Subskrybuj
Ludwig Wittgenstein, ok. 1930 r. fot. Heritage Images/Getty
Historyk sztuki, współpracuje z „Zeszytami Literackimi”. Ostatnio wydała biografię Jaka szkoda. Krótkie życie Pauli Modersohn-Becker oraz zbiór opowiadań Ten kraj. Publikuje pod pseudonimem.

Wittgenstein w Krakowie

Dla młodego intelektualisty, który z dnia na dzień został szeregowym żołnierzem, I wojna światowa okazała się dramatyczną konfrontacją z prawdziwym życiem. W ludzkiej dżungli Wittgenstein przypomina sobie opresyjną atmosferę szkoły. „Poczułem się jak w jednym z tych snów, w których bez powodu, nagle znów siedzi się w szkolnej ławie”

Dwie tablice po dwóch stronach miasta. Jedna na murze szpitala wojskowego przy ul. Wrocławskiej. „»Litości promieniste ramiona / obejmują rozbite serce«. Georg Trakl (1887–1914)”. Te dwa wersy ze Śpiewu uwięzionego kosa przełożył Zbigniew Herbert. Druga tablica w 2014 r. została umieszczona przy bulwarach wiślanych. Widnieje na niej napis, po polsku i po angielsku: „Gdzieś tutaj w pobliżu 14 sierpnia 1914 r. Ludwig Wittgenstein wszedł na pokład wojennego statku Goplana”. Dwie tablice na pamiątkę ważnego niespotkania. W 2001 r. codziennie przechodziłam obok tablicy Trakla. Otoczony zielenią secesyjny szpital jest dziełem austriackiego inżyniera Maksymiliana Hoffmana. Na początku XXI w. można było jeszcze odwiedzić skromną wystawę poświęconą poecie. Nie wiedziałam o niej, a utrudniająca funkcjonowanie szpitala izba pamięci poety została zlikwidowana w 2007 r. W drodze do szkoły, Liceum imienia Bartłomieja Nowodworskiego, mijałam również zrujnowany budynek z klasycyzującym tympanonem przy ulicy Powiśle. Były to od lat niszczejące tzw. koszary na Groblach. Nie wiedziałam, że w czasie I wojny światowej mieściło się tam dowództwo Cesarsko-Królewskiej Flotylli Wiślanej. Patrzyłam, jak zaniedbany budynek pokrywa graffiti. W 2002 r. został wyburzony, a na jego miejscu zbudowano hotel Sheraton.

Latem 1914 r. Ludwig Witt­genstein wybierał się za granicę. Poprzednie dwa wakacyjne sezony spędził z poznanym w Cambridge Davidem Pinsentem w Islandii i Norwegii. Wittgenstein szukał odosobnienia, które ułatwiało koncentrację. W 1914 r. przyjaciele również planowali wspólny wyjazd. Zastanawiali się, czy lepiej spędzić lato w Andorze i w Pirenejach czy może na Hebrydach. Nie zdążyli podjąć decyzji. Pod koniec lipca 1914 r. Wittgenstein przebywał akurat w Wiedniu. Wybuchła wojna i nie mógł swobodnie opuścić kraju. Ale walczyć też wcale nie musiał. Dwudziestoczteroletni Ludwig Wittgenstein na wojnę poszedł na przekór bliskim. Zamożne rodziny nie pozwalały brać swoich synów w kamasze. W dodatku Wittgenstein nie musiał nawet symulować choroby: ze względu na obustronną przepuklinę już w poprzednim roku został zdyskwalifikowany przez komisję wojskową. Zaangażował się dobrowolnie: najpierw przy pracach cywilnych, a następnie zgłosił się na ochotnika do czynnej służby wojskowej. Nie z patriotycznych, raczej z osobistych, emocjonalnych pobudek. Miał nadzieję, że wojna go poruszy, pomoże uporządkować własny chaos. Był „namiętny, głęboki, żarliwy i dominujący” – mówił o nim jego mistrz, Bertrand Russell. Nieustannie rozważał skomplikowane matematyczne czy filozoficzne problemy, swoimi odkryciami i wątpliwościami pragnął się dzielić. Gwałtowny i wrażliwy, pozostawał na pastwie sprzecznych emocji. Chciał coś przeżyć, osiągnąć nie tylko na niwie intelektualnej. Wojna miała dostarczyć impulsu dla przemiany. Wychowany przez ojca w poczuciu obowiązku i służby Wittgenstein najwięcej wymagał od samego siebie. Uważał wręcz, że służba społeczeństwu, walka o lepszy świat zaczyna się od szlifowania charakteru. „Musisz (…) zmienić swoje życie, (…) wtedy zniknie to, co problematyczne” – pisał. Kiedy indziej dodawał, że również „chorobę epoki”, „chorobę, jaką są problemy filozoficzne, można wyleczyć jedynie przez zmianę sposobu myślenia i życia”.

