Subskrybuj
Ilustracja: Jakub Ferenc
Pisarz i redaktor. Za książkę Rzeszot (2021) otrzymał Nagrodę im. Kościelskich. Sekretarz redakcji kwartalnika „Herito”. Jesienią w Wydawnictwie Literackim ukaże się jego nowa powieść 16 na Bourbon. Mieszka w Nowej Hucie

Jakiś cholerny geniusz

Janusz Głowacki oceniał: „Manhattan jest właśnie nieprzewidywalny. Tutaj pewniacy giną bez śladu, a kompletnie beznadziejne przypadki nagle wygrywają”. Do której kategorii należał Antoni Gronowicz, pierwszy w historii Stanów Zjednoczonych autor inny niż dziennikarz, który został zmuszony do przedstawienia swoich źródeł?

W 1953 r. kupiła siedmiopokojowy apartament przy 52. Wschodniej, na piątym piętrze budynku znanego jako „The Campanile”. Ostatni po prawej, przy sięgaczu, za nim już tylko cieśnina East River i wąska Welfare Island (dziś: Roosevelt Island), z popadającym w stopniową ruinę wybudowanym 100 lat wcześniej gotyckim szpitalem Smallpox, zaprojektowanym przez Jamesa Renwicka Jr., twórcę katedry św. Patryka. Mogła go widzieć z jednego z pięciu okien wychodzących bezpośrednio na rzekę, który to widok podobno przypominał jej rodzinną Szwecję. Jednym z pierwszych mieszkańców wysmukłego 14-piętrowego apartamentowca ukończonego w 1927 r. i utrzymanego w stylu weneckiego gotyku zmieszanego z nowojorskim jazzem spod znaku Ellingtona był Ralph Pulitzer, syn tego Pulitzera, słynnego dziennikarza, wydawcy i fundatora jednej z najbardziej rozpoznawalnych nagród na świecie.

Dwa lata później wprowadziła się Madeleine Astor, wdowa po prawnuku pierwszego amerykańskiego milionera. John Jacob Astor IV poszedł na dno razem z Titanikiem, a jego była żona w murach Campanile szukała ucieczki przed drugim mężem, także milionerem. Alexander Woollcott, dziennikarz „New Yorkera”, jeden z najczęściej cytowanych ludzi swoich czasów, członek barwnej nowojorskiej grupki towarzyskiej Okrągły Stół Algonkinów, wyglądający zdaniem życzliwych przyjaciół jak „nieuczciwy Lincoln”, nadał miejscu artystycznego powabu, gdy w pomiętej piżamie i starym szlafroku przyjmował gości na tronie w swoim zagraconym poddaszu, na niekończących się niedzielnych śniadaniach. Brylowała na nich nowojorska śmietanka artystyczna, w tym pisarka Dorothy Parker, która nadała mieszkaniu Woollcotta idiomatyczną nazwę „Wit’s End”.

Wielki kryzys obszedł mieszkańców kamienicy szerokim łukiem: Alice Duer Miller mogła spokojnie pisać i walczyć o równouprawnienie, pochodzący z okolic Żyliny John D. Hertz liczyć dolary, a Noël Coward zadawać szyku.

W miejscu z taką historią zamieszkała, szukając przede wszystkim spokoju, emerytowana gwiazda kina Greta Garbo. Spędziła w nim 40 lat, w trakcie których uczyniła ze swojego apartamentu schron przed światem. Schron przytulny i wysmakowany, w którym ściany sypialni wyłożono elementami z rozebranej siedemnastowiecznej szwedzkiej szafy i trzema obrazami Renoira, a goście stąpali po zaprojektowanych przez Garbo awangardowych dywanach. Zasłony kuchenne miały podobno tak agresywnie różowy kolor, że można było je dostrzec z odległości 15 przecznic, z drugiej strony rzeki. Mogła tam praktykować bycie pozostawioną w spokoju, bo tylko o tym marzyła, jak przyznała w jednym z wywiadów. Większość przyjaciół, nawet najbliższych, nie miała jej numeru telefonu. To ona zawsze dzwoniła. Przeszła na emeryturę w wieku 35 lat, mając na koncie wystarczająco środków, żeby nie musieć nic robić do końca życia.

