie wyczuwa się w nich nawet mozołu i wysiłku majstra, który istotne powołanie stara się zastąpić rzetelną robotą”? Może dlatego, że Gronowicz na stronie 17. książki wydanej po polsku w 1995 r., stylizowanej na wspomnienia Garbo przez nią opowiedziane, opisuje, jak latem 1938 r. w willi Paderewskiego Riond-Bosson nad Jeziorem Genewskim jako młody obiecujący literat, którego największym sukcesem było zorganizowanie we Lwowie w dniach 16–17 maja 1936 r. Zjazdu Pracowników Kultury w Obronie Wolności i Postępu, kochał się z Garbo. Jak przystało na polskiego patriotę, robił to nie tylko pod Kossakami i Wyczółkowskimi, ale także bez zabezpieczenia: „Chociaż Greta nie okazywała zbytniego podniecenia, sądzę, że podobało się jej nasze kochanie”. W infantylnych opisach stworzonych z gracją rozochoconego autora wydawnictwa Harlequin zrobił z niej szaloną idiotkę, która po stosunku podskakuje, żeby nie zajść w ciążę, a z siebie lwowskiego Pigmaliona, przyjaciela lwowskich krewnych Mauritza Stillera, odkrywcy talentu Garbo. Gronowicz przywłaszczył sobie jej historię, tworząc wyuzdany stek bzdur, którym zachwycili się niektórzy recenzenci. John Lahr pisał na łamach „New York Timesa”: „Jeśli książka jest autentyczna, a myślę, że tak, jest to ostatni sprytny dodatek Garbo do jej legendy. Jeśli jest fałszywa, jest to bardzo sprytna fikcja Gronowicza”.

Niedługo po publikacji książki w liście do redakcji „The New York Timesa” córka Sylwina Strakacza, od 1919 r. osobistego sekretarza Paderewskiego, sprostowała rewelacje w niej zawarte: spędziła całe lato 1938 r. w Riond-Bosson i ręczyła, że ani Garbo, ani Gronowicza tam nie było; Paderewski nie spotkał Gronowicza ani nigdy o nim nie słyszał, obaj mężczyźni nie wymienili żadnej korespondencji, a kompozytor nigdy nie przystałby na to, by ktoś tak niezaufany zajął się porządkowaniem jego archiwum, jak to sugeruje w swojej książce Gronowicz. Nie wiemy też, w jakim języku rozmawiał z aktorką, albowiem w licznych autobiograficznych wypowiedziach pisarz twierdził, że angielski opanował dopiero po przyjeździe do Stanów, czyli w okresie II wojny światowej. Mało tego – dwa lata po śmierci pianisty i jego siostry Gronowicz wydał nieautoryzowaną biografię Paderewski. Pianista i patriota będącą kolażem faktów ubarwionych „szalonymi fantazjami”. Na okładce przedstawiono go jako studenta Sorbony, który odwiedził wirtuoza w jego szwajcarskiej willi.

Książka o Garbo została najpierw odrzucona przez wydawnictwo Dodd, Mead & Co. jako zawierająca „zbyt wiele nieweryfikowalnych faktów”, jednak ta sama oficyna wydała wcześniej, w 1972 r., powieść An Orange Full of Dreams nie tylko ze wstępem Garbo, w którym gwiazda tłumaczy oniryczną koncepcję tytułu, lecz także z rekomendacją Isaaca B. Singera piszącego, że książka jest „piękna”, oraz amerykańskiego krytyka Maxwella Geismara, autora m.in. biografii Marka Twaina. Przez skromność w wypowiedziach na swój temat Gronowicz zawsze tę ostatnią cytował po angielsku: „Antoni Gronowicz is some kind of goddamn genius”, a przyjeżdżając na wizyty do Polski, wymachiwał wycinkiem niczym świętą relikwią. Some kind, na pewno. Jak pisał w swoim artykule opublikowanym w „Akcencie” John Guzlowski, Gronowicz, „mimo że napisał wiele książek i pomimo faktu, że najwyraźniej otrzymał pochlebne recenzje w takich gazetach jak »New York Times« i »The Chicago Tribune«, był w pewnym stopniu szalbierzem i jako taki zostanie najprawdopodobniej zapamiętany przez tych, którzy pamiętają rzeczy tego rodzaju”.