„Do tej pory moje życie to był jeden wielki bajzel – pisał do Bertranda Russella wiosną 1914 r. – ale czy tak musi być wiecznie?”. Do wojska wstąpił 7 sierpnia, dzień po tym jak Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Rosji, sześć tygodni po zamachu na arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie. Dwudziestopięcioletni Ludwig Wittgenstein dotychczas nie wykazywał zainteresowania polityką. W dodatku od pięciu lat żył w Wielkiej Brytanii – obecnie terytorium wroga.

Najpierw w Manchesterze projektował śmigła, następnie, zainspirowany lekturą Principia Mathematica, zgłosił się w Cambridge do Bertranda Russella. Oczekiwał, że profesor zdecyduje o jego dalszej drodze: Wittgenstein kazał mu zawyrokować, czy jest idiotą i ma się poświęcić inżynierii lotniczej, czy może jednak jest coś wart i powinien uprawiać filozofię.

Russell polecił mu napisać rozprawkę, a po lekturze zadania namaścił go na filozofa. W Cambridge Wittgenstein obracał się w wysokim intelektualnym towarzystwie: wśród jego rozmówców byli wybitny filozof George Edward Moore i ekonomista John Maynard Keynes. Znalazł też kogoś bliskiego. Na spotkaniu u Russella poznał studenta matematyki Davida Pinsenta: połączyło ich żarliwe, choć najwyraźniej platoniczne uczucie. Mimo wszystko Wittgenstein nie miał pewności, że „się odnalazł”. Na początku roku pokłócił się z Russellem. W Nowy Rok zapewniał mistrza o dozgonnej wdzięczności, a jednocześnie zrywał znajomość. Nauczyciel zareagował wyrozumiale. W odpowiedzi Wittgenstein tłumaczył, że mają różne systemy wartości i dlatego nie mogą rozmawiać o kwestiach fundamentalnych. Zaproponował więc, by zachowali powierzchowną towarzyską znajomość. W tym samym okresie popsuły się też jego stosunki z Moore’em. Wybuch wojny pozwolił Wittgensteinowi oddać stery własnego życia, wstąpienie do wojska było formą „ucieczki do przodu”. „Fantastycznie, że się zgłosił, choć jest to zarazem niezwykle smutne i tragiczne” – komentował w dzienniku Pinsent. Przyjaciele znaleźli się po dwóch stronach barykady. Wittgenstein zaklinał los, by jeszcze się spotkali. Życzenie się nie spełniło. Wojna rozdzieli przyjaciół na zawsze. Pinsent zginie w katastrofie lotniczej we Francji w maju 1918 r.

Konflikty zbrojne i moralne

Tymczasem w sierpniu 1914 r. Ludwig Wittgenstein w geście rzekomego patriotyzmu wyprawiał się na front zachodni, do walki z Anglikami, których nazywał „najlepszą rasą na świecie”. Wewnętrznie rozdarty, pod koniec października notował: „Oni nie mogą przegrać. My natomiast możemy i przegramy. Myśl, że nasza rasa zostanie pokonana, okropnie mnie przygnębia”. Stanowisko Wittgensteina nie było odosobnione. Nacjonalistyczna frazeologia od lat dominowała codzienną mowę i dyskurs publiczny; nawet pisarze okopywali się w twierdzy narodowej tożsamości. Hugo von Hof­mannsthal „afirmuje Austrię” – w wojnie widzi przewrót, szansę na wyjście ze stagnacji. Robert Musil – który później miał zmienić front – wspominał ferwor pierwszych wojennych tygodni: „pojawiło się nowe uczucie… Przejmujące uczucie przynależności wyrywało nam serca z piersi… Zostaliśmy jakby zbici w kulę, zjednoczeni w niewyrażalnej pokorze, w której jednostka nagle jest niczym, poza zasadniczym zadaniem obrony plemienia”.