Apartament opuszczała codziennie, praktykując rutynę przypominającą monotonię: regularnie wychodziła na spacery – czy jak sama to nazywała: „kłusowanie” – po Manhattanie. Przypominała w tym swojego ojca, który uwielbiał chodzić w samotności. Wychodziła zawsze w ciemnych okularach i kapeluszu. Na wielu zdjęciach wykonanych przez przyczajonych fotoreporterów, począwszy od lat 50., kiedy Garbo staje się osobą prywatną, widzimy zafrasowaną staruszkę umykającą przed blaskiem fleszy. Na pięknej fotografii Lisy Larsen z 1955 r. czarna postać przekracza ulicę w niedozwolonym miejscu: twarz odwraca od obiektywu, prawa stopa jest lekko rozmazana, bo jej dysponentka najpewniej próbowała uciec, a po obu stronach osoby, która mogłaby być śmiercią z filmu Bergmana, suną taksówki. Wiemy, że są żółte, ale tylko na słowo honoru wierzymy, że to Garbo, a nie negatyw jakiegoś nowojorskiego ducha.

Ostatniego wywiadu udzieliła w 1951 r. Paul Callan z „Daily Mail” zagadnął ją w Cannes: „Zastanawiam się…”, zanim Garbo wtrąciła: „Dlaczego się zastanawiasz?”, i odeszła. Gazeta zamieściła tę krótką rozmowę na podwójnej rozkładówce. Garbo nie udzielała wywiadów, unikała mediów, nie komentowała publikacji na swój temat, robiła wszystko, żeby jej nie było. Zrobiła tylko jeden wyjątek. Gdy w 1978 r. wydawnictwo Simon & Schuster podpisało umowę na opublikowanie jej biografii autorstwa Antoniego Gronowicza, uchyliła własną absencję i wydała oświadczenie składające się z 87 słów, poświadczone notarialnie przez nowojorskiego prawnika Michaela A. Schuba, stwierdzające: „Nigdy, w żadnym momencie, nie utrzymywałam żadnych relacji międzyludzkich, czy to przyjaźni, znajomości czy innych, z Antonim Gronowiczem”. Biografia ukazała się 41 dni po śmierci aktorki i pięć lat po odejściu jej autora, wiosną 1990 r.

Szalbierz

Julian Barnes napisał, że „biografia to zbiór dziur powiązanych sznurkiem”, ale u Gronowicza są tylko dziury. Dlaczego jedna z największych gwiazd kina w historii zabrała głos na temat syna parobka, następnie gajowego w majątkach hrabiów Żukowskich na Wołyniu, urodzonego w 1913 r. w Rudni koło Lwowa? Wnuka niepiśmiennego wołyńskiego drwala, a po wypadku rolnika? Poety, o którego wierszach anonimowy redaktor „Gazety Lwowskiej” w wydaniu z niedzieli 13 grudnia 1936 r. napisał: „Nie przedstawiają one dla mnie żadnej wartości artystycznej, nic ma w nich niczego, co by mogło porwać słuchacza – nie wyczuwa się w nich nawet mozołu i wysiłku majstra, który istotne powołanie stara się zastąpić rzetelną robotą”? Może dlatego, że Gronowicz na stronie 17. książki wydanej po polsku w 1995 r., stylizowanej na wspomnienia Garbo przez nią opowiedziane, opisuje, jak latem 1938 r. w willi Paderewskiego Riond-Bosson nad Jeziorem Genewskim jako młody obiecujący literat, którego największym sukcesem było zorganizowanie we Lwowie w dniach 16–17 maja 1936 r. Zjazdu Pracowników Kultury w Obronie Wolności i Postępu, kochał się z Garbo. Jak przystało na polskiego patriotę, robił to nie tylko pod Kossakami i Wyczółkowskimi, ale także bez zabezpieczenia: „Chociaż Greta nie okazywała zbytniego podniecenia, sądzę, że podobało się jej nasze kochanie”. W infantylnych opisach stworzonych z gracją rozochoconego autora wydawnictwa Harlequin zrobił z niej szaloną idiotkę, która po stosunku podskakuje, żeby nie zajść w ciążę, a z siebie lwowskiego Pigmaliona, przyjaciela lwowskich krewnych Mauritza Stillera, odkrywcy talentu Garbo. Gronowicz przywłaszczył sobie jej historię, tworząc wyuzdany stek bzdur, którym zachwycili się niektórzy recenzenci. John Lahr pisał na łamach „New York Timesa”: „Jeśli książka jest autentyczna, a myślę, że tak, jest to ostatni sprytny dodatek Garbo do jej legendy. Jeśli jest fałszywa, jest to bardzo sprytna fikcja Gronowicza”.