Być może wszystko by mu uszło płazem i zostałby zapamiętany albo zapomniany jako pomniejszy emigracyjny pisarz, zbyt polski dla Amerykanów, gdyby nie ruszył ze swoimi fantazjami po najświętszą ze świętości i nie opublikował książki God’s Broker o największym Polaku, swoim osobistym przyjacielu, pogromcy komunizmu i kremówek, papieżu Janie Pawle II. Ale po kolei.

Herostratesowa sława

W Good Night, Dzerzi Janusz Głowacki opisał fenomen Nowego Jorku bezlitosną dychotomią: „Manhattan jest właśnie nieprzewidywalny. Na ogół wiemy, komu się może udać, a komu nie, a tutaj pewniacy giną bez śladu, a kompletnie beznadziejne przypadki nagle wygrywają”. Do której kategorii należał Gronowicz? Czy skoro o nim teraz piszę, to znaczy, że mu się udało?

Widzę go jako pierwowzór O’Grodnicka z powieści Wystarczy być Kosińskiego, amerykańskiej wariacji na temat Kariery Nikodema Dyzmy, człowieka bez przeszłości i właściwości, który dzięki licznym przypadkom katapultowany jest na amerykańskie salony.

1 września 1938 r. dzięki wsparciu Funduszu Kultury Narodowej i pochlebnej opinii Karola Irzykowskiego najmłodszy członek lwowskiego oddziału Związku Literatów, autor m.in. broszury Antysemityzm rujnuje moją ojczyznę, skonfiskowanego tomu wierszy Prosto w oczy oraz tomu Zbuntowaną pieśnią przez wieś, wylądował w Stanach. Data brzmi nieprawdopodobnie, ale w archiwach Ellis Island znajduję Boleslawa Gronowicza (to jego pierwsze imię) na liście pasażerów Batorego, który 22 sierpnia 1938 r. przypłynął do Nowego Jorku z Gdyni. Urodzony 25 lat wcześniej w Rudni pisarz, ostatnie stałe miejsce pobytu: Lwów, ul. Fredry 7/10, przybywa na zaproszenie Uniwersytetu Columbia. Włosy ma brązowe, oczy niebieskie.

W rozmowie z pismem „Kierunki” z 1973 r. twierdził, że w kraju rozpętano przeciwko niemu kampanię oszczerstw i atakowano go, a przyszły prezydent Raczkiewicz nazywał go w senacie dezerterem z wojska i wiejskim agitatorem.

W „Dzienniku Bydgoskim” z 13 września 1938 r. znajduję antysemicki paszkwil nazywający młodego pisarza „komunizującym grafomanem” i zawierający prymitywne cytaty z faszyzującego „Prosto z Mostu”. W łódzkim „Orędowniku” z kolei drukują słowa: „Jakim cudem Żyd – Gronowicz zapomogę zdołał złowić i wyjechał za granicę, żeby – właśnie w Ameryce – za Fundusze z Kultury robić głośne awantury?”.

Oszczerstwa dotarły za ocean. „Polonia, nastawiona wówczas prorządowo, przyjęła mnie wrogo. W rezultacie odebrano mi stypendium, zostałem bez środków do życia. Kiedy wybuchła wojna, zgłosiłem się do konsulatu, żeby stanąć w obronie Ojczyzny – nie przyjęto mnie”. Tak mówił w jednym miejscu. We wspomnieniach opublikowanych w „Tygodniku Kulturalnym” rok później sprawy przedstawił nieco inaczej: „W polskim konsulacie w Nowym Jorku zabrano mi paszport i polecono wracać najbliższym statkiem do Polski”. Efekt jest jednak niewątpliwie ten sam: Gronowicz ląduje na ulicy, szoruje po dnie, na prośbę konsula ściga go nawet FBI. Uważa się go za agenta, wrogi element, a w kieszeni ma jeszcze mniej niż Kosiński, który aby uzyskać paszport, podrobił oficjalne pieczęcie i dokumenty oraz stworzył fałszywą amerykańską fundację, która rzekomo chciała go sponsorować: po przybyciu dysponował trzema dolarami. Gronowicz został nawet „bez 5 centów potrzebnych na przejazd kolejką podziemną do Bronxu”, gdzie mieszkał brat jego znajomego ze Lwowa.