Pacyfizm był niepopularny – uchodził za „defetyzm” i zdradę ojczyzny. Stefan Zweig z przerażeniem obserwował wojenne zacietrzewienie: „Najspokojniejsi, najbardziej dobroduszni ludzie byli jakby pijani żądzą krwi. Moi przyjaciele, którzy podawali się zawsze za zdecydowanych indywidualistów, a nawet anarchistów duchowych, z dnia na dzień przemieniali się w fanatycznych patriotów, a z patriotów w nienasyconych aneksjonistów. Rozmowy kończyły się głupimi frazesami, jak na przykład: »Kto nie umie nienawidzić, ten nie umie prawdziwie kochać« lub ordynarnymi inwektywami”.

Jednym z nielicznych intelektualistów, którzy konsekwentnie i głośno występowali przeciwko wojnie, był Bertrand Russell. Jak wyznawał w Autobiografii, powszechny entuzjazm wprawił go w osłupienie. Naiwnie sobie wyobrażał, że wojny są narzucane ludowi przez despotycznych, makiawelicznych przywódców. Od początku nie miał jednak wątpliwości, że musi się opowiadać przeciwko wojnie. Russell brzydził się propagandą obu stron, opłakiwał deptanie cywilizacji, ale także hekatombę wysyłanych na front młodych ludzi. Jego uczeń Wittgenstein nie był jeszcze gotowy na tego rodzaju refleksję. Na wieść o wojnie zareagował impulsywnie i spodziewał się, że będzie to krótkie intermezzo w jego biografii. Gazety spekulowały, że możliwość szybkiego przerzucania wojsk z jednej strony, a wysokie koszty prowadzenia kampanii z drugiej sprawią, iż będzie to wojna nieomal błyskawiczna. Jak pisał Zweig: „»Na Gwiazdkę znów będziemy w domu« – wołali w sierpniu rekruci, śmiejąc się do swoich matek”.

9 sierpnia 1914 r. Wittgenstein został przydzielony do 2 Pułku Artylerii Fortecznej w Krakowie. Twierdza Kraków była strategicznym austriackim bastionem na granicy z Rosją. W mieście stacjonował garnizon, znajdowała się tu także siedziba dowództwa okręgu I Korpusu obejmującego zachodnią Galicję oraz Śląsk austriacki wraz z Cieszynem, Ołomuńcem i Opawą. „W nocy Kraków jest rzeczywiście taki, jak go sobie wyobrażamy: ponura twierdza na granicy dwóch imperiów, wpatrzona w noc bezkresnej rosyjskiej równiny” – pisał oddelegowany tu jako korespondent wojenny Ferenc Molnár. Kraków był ważnym miastem „pół-Azji”, jak nazywał Galicję Karl Emil Franzos. Przenoszeni do Krakowa oficerowie traktowali to jako zesłanie, niektórzy uruchamiali znajomości, by znaleźć się bliżej Wiednia. Narzekali na niewygodne mieszkania, brak niemieckiego gimnazjum dla dzieci. Do języka zaborcy Polacy okazują wręcz ostentacyjną niechęć. Zapanowanie nad tutejszym garnizonem to nie lada wyzwanie: rekruci z Galicji są wymizerowani i bez podstawowego wojskowego wyszkolenia, często są to wręcz analfabeci.

Twierdza Kraków

Choć prowincjonalny, Kraków raczej nie zaszokował młodego Wiedeńczyka. Wittgenstein zobaczył Planty – miniaturową wersję Ringu – oraz przylegające do nich monumentalne budynki w historyzującym stylu. Było to – według słów Ignacego Daszyńskiego – miasto „pięćdziesięciu kościołów i zakonów, Kraków-twierdza, Kraków dewotek i biurokratów”. Jeszcze niedawno na Starym Mieście można było dosłownie utonąć w błocie. Jednak pomimo oporów Kraków na przełomie wieków powoli stawał się miastem nowoczesnym: z oświetlonymi, uregulowanymi ulicami i sprawną komunikacją tramwajową. Reprezentacyjne budynki użyteczności publicznej nie przypadkiem przypominały cesarsko-królewską stolicę: to tam od lat kształcili się najlepsi krakowscy architekci. Podczas wojennej służby Wittgenstein regularnie bywał „w mieście”: chodził do kawiarni, korzystał z łaźni (może Łaźni Rzymskiej przy ulicy Świętego Sebastiana, w której secesyjnych salach mieści się dziś Muzeum Przyrodnicze).