Niedługo po publikacji książki w liście do redakcji „The New York Timesa” córka Sylwina Strakacza, od 1919 r. osobistego sekretarza Paderewskiego, sprostowała rewelacje w niej zawarte: spędziła całe lato 1938 r. w Riond-Bosson i ręczyła, że ani Garbo, ani Gronowicza tam nie było; Paderewski nie spotkał Gronowicza ani nigdy o nim nie słyszał, obaj mężczyźni nie wymienili żadnej korespondencji, a kompozytor nigdy nie przystałby na to, by ktoś tak niezaufany zajął się porządkowaniem jego archiwum, jak to sugeruje w swojej książce Gronowicz. Nie wiemy też, w jakim języku rozmawiał z aktorką, albowiem w licznych autobiograficznych wypowiedziach pisarz twierdził, że angielski opanował dopiero po przyjeździe do Stanów, czyli w okresie II wojny światowej. Mało tego – dwa lata po śmierci pianisty i jego siostry Gronowicz wydał nieautoryzowaną biografię Paderewski. Pianista i patriota będącą kolażem faktów ubarwionych „szalonymi fantazjami”. Na okładce przedstawiono go jako studenta Sorbony, który odwiedził wirtuoza w jego szwajcarskiej willi.

Książka o Garbo została najpierw odrzucona przez wydawnictwo Dodd, Mead & Co. jako zawierająca „zbyt wiele nieweryfikowalnych faktów”, jednak ta sama oficyna wydała wcześniej, w 1972 r., powieść An Orange Full of Dreams nie tylko ze wstępem Garbo, w którym gwiazda tłumaczy oniryczną koncepcję tytułu, lecz także z rekomendacją Isaaca B. Singera piszącego, że książka jest „piękna”, oraz amerykańskiego krytyka Maxwella Geismara, autora m.in. biografii Marka Twaina. Przez skromność w wypowiedziach na swój temat Gronowicz zawsze tę ostatnią cytował po angielsku: „Antoni Gronowicz is some kind of goddamn genius”, a przyjeżdżając na wizyty do Polski, wymachiwał wycinkiem niczym świętą relikwią. Some kind, na pewno. Jak pisał w swoim artykule opublikowanym w „Akcencie” John Guzlowski, Gronowicz, „mimo że napisał wiele książek i pomimo faktu, że najwyraźniej otrzymał pochlebne recenzje w takich gazetach jak »New York Times« i »The Chicago Tribune«, był w pewnym stopniu szalbierzem i jako taki zostanie najprawdopodobniej zapamiętany przez tych, którzy pamiętają rzeczy tego rodzaju”.

Być może wszystko by mu uszło płazem i zostałby zapamiętany albo zapomniany jako pomniejszy emigracyjny pisarz, zbyt polski dla Amerykanów, gdyby nie ruszył ze swoimi fantazjami po najświętszą ze świętości i nie opublikował książki God’s Broker o największym Polaku, swoim osobistym przyjacielu, pogromcy komunizmu i kremówek, papieżu Janie Pawle II. Ale po kolei.

Herostratesowa sława

Good Night, Dzerzi Janusz Głowacki opisał fenomen Nowego Jorku bezlitosną dychotomią: „Manhattan jest właśnie nieprzewidywalny. Na ogół wiemy, komu się może udać, a komu nie, a tutaj pewniacy giną bez śladu, a kompletnie beznadziejne przypadki nagle wygrywają”. Do której kategorii należał Gronowicz? Czy skoro o nim teraz piszę, to znaczy, że mu się udało?

Widzę go jako pierwowzór O’Grodnicka z powieści Wystarczy być Kosińskiego, amerykańskiej wariacji na temat Kariery Nikodema Dyzmy, człowieka bez przeszłości i właściwości, który dzięki licznym przypadkom katapultowany jest na amerykańskie salony.

1 września 1938 r. dzięki wsparciu Funduszu Kultury Narodowej i pochlebnej opinii Karola Irzykowskiego najmłodszy członek lwowskiego oddziału Związku Literatów, autor m.in. broszury Antysemityzm rujnuje moją ojczyznę, skonfiskowanego tomu wierszy Prosto w oczy oraz tomu Zbuntowaną pieśnią przez wieś, wylądował w Stanach. Data brzmi nieprawdopodobnie, ale w archiwach Ellis Island znajduję Boleslawa Gronowicza (to jego pierwsze imię) na liście pasażerów Batorego, który 22 sierpnia 1938 r. przypłynął do Nowego Jorku z Gdyni. Urodzony 25 lat wcześniej w Rudni pisarz, ostatnie stałe miejsce pobytu: Lwów, ul. Fredry 7/10, przybywa na zaproszenie Uniwersytetu Columbia. Włosy ma brązowe, oczy niebieskie.

W rozmowie z pismem „Kierunki” z 1973 r. twierdził, że w kraju rozpętano przeciwko niemu kampanię oszczerstw i atakowano go, a przyszły prezydent Raczkiewicz nazywał go w senacie dezerterem z wojska i wiejskim agitatorem.