Jego polemika z polskimi gazetami opublikowana w „Wiadomościach Literackich” nie poprawiła sytuacji pisarza, „Głos Narodu” z 13 kwietnia 1939 r. domagał się dalszych wyjaśnień od „sławnego, herostratesową iście sławą »literata«”: „Byłby wreszcie czas, by opinia polska dowiedziała się, po co właściwie p. Gronowicz, lewicowiec, »antyklerykał« i notoryczny grafoman, został przez Fundusz Kultury Narodowej do Ameryki wysłany”.

Zdarza się jednak cud na miarę potrącenia O’Grodnicka przez żonę majętnego kierownika.

Przypadkowy przechodzień zagadnięty przez Gronowicza o pożyczkę w wysokości dolara okazuje się lekarzem. Zaprasza go do domu, myje, ubiera w garnitur i zaprasza na kolację, na której ma także być kilku pisarzy. Idą nie byle gdzie, do zaprojektowanej przez Charlesa A. Platta pięknej kamienicy w neogeorgiańskim stylu po północnej stronie 65. Ulicy między alejami Park i Madison. Blisko Central Parku. Mieszka tam matka prezydenta Stanów Zjednoczonych, 84-letnia Sara Roosevelt.

Gronowicz zachowuje się na salonach dokładnie jak niepełnosprawny umysłowo bohater Kosińskiego, w rolę „dzikiego” wchodzi z rozkoszą i naturalnym talentem. Na pytanie gospodyni o to, jakie było jego pierwsze spostrzeżenie w Nowym Jorku, odpowiada: halki amerykańskich dziewcząt, dłuższe o półtora cala od sukienek. Drugie zagadnienie to od razu gra o finał, pełna pula leży na stole, syn wołyńskiego parobka staje przed bramami raju, a św. Piotr z nowojorskim akcentem, niskim głosem pyta: co dla ciebie jest najbardziej amerykańskie? Nie wiedział, co rzec, strzelił więc na chybił trafił: placek jabłkowy z lodami. „Zebrani zaczęli bić brawo. Zrozumiałem, że próba ogniowa powiodła mi się. Następnego dnia w gazecie »Herald Tribune« moje nazwisko znalazło się na liście gości pani Sary Roosevelt”.

Sympatyczna mama prezydenta mogłaby mu rzec: „Masz w sobie coś, co mi odpowiada. Jestem starym człowiekiem, więc będę z tobą szczery. Podoba mi się twoja bezpośredniość, to, że chwytasz wszystko w lot i nie owijasz niczego w bawełnę”, ale to słowa, które usłyszał O’Grodnick.

„Po przyjęciu u matki prezydenta posypały się jak z rękawa następne zaproszenia. Stałem się mile widzianym gościem u najpotężniejszych. Poznałem sławnych aktorów, pisarzy, finansistów i biznesmenów”. Amerykański PEN Club, założony właśnie w Nowym Jorku w 1922 r., organizuje kolację, na której Gronowicz jest gościem honorowym. Siedzi między Sinclairem Lewisem, pierwszym amerykańskim pisarzem, który otrzymał literacką Nagrodę Nobla i który również jako pierwszy odmówił przyjęcia Pulitzera, i Johnem Steinbeckiem, tuż przed wydaniem Gron gniewu, za które także dostanie Pulitzera. Gronowicz nie potrzebuje Pulitzera, ma już Państwową Nagrodę Literacką. W Nowym Jorku fiordy mu jedzą z ręki. Można by ciągnąć: Faulkner siedzi Gronowiczowi na kolanach, autor Zbuntowaną pieśnią przez wieś ma chłopski gest, dyktuje mu na ucho fabułę Intruza. W kolejce po błogosławieństwo niecierpliwie czeka Hemingway, będący w drodze na Kubę, chciałby się dowiedzieć, jak ma pisać.