Jesienią 1914 r. młody filozof zobaczył Kraków w stanie mobilizacji i wzburzenia: na dworcu tłoczyli się żołnierze i powracający z urlopów bądź wyjeżdżający cywile, klienci wykupywali zapasy żywności w sklepach. Mimo to do pewnego stopnia nadal funkcjonował „mały Wiedeń”. Dostępne były niemieckojęzyczne gazety, działały filie austriackich sklepów. Prosto ze stolicy sprowadzano przybory toaletowe, biżuterię czy walizki. Firma Julius Meinl z siedzibą przy Rynku Głównym zapewniała, że towar jest na składzie i będzie sprzedawany w normalnych ilościach i po zwykłych cenach. Piekarnie wypiekały kajzerki, a w zdobionych lustrami i aksamitnymi portierami restauracyjnych salach serwowano sznycle, sernik wiedeński czy tort Pischingera.

W pierwszych dniach wojny w Krakowie niepokój mieszał się z podnieceniem. Międzynarodowy konflikt budził nadzieję na niepodległość. Wojskowe zespoły grają austriacki hymn i polskie pieśni patriotyczne, towarzyszą im żołnierze z lampionami. Słychać okrzyki: „Precz z Rosją! Niech żyje wojna!”. Zmobilizowani Polacy rwą się do walki, a szlachetne katolickie damy na dworcu dokarmiają przejeżdżających przez miasto żołnierzy. „Ilustrowany Kurier Codzienny” podbija nastrój, informując, że nawet początkowo nieufni i nieco przerażeni chłopi z entuzjazmem witają żołnierzy: „Znane mi są bardzo liczne wypadki, gdzie na wieść o zbliżaniu się wojsk regularnych austriackich i strzelców całe gromady na kilka kilometrów od wsi wychodziły na spotkanie, witając naszych wiarusów i na klęczkach dziękując za wyswobodzenie ich z kajdan rosyjskiej niewoli”.

Na ogół senne garnizonowe miasto żyje w przyspieszonym tempie. Na murach i słupach widnieją proklamacje, odezwy i napomnienia: ludzie się gromadzą i odczytują je na głos. Do miasta ściągają poborowi – brakuje dla nich miejsca w koszarach, koczują więc na ulicach, trawnikach i w parkach. Na Błonia spędzono stada bydła – jako zaopatrzenie dla twierdzy. „Rzadko które miasto witało kiedykolwiek tak przyjaźnie i gościło tak serdecznie wśród swoich murów żołnierzy, jak nasz stary, poczciwy Kraków – w entuzjastycznym tonie donosił »Ilustrowany Kurier Codzienny«. – Po ulicach snują się wojskowi rozmaitych rang i broni, witani wszędzie przyjaznym uśmiechem lub ukłonem. Cywilna ludność ustępuje wszędzie miejsca dzielnym synom Marsa, wyróżnia ich i forytuje jak ulubieńców. Zaznaczyć wypada, że i wojsko zachowuje się z nadzwyczajną kurtuazją i uprzejmością względem mieszkańców. Wszystkie prawie budynki i lokale publiczne, jak np. Teatr Miejski, Stary Teatr, Akademia Sztuk Pięknych, szkoły etc. – zajęte są przez wojsko. Muzy ustąpiły gościnnie miejsca – Marsowi”. W kawiarni Esplanada odśpiewano hymn, a publiczność na stojąco wiwatowała za wojną. „Wojna najcięższych ofiar od nas wymagać będzie, ale przez jej krwawą łunę może dla nas błysnąć jutrzenka lepszej przyszłości” – z nadzieją pisał dziennikarz „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”.

Wspólna sprawa nie uszlachetnia

W koszarach dokuczają pluskwy, a jedzenie jest wstrętne. Dla Wittgensteina najtrudniejsze jest jednak ciągłe przebywanie wśród obcych, w większości nieokrzesanych ludzi. Po tygodniu służby w artylerii młody ochotnik został skierowany na statek patrolowy SMS Goplana (Seiner Majestat Schiff – Okręt Jego Cesarskiej Mości). Był to rosyjski parowiec, zdobyty przez Austriaków zaledwie przed paroma dniami i dokooptowany do formującej się właśnie Cesarsko-Królewskiej Flotylli Wiślanej. Uzbrojona i opancerzona Goplana pod austriacką banderą kursowała pomiędzy Zatorem, Krakowem a Sandomierzem. Brała udział w działaniach wojennych, transportowała rannych i zaopatrzenie.