W „Dzienniku Bydgoskim” z 13 września 1938 r. znajduję antysemicki paszkwil nazywający młodego pisarza „komunizującym grafomanem” i zawierający prymitywne cytaty z faszyzującego „Prosto z Mostu”. W łódzkim „Orędowniku” z kolei drukują słowa: „Jakim cudem Żyd – Gronowicz zapomogę zdołał złowić i wyjechał za granicę, żeby – właśnie w Ameryce – za Fundusze z Kultury robić głośne awantury?”.

Oszczerstwa dotarły za ocean. „Polonia, nastawiona wówczas prorządowo, przyjęła mnie wrogo. W rezultacie odebrano mi stypendium, zostałem bez środków do życia. Kiedy wybuchła wojna, zgłosiłem się do konsulatu, żeby stanąć w obronie Ojczyzny – nie przyjęto mnie”. Tak mówił w jednym miejscu. We wspomnieniach opublikowanych w „Tygodniku Kulturalnym” rok później sprawy przedstawił nieco inaczej: „W polskim konsulacie w Nowym Jorku zabrano mi paszport i polecono wracać najbliższym statkiem do Polski”. Efekt jest jednak niewątpliwie ten sam: Gronowicz ląduje na ulicy, szoruje po dnie, na prośbę konsula ściga go nawet FBI. Uważa się go za agenta, wrogi element, a w kieszeni ma jeszcze mniej niż Kosiński, który aby uzyskać paszport, podrobił oficjalne pieczęcie i dokumenty oraz stworzył fałszywą amerykańską fundację, która rzekomo chciała go sponsorować: po przybyciu dysponował trzema dolarami. Gronowicz został nawet „bez 5 centów potrzebnych na przejazd kolejką podziemną do Bronxu”, gdzie mieszkał brat jego znajomego ze Lwowa.

Jego polemika z polskimi gazetami opublikowana w „Wiadomościach Literackich” nie poprawiła sytuacji pisarza, „Głos Narodu” z 13 kwietnia 1939 r. domagał się dalszych wyjaśnień od „sławnego, herostratesową iście sławą »literata«”: „Byłby wreszcie czas, by opinia polska dowiedziała się, po co właściwie p. Gronowicz, lewicowiec, »antyklerykał« i notoryczny grafoman, został przez Fundusz Kultury Narodowej do Ameryki wysłany”.

Zdarza się jednak cud na miarę potrącenia O’Grodnicka przez żonę majętnego kierownika.

Przypadkowy przechodzień zagadnięty przez Gronowicza o pożyczkę w wysokości dolara okazuje się lekarzem. Zaprasza go do domu, myje, ubiera w garnitur i zaprasza na kolację, na której ma także być kilku pisarzy. Idą nie byle gdzie, do zaprojektowanej przez Charlesa A. Platta pięknej kamienicy w neogeorgiańskim stylu po północnej stronie 65. Ulicy między alejami Park i Madison. Blisko Central Parku. Mieszka tam matka prezydenta Stanów Zjednoczonych, 84-letnia Sara Roosevelt. Gronowicz zachowuje się na salonach dokładnie jak niepełnosprawny umysłowo bohater Kosińskiego, w rolę „dzikiego” wchodzi z rozkoszą i naturalnym talentem. Na pytanie gospodyni o to, jakie było jego pierwsze spostrzeżenie w Nowym Jorku, odpowiada: halki amerykańskich dziewcząt, dłuższe o półtora cala od sukienek. Drugie zagadnienie to od razu gra o finał, pełna pula leży na stole, syn wołyńskiego parobka staje przed bramami raju, a św. Piotr z nowojorskim akcentem, niskim głosem pyta: co dla ciebie jest najbardziej amerykańskie? Nie wiedział, co rzec, strzelił więc na chybił trafił: placek jabłkowy z lodami. „Zebrani zaczęli bić brawo. Zrozumiałem, że próba ogniowa powiodła mi się. Następnego dnia w gazecie »Herald Tribune« moje nazwisko znalazło się na liście gości pani Sary Roosevelt”. Sympatyczna mama prezydenta mogłaby mu rzec: „Masz w sobie coś, co mi odpowiada. Jestem starym człowiekiem, więc będę z tobą szczery. Podoba mi się twoja bezpośredniość, to, że chwytasz wszystko w lot i nie owijasz niczego w bawełnę”, ale to słowa, które usłyszał O’Grodnick. „Po przyjęciu u matki prezydenta posypały się jak z rękawa następne zaproszenia. Stałem się mile widzianym gościem u najpotężniejszych. Poznałem sławnych aktorów, pisarzy, finansistów…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Szczęśliwego Nowego Jorku