Na koniec poeta czyta wiersz o Lincolnie, w którym zestawia ze sobą losy polskich chłopów i czarnych niewolników. Bramy nieba uchylają się, Gronowicz jest nie w ciemię bity, nie zwleka ani sekundy, wskakuje, FBI i antysemici zostają, brama zamyka się z głośnym łoskotem.

Półtora miliona

Nagle książki Gronowicza zaczynają być wydawane z tak zadziwiającą regularnością, że trudno nie pomyśleć o nadprzyrodzonej interwencji. Pamiętając o politycznych sympatiach Gronowicza, nie szokuje mnie przesadnie fakt, że znajduję jego nazwisko w zrusyfikowanej wersji „Grokhovich” w aktach projektu Venoma, co oznacza, że był wspominany w tajnych depeszach radzieckiej agentury w latach 40. Nawet jeśli trop jest fałszywy, to efekty onieśmielają: jeszcze w 1939 r. ukazują się poezje zebrane Melodia świtów nakładem Polskiego Towarzystwa Wydawniczego mającego siedzibę na nowojorskiej 5. Alei. Przed końcem wojny, w 1941 r., wychodzi najpierw po polsku w Filadelfii „kompozycja powieściowa” zatytułowana Narodziny miłości Hitlera, wydana w 1942 r. jako Hitler’s Wife. Na okładce kieszonkowego wydania z 1961 r. czytamy, że książka zawiera opis „prywatnego życia Adolfa Hitlera i Ewy Braun”. „Intymne szczegóły tego romansu zostały odkryte przez korespondenta Antoniego Gronowicza podczas niebezpiecznego okresu Trzeciej Rzeszy. Ścigany, okradziony, pobity niemal na śmierć Gronowicz zbiegł z Niemiec i opublikował swoją zadziwiającą relację w Stanach Zjednoczonych, gdzie została ona zrecenzowana w »Life« i wzbudziła wiele kontrowersji” – chwali się wydawca.

To moment narodzin Gronowicza jako twórcy nowego gatunku powieściowego, czyli „pseudobiografii”, choć sam pewnie użyłby słowa „bio novel”, co brzmi jednak jak nazwa niesmacznego syropu na jesienne dolegliwości, reklamowanego przed prognozą pogody.

Hitler’s Wife to zbiór tak karkołomnych i niesamowitych bzdur, że aż „zajmujących w nieco absurdalny sposób”, jak to określił Guzlowski. W tej dziwacznej historii Ewa Braun zakochuje się jeszcze przed I wojną światową w miejscowym Janosiku śpiewającym cygańskie pieśni. Miłosna sielanka zostaje przerwana pojawieniem się nowego komendanta policji, byłego studenta malarstwa w Wiedniu Adolfa Hitlera, który rozbija mało obiecujący związek i poślubia Ewę. Jak pisze Guzlowski: „Za jeden z najlepszych momentów można uznać noc poślubną Ewy i Adolfa, w ciągu której on, zamiast kochać się z nią, wygłasza najpierw wykład na temat stosunku domu do społeczności i tej ostatniej jako integralnej części państwa, a następnie na temat potrzeby aryjskiego poczucia i dyscypliny. W tym czasie Ewa toczy z góry skazaną na niepowodzenie walkę z sennością. Adolf peroruje, Ewa chrapie. Do komicznej kulminacji powieści dochodzi jednak przed samym końcem, kiedy Ewa zmęczona aryjską teatralnością Adolfa ucieka z cygańskim kochankiem-bojownikiem. Wolę śmierć z tobą niż życie z Hitlerem, mówi”. Gronowicz wie, gdzie leżą konfitury i jakie tematy mogą zachęcić amerykańskiego czytelnika. Prawda interesuje go umiarkowanie. Podobną strategię przyjmie na amerykańskiej ziemi Kosiński, którego dwie pierwsze książki, reportaże o Związku Radzieckim wydane pod nazwiskiem Joseph Novak, mają z rzeczywistością tyle wspólnego co powieści Tolkiena, a ich autor najpewniej nigdy nie był w ZSRR.