Z uwagi na jego studia techniczne Wittgensteinowi powierzono obsługę reflektora. Zadanie nie wymagało jednak szczególnych umiejętności, a jego paradoksalną zaletą była służba nocna. Kiedy już świtało, Wittgenstein kładł się na gołej podłodze na dolnym pokładzie, bez przykrycia. Cieszył się, jeśli udało mu się rozminąć z towarzyszami broni. „Załoga to motłoch! – notował w dzienniku. – Żadnego zapału, niespotykane grubiaństwo, głupota i złośliwość. A więc to nieprawda, że wspólna sprawa uszlachetnia. Z tymi ludźmi trudno się dogadać (może z wyjątkiem porucznika, który wygląda na poczciwego)”.

Pomimo zagrożenia, zmęczenia i chłodu Wittgenstein docenia nocne widoki na Wiśle. Rosjanie siedzą im na karku, granica jest obsadzona przez Kozaków. Tymczasem młodemu filozofowi doskwiera głównie przymusowe towarzystwo żołnierzy, których uważa za bezwzględnych i brutalnych prymitywów. „Kiedy słyszymy Chińczyka, jego mowa przypomina nam nieartykułowane bulgotanie. Ktoś, kto zna chiński, rozpozna w tym język. Podobnie, często nie znajduję człowieka w człowieku”. Wittgenstein z mlekiem matki wyssał uprzedzenia wobec „prostaków” i wieśniaków. Dla młodego intelektualisty, który z dnia na dzień został szeregowym żołnierzem, wojna okazała się dramatyczną konfrontacją z prawdziwym życiem.

W ludzkiej dżungli Wittgenstein przypomina sobie opresyjną atmosferę szkoły. „Poczułem się jak w jednym z tych snów, w których bez powodu, nagle znów siedzi się w szkolnej ławie”. Także tym razem nieuchronnie się wyróżnia i nawet nie próbuje tego ukryć: „moja sytuacja jest też dosyć zabawna i wykonuję najbardziej podrzędne czynności z ironicznym półuśmiechem”. Nieokrzesani, niemówiący po niemiecku żołnierze drwili z delikatnego Wiedeńczyka, który w każdej wolnej chwili czytał i notował. W dodatku w ferworze pracy Wittgenstein nieraz krążył nerwowo i mamrotał pod nosem w dwóch językach. Towarzysze wojennej żeglugi takie skupienie musieli traktować jako objawy szaleństwa. Młody filozof postanawia nie stawiać oporu. Stara się najwyżej odciąć od tego, co go rani, aby ochronić życie wewnętrzne.

Wittgenstein właściwie powinien był wstąpić do wojska jako einjähriger Freiwilliger, „jednoroczny ochotnik”: ten status przysługiwał rekrutom, którzy mieli zdaną maturę. Ci wyżsi rangą „ochotnicy” po odbyciu krótkiej obowiązkowej służby mogli awansować. Gdy krakowscy „jednoroczniacy” poznają wykształconego Wittgensteina, nieformalnie przyjmują go w swe szeregi. Zwracają się do niego Herr Kollege – a on cieszy się, że został rozpoznany przez „swoich”. Bliższy kontakt na Goplanie nawiązał z porucznikiem: był nim Słoweniec Rudolf Molè. „Nieraz rozmawialiśmy o wszystkim – zanotował 21 sierpnia – potrafi się obchodzić z największymi łobuzami i być miłym, nie tracąc panowania nad sobą”. Wykształcony w Wiedniu slawista i filolog klasyczny był pisarzem, tłumaczem i nauczycielem. Po wojnie zabiegał o zacieśnienie stosunków polsko-słoweńskich, na ojczysty język przełożył Krzyżaków i Ogniem i mieczem. Rozmowy z porucznikiem mogły być dla Wittgensteina stymulujące intelektualnie. Czy opowiadał mu o filozoficznych rozmyślaniach? Być może Wittgenstein trochę go przeraził emocjonalną intensywnością, bowiem 15 września zanotował w dzienniku: „stosunki z porucznikiem chłodniejsze niż wcześniej”. 21 września wpadł w przygnębienie: właśnie się dowiedział, że Molè został przeniesiony.