W tym samym roku co Hitler’s Wife ukazał się w Nowym Jorku przekład („rendered in English”) powieści chłopskiej Bolek, który spotkał się z życzliwym przyjęciem amerykańskiej prasy. Do 1956 r. ukazało się łącznie dziesięć książek Gronowicza, w większości przybliżających kulturę Polski, w tym biografie Chopina, Paderewskiego, Kościuszki i Modrzejewskiej. Wspomniana już An Orange Full of Dreams z 1972 r., na którą przez 20 lat rzekomo nie mógł znaleźć wydawcy, była wariacją na temat życiorysu tej ostatniej z licznymi autoplagiatami z własnej książki z 1956 r., która „otrzymała bardzo niewiele recenzji i miała niewielką sprzedaż. Sam kupiłem większość pierwszego i jedynego druku” – pisał w liście do „The New York Review of Books” w odpowiedzi na artykuł Michaela Wooda. Porównuje się tam do Yeatsa.

Większość z jego książek o charakterze patriotycznym skierowana była do dzieci. O biografii Chopina pisano, że jest „statyczna, pozbawiona witalności i niedostatecznie udokumentowana”, zaś książkę o Rachmaninowie specjaliści nazwali „zbiorem śmieci”.

W 1973 r. twierdził w rozmowie w „Kierunkach”: „Do tej pory wydałem 14 powieści napisanych po angielsku, które ukazały się w łącznym nakładzie 1,5 mln egzemplarzy, a także 13 dramatów – wystawiane w teatrach eksperymentalnych Off-Broadway oraz setki artykułów i wierszy”. W 35. numerze „Literatury” z 1980 r. mówi już o „ponad 30 książkach i setkach opowiadań”, dodatkowo w ponad 200 pismach amerykańskich znalazły się jego listy i artykuły dotyczące spraw polskich, w tym także reakcje na sformułowanie „polskie obozy koncentracyjne”. Tłumaczy również na angielski poezję Mickiewicza, Staffa, Tuwima i Przybosia, lecz próżno szukać śladów tych przekładów – od Polonii także trzymał się z daleka, w dziennikach Lechonia jego nazwisko nie pada ani razu, chociaż są tam wymienieni niemal wszyscy ówcześni mieszkańcy Nowego Jorku pochodzenia polskiego zajmujący się literaturą.

Gronowicz był tak niebywale popularny, że w „Gwieździe Zachodu” z maja 1945 r. znajduję reklamę, w której „Antoni Gronowicz, wybitny poeta i powieściopisarz polski” oferuje swoje książki z autografem. Podaje adres: 413 West 56th Street. Zaledwie pół godziny spacerem od przyszłego apartamentu Garbo, ale zupełnie inny świat: Hell’s Kitchen to dzielnica o podłej reputacji, bastion irlandzkiej biedoty i gangów zachodniego Manhattanu.

Ładny czteropoziomowy dom z czerwonej cegły z dwoma rzędami schodów przeciwpożarowych: trudno o coś bardziej nowojorskiego. Z łatwością wyobrażam sobie Gronowicza, jak dumając, spogląda przez okno na powoli sunące żółte taksówki, gdy nagle dostrzega pośród przechodniów czarny powidok, cień wielkiej aktorki. Szybko wybiega na ulicę, łapiąc w locie kapelusz, ale gdy jest już na dole, jej nie ma, odeszła szybkim krokiem. Próbuje jednak ujeżdżać ducha. Latem 1960 r. „Variety” informuje, że Garbo jest gotowa zapłacić 100 tys. dolarów za wystawienie sztuki „jej przyjaciela” Gronowicza o Modrzejewskiej na Broadwayu. W rolę główną ma się wcielić Katharine Hepburn. Prawa do filmowej adaptacji wykupił już Paramount – przynajmniej w głowie pisarza. Wygląda to, jakby Gronowicz badał, jak daleko może się posunąć w swojej grze. W „Milford Chronicle” z 2 sierpnia 1962 r. znajduję informację o planach przeniesienia tego tekstu na deski Broadwayu przez producenta Roberta B. Wrighta, lecz niewiele więcej.

W 1959 r. Gronowicz został podobno stypendystą Forda, ale w dorocznym podsumowaniu fundacji w kategorii literatura znajduję nazwiska takie jak Baldwin, Bellow, Cummings, Malamud, O’Connor czy Roethke, brakuje wybitnego poety z Rudni.

Pod koniec lat 60. ma gotową sztukę o Garbo, której nikt nie chce.

Po cichu liczy, że w Polsce mógłby ją wystawić Grotowski pod tytułem Tragiczna kobieta. „Życie Warszawy” w artykule Antoni Gronowicz – znany i nieznany z lipca 1969 r., powstałym po rozmowie z pisarzem przebywającym w Polsce, informuje, że „Greta ma wejść we wrześniu na scenę jednego z teatrów na Broadwayu. Koszt wystawienia jej niebagatelny: 2 mln dolarów. Toczą się pertraktacje o objęcie głównej roli przez gwiazdę teatru i filmu szwedzkiego, Ingrid Thulin”. Gronowicz stara się o przekłady swoich utworów na polski, ale niewiele z tego wychodzi. Zbiór wierszy Prosto w oczy ukazuje się nakładem Ludowej Spółdzielni Wydawniczej: nie wiadomo, czy bardziej bawi napuszony wstęp Ozgi Michalskiego, stawiający Gronowicza w jednym rzędzie z Broniewskim, czy bajkowe Od autora, dające wgląd we wczesne lata Gronowicza.

Początek lat 70. to czas złotych żniw: w liście do jednego z polskich przyjaciół pisze: „Jeżeli chodzi o teren nowojorski, to mam ogromne sukcesy literackie i finansowe. Zaczynając od jesieni 1971 r., przez następne 36 lat będą wychodziły moje powieści co roku jedna. Podpisałem kontrakt na całe życie, który mi będzie przynosił co roku ogromną sumę pieniędzy; to tylko jeden z trzech kontraktów – mam spokojne życie w luksusie i wiele pracy literackiej, bez której nie mógłbym żyć” – ukazały się dwie: rok po wydaniu przez Kosińskiego Wystarczy być wydawnictwo Dodd, Mead wydrukowało wspomnianą już An Orange Full of Dreams, czyli mechanicznie przepisaną Modjeska, oraz The Hookman, która ukazała się po polsku pod znaczącym tytułem Manipulanci. Na eBayu znajduję wycinek recenzji tej książki z pisma „Daily Word”. Podkreślono dwa sformułowania: „the magnificent satire” i „a great, clear, dual picture”. Pod zdjęciem pisarza z fajką, w grubych oprawkach, rozkładającego ręce, jakby trzymał niewidzialną butelkę najświetniejszej whisky, widnieje jego autograf.

Jakimś cudem agent Morton J. Janklow, nazywany „najpotężniejszym niezależnym agentem literackim w Ameryce”, wziął pod swoje skrzydła Gronowicza i sprzedał jego książkę o Garbo za 150 tys. dolarów wydawnictwu Simon & Schuster z zastrzeżeniem, że może zostać wydana tylko po jej śmierci. Warunek ten został umieszczony przez autora w powieści – włożył w usta Garbo słowa: „Nie życzę sobie, aby jakakolwiek książka ukazała się za mojego życia”. Fikcja stała się faktem. Po sprzedaniu praw do książki pisarz niewątpliwie poczuł wiatr w żaglach i ruszył w ostatnią misję.

Papież nie wybacza

Janklow miał w swojej stajni m.in. Nixona, Reagana, Danielle Steel. Odpowiadał także za książkowe interesy Jana Pawła II na amerykańskiej ziemi, co mogło zainspirować Gronowicza do napisania książki God’s Broker będącej zbiorem rzekomych rozmów pisarza z papieżem trwających 200 godz., w trakcie których Wojtyła nie tylko opowiadał o swojej młodości, lecz także malarstwie Nikifora i tajemnicach Watykanu. Całość uzupełniona jest pogawędkami z prominentnymi postaciami polskiego życia publicznego, m.in. towarzyszami Gierkiem i Gomułką, który w trakcie rozmów wykonuje liczne przerwy na pieszczoty z małym pieskiem. Znajdują się tam także wypowiedzi kard. Wyszyńskiego na temat wydarzeń, które miały miejsce już po jego śmierci, oraz zdjęcia Gronowicza z jeszcze żywym prymasem. „Niemożliwym jest traktować tę książkę poważnie” – napisał recenzent pisma „America”. Watykan szybko odciął się od publikacji. Książka została wycofana z księgarń cztery miesiące po publikacji w 1984 r., gdy jej wydawca Richardson & Snyder połapał się, że to stek bzdur. Chwilę później zbankrutował. Co więcej, Gronowicz rzekomo sprzedał za 900 tys. dolarów prawa do adaptacji Thomasowi A. Leonardowi, który szybko zrezygnował z jej sfilmowania.