Podczas służby na Goplanie Wittgenstein miał poczucie zagrożenia i stale mierzył się z lękiem. 18 sierpnia rozkaz dostał o pierwszej w nocy: „Praktycznie nago podbiegłem do mostka nawigacyjnego. Lodowate powietrze, deszcz. Byłem pewien, że zginę. Włączyłem reflektor i poleciałem się ubrać. To był fałszywy alarm. Byłem okropnie wzburzony i jęknąłem głośno. Poczułem, jak straszna jest wojna. Teraz (wieczór) strach minął. O ile nie zmienię zdania, zrobię wszystko, co w mojej mocy, by przeżyć”.

Wolność w duchu

Dziennikowe zapiski są odbiciem zmagań Wittgensteina, walki z samym sobą, którą prowadzi pomimo wojny czy wręcz jej na przekór. Powraca motyw „pracy”: idzie dobrze, słabo albo w ogóle nie ma do niej warunków. Gdyby nie pojedyncze sceny z wydarzeń na froncie (kanonady, wachty, Kozacy), można by pomyśleć, że czytamy zapiski uczonego dokumentującego swoje postępy. 22 sierpnia w dzienniku pojawia się pierwsza notatka o charakterze filozoficznym. To, co w kolejnych wpisach Wittgenstein nazywa „swoją pracą”, to rozważania o logice, rozwinięcie „obrazkowej teorii języka”, a także refleksje z lektury, notatki na marginesach.

Mogłoby się zdawać, że „wojna Wittgensteina” to walka o skupienie, przeciwko siłom rozproszenia. Po prawej stronie zeszytu zamieścił obliczenia, symbole, poszukiwanie „gruntu” w logice. Tymczasem zapiski z lewej strony zdają się potwierdzać niewystarczalność czystego, logicznego rozumowania: „Człowiek jest bezsilny w ciele i wolny w duchu – notuje Wittgenstein 16 września. – I tylko w duchu. Prawie nie pracowałem”. Dwa dni później dodaje: „Bardzo mało spałem. Wczoraj w ogóle nie pracowałem”. Podobne zapisy pojawiają się prawie codziennie, jakby filozof czuwał nad własną pilnością i skupieniem, zagrzewał się do boju. Podczas wojny życie wisi na włosku, trzeba przyspieszyć również przedsięwzięcia intelektualne. Wittgenstein pracuje i myśli przeciwko okolicznościom. Problem filozoficzny, z którym się mierzy, opisuje zresztą, sięgając po wojenne metafory: „Wciąż atakuję mój problem, zdobyłem już tyle fortów. Teraz widzę tak jasno i spokojnie, jak zdarza się tylko w najlepszych momentach. Żebym tylko zdołał rozwiązać wszystkie podstawowe problemy, nim dobry okres minie!”. Zagrożenie, którego spodziewa się filozof, nie jest zewnętrzne: obawia się blokady umysłowej, która nie pozwoli mu doprowadzić swego zadania do końca: „Czy w ogóle będę jeszcze w stanie pracować? (!) – zastanawiał się 12 listopada. – Czyżby już opadała kurtyna? Byłoby dziwnie, gdybym miał utknąć w środku problemu, w trakcie oblężenia”.

Na początku 1915 r. John Maynard Keynes półżartem zasugeruje mu w liście, że „być na wojnie jest chyba przyjemniej, niż rozmyślać o twierdzeniach w Norwegii, ale mam nadzieję, że niebawem zrezygnujesz z tego rodzaju rozkoszy”. Tymczasem, jak zapewnia Wittgenstein, „mylisz się, jeśli uważasz, że bycie żołnierzem przeszkadza mi myśleć o twierdzeniach. Tak naprawdę ostatnio udało mi się odrobić kawał logicznej pracy i wkrótce mam nadzieję pójść dalej”.

Najważniejsza wojna Wittgensteina to zmaganie ze sobą. Niełatwo przychodzi mu wykonywanie rozkazów na ślepo i robi wszystko, by ochronić życie wewnętrzne. Uciążliwe okoliczności działają mobilizująco, zmuszają do refleksji.