Gronowicz pozwał Leonarda, a Leonard Gronowicza.

Sąd apelacyjny orzekł, że rząd może przeprowadzić federalne dochodzenie przed wielką ławą przysięgłych w sprawie prawdziwości lub fałszywości książki. W związku z dochodzeniem dotyczącym możliwego oszustwa podatkowego sąd w Filadelfii wezwał pisarza do przedstawienia wszystkich notatek, zapisów z podróży, korespondencji i zdjęć, zebranych podczas pisania. Po raz pierwszy w historii Stanów Zjednoczonych autor inny niż dziennikarz został zmuszony do przedstawienia swoich źródeł. Sędzia nałożył na pisarza grzywnę w wysokości 500 dolarów dziennie do czasu zastosowania się do wyroku.

W obronie Gronowicza stanęła potężna The Authors League of America reprezentująca 12 tys. autorów. We wspólnym oświadczeniu z American Civil Liberties Union organizacja stwierdziła: „Nie jest funkcją rządu Stanów Zjednoczonych, jego wielkich ław przysięgłych ani prokuratorów badanie dokładności książek lub innych środków wyrazu. Dochodzenie wielkiej ławy przysięgłych ws. domniemanej nieprawdziwości oświadczeń złożonych przez autora w opublikowanym dziele jest aktem cenzury, który lekceważy ducha i literę Pierwszej Poprawki”. Prawnikiem Gronowicza był Ramsey Clark, były prokurator generalny Stanów Zjednoczonych, w przyszłości obrońca Slobodana Miloševića i Saddama Husajna. Podkreślał, że jego klient tworzy fikcję. Gronowicz zmarł na zawał serca przed końcem procesu w swoim domu w Avon, Connecticut. Miał 72 lata. Jest pochowany na warszawskich Powązkach, kwatera C 39, rząd 6, grób 8.

Odwiedziłem go na początku października. Na cmentarzu siąpiło, a grób znalazłem z wielkim trudem po dłuższej chwili, przy ostatniej próbie, myśląc już, że nawet po śmierci Gronowicz nie trzymał się faktów. Litery na prostym, płaskim nagrobku niemal zupełnie zniknęły, uniemożliwiając identyfikację. Została tylko płyta z niepodpisanym cytatem: „(…) wiecznym człowiekiem jestem / i spisuję mękę pokoleń dla szczęśliwych spadkobierców”. Zdjąłem z grobu kilka klonowych nosków i pomyślałem, że skoro już go znalazłem, to jak na szczęśliwego spadkobiercę przystało, napiszę biografię Gronowicza, traktując jego życie dokładnie tak, jak on sam je traktował. Jak fikcję.


Korzystałem m.in. z:

A. Gronowicz, Greta Garbo, Warszawa 1995.
A. Gronowicz, God’s Broker: The Life of John Paul II, New York 1984.
A. Gronowicz, Kariera amerykańska, „Tygodnik Kulturalny” 1974, nr 51/52.
A. Gronowicz, Prosto w Oczy: wiersze wybrane, Warszawa 1978.
E.S., Antoni Gronowicz – znany i nieznany, „Życie Warszawy” 1969, nr 179.
Korzenie twórczości. Rozmowa z T. Kucharskim, „Literatura” 1980, nr 35.
Od literatury polskiej do amerykańskiej. Rozmowa z K. Głogowskim, „Kierunki” 1973, nr 1.
J. Guzlowski, Antoni Gronowicz. Szalbierz, postmodernista czy polsko-amerykański patriota?, tłum. P. Frelik. „Akcent” 1997, nr 2.

Artykuł pojawił się w numerze: Szczęśliwego Nowego Jorku