„Nieskończenie trudno jest nie przeciwstawiać się złu. Ciężko na pusty żołądek i bez snu pozostawać w służbie ducha” – zanotował filozof 18 września. Zło, które ma tutaj na myśli, to nie są okropności wojny, lecz wyobcowanie wśród ludzi, którzy zdają mu się „prostaccy i głupi”. Wciąż słyszy ich rechot, jest atakowany i z trudem broni własnego „ja”. Wraz z postępem działań wojennych wzrasta też demoralizacja załogi: znika wszelkie poczucie przyzwoitości, nie ma strachu przed karą, bo oficerowie są zajęci ważniejszymi sprawami. Wittgenstein świadomie się powtarza: „Raz jeszcze: jest nieskończenie trudno nie przeciwstawiać się ludzkiej podłości. Bo ludzka podłość zawsze pozostawia ranę. Rosjanie zostali odepchnięci tak daleko od granicy, że do tej pory nie mieliśmy z nimi kłopotów”.

Dzienniki w koszu na bieliznę

„Gdybym nie miał papieru, pisałbym na piasku” – wyznał Wittgenstein przyjacielowi w czasie I wojny światowej. Jednocześnie kilkanaście lat później zauważył, że potrzeba zapisywania później wygasła: „Dziwne, że już od tylu lat prawie nigdy nie czułem potrzeby robienia notatek. Kiedy za pierwszym razem w Berlinie zacząłem na karteczkach zapisywać refleksje o sobie, wynikało to z potrzeby. Był to dla mnie ważny krok. Potem brało się to po części z impulsu, by imitować (czytałem dzienniki Kellera), a po części z potrzeby pozostawienia śladu po sobie. A więc w znacznej mierze z próżności. Ale zarazem dziennik był namiastką osoby, której mogłem się zwierzyć. Potem doszło do tego naśladowanie dziennika Pepysa. Trudno to uczciwie ocenić, ponieważ oczywiste motywacje i próżność z pewnością były składową tego, co próbowałem zrobić”.

Wojenne zapiski Ludwiga Wittgensteina przetrwały cudem. Zanim ruszył na wojnę, swoje książki i notatki zostawił w Cambridge u antykwariusza. W 1919 r. prosił Bertranda Russella, by zniszczył te zapiski. Kiedy zgłosił się na służbę w Krakowie, Wittgenstein również miał przy sobie notatnik, ale i ten zeszyt oddał na przechowanie. Były to prawdopodobnie – niezachowane – notatki logiczne, które sporządzał podczas pobytu w Norwegii. Trzydzieści lat później podczas ostatniej wizyty w Austrii poprosił również o zniszczenie swoich pozostałych notesów. Gdzie indziej wspomina, że stron starych zeszytów używa do skręcania papierosów. Po drugiej wojnie światowej bratanek filozofa znalazł trzy zeszyty w Villa Toscana – rodzinnej posiadłości w Gmunden. Przetrwały przypadkiem – zawieruszone na poddaszu w koszu na bieliznę.

Wittgenstein często notował w księgach rachunkowych oprawnych w czarne bądź zielone płótno, jakich w Austrii używali księgowi. „Traktat to wyciąg z siedmiu takich ksiąg, które zniszczył po ukazaniu się dzieła” – twierdził przyjaciel, Paul Engelmann. Pierwszy zachowany wojenny zeszyt obejmuje zapiski od 9 sierpnia do 30 października 1914 r. Na tytułowej stronie Wittgenstein zapisał adres matki, aby w razie jego śmierci odesłano jej zapiski, oraz adres Bertranda Russella, któremu z kolei ona miała przekazać zeszyt. Na okładce drugiego notesu widnieje nazwa Zakładu Papierniczego Konrada Burzyńskiego w Warszawie. Najwyraźniej Wittgenstein kupił go w Krakowie – czy w składzie Zygmunta Ziembickiego przy Placu Mariackim? Czy może u Wacława Janeczka w Pasażu Bielaka? Filozof zanotował, że pisze na biurku zrobionym z drewnianej skrzynki kupionej za dwie korony. Jest to zeszyt w linie, z dodatkowymi czerwonymi pionowymi kreskami, przeznaczony do rachunków. Wittgenstein pisze zwykle ołówkiem, czasem piórem: daty stawia wyraźnie, reszta

jest notowana pośpiesznie, nerwowym, zwichrowanym pismem. Pomiędzy poszczególnymi uwagami pozostawia linijkę przerwy, u dołu i u góry. W ten sposób filozof zapisywał swoje myśli w rękopisach i maszynopisach, aż do ostatniej notatki, którą skreślił dwa dni przed śmiercią w 1951 r.

Zapewne nie wszystko, co pomijał Wittgenstein w zapiskach, uważał za nieistotne. Między wierszami można odczytać, że względnie dobrze czuł się w Krakowie – czy tylko dlatego, że postoje w mieście oznaczały przerwę w służbie? Tutaj odbierał korespondencję. Kilkakrotnie wspomina, że wraca z zakupów. W grudniu poznał studenta ze Lwowa, który pracuje teraz jako kierowca. Spędzili razem wieczór w kawiarni. W końcu wynajął nawet pokój w mieście – przyjemny i w miarę obszerny, zapewniający odrobinę upragnionej samotności. Dałabym wiele, aby poznać jego krakowski adres. Wittgenstein pomija jednak szczegóły. Czy na kawę zachodził do Noworolskiego? Może kupował ciastka u Maurizia i Redolfiego przy Rynku Głównym? Wybrał się na obiad do Hawełki? Chciałabym go sobie wyobrazić w Kasynie Oficerskim przy ulicy Zyblikiewicza. Neorenesansowa willa, wewnątrz udekorowana w stylu Ottona Wagnera, z popiersiem cesarza Franciszka Józefa w sali widowiskowej. Ale przecież Wittgenstein, choć zamożniejszy niż zwykli rekruci, nie był oficerem i raczej nie zachodził do elitarnej kantyny.

W każdym razie Wittgenstein nie widzi potrzeby, by dokumentować okoliczności swojej wojennej egzystencji. Prawie nie komentuje też działań wojennych. Od pierwszego dnia służby systematycznie prowadzi jednak podwójny dziennik: po prawej stronie zapis logicznych zmagań, po lewej zaś zaszyfrowane osobiste, nieraz wręcz intymne uwagi. Prywatne notatki Wittgensteina to świadectwo wojny uwewnętrznionej. Grubiaństwo towarzyszy broni, zimno, nieczynne latryny, huk kanonady – wszystko to zakłócenia życia duchowego, własnej pracy Wittgensteina. „Czuję się zależny od świata – zapisał 9 listopada 1914 r. – muszę się go więc obawiać, nawet jeśli nic mi w danej chwili nie zagraża. Moje JA, w którym dawniej czułem się pewnie, widzę teraz jako utęsknioną, lecz odległą wyspę, która mnie opuściła”. Wojna Wittgensteina to także znoszenie niewygody, bolącej nogi, depresji; rozrachunki z samym sobą, erotyczne niezaspokojenie i poczucie winy. Filozof stara się uodpornić na zewnętrzne niewygody – przypomina sobie, że trzeba cenić każdą chwilę fizycznego dobrostanu, chronić ducha i poświęcać się pracy.

Po jednej stronie zeszytu Wittgenstein pytał, jaką prawdę da się wyrazić. Po drugiej zwierzał się z irytacji, niepokoju, seksualnych podniet. Po prawej stronie powstawały zręby Traktatu logiczno-filozoficznego. Kontynuował poszukiwania ostatnich kilkunastu miesięcy. Pochłaniały go pytania o podstawy logiki: „Jeżeli logikę można doprowadzić do końca, nie udzielając odpowiedzi na pewne pytania, to należy doprowadzić ją do końca, nie udzielając na nie odpowiedzi”. Po prawej stronie zmagał się z teorią języka, starając się skorygować to, do czego doszli jego poprzednicy: Bertrand Russell i Gottlob Frege. Na przeciwległej stronie toczą się wewnętrzne, nieraz intymne zmagania. Pożądanie czy też jego brak, „moja praca”, która posuwa się naprzód bądź jest niemożliwa. „Nie ma więc wyjścia, jak tylko zajmować się swoją pracą w pełnej pokorze i na litość boską się nie zatracić!!!! Najłatwiej się zatracić, oddając się innym ludziom”.

„Najlepiej pracuje mi się obecnie podczas obierania ziemniaków – dochodzi do wniosku filozof 15 września. – Zgłaszam się do tej roboty na ochotnika. Jest dla mnie tym samym, czym dla Spinozy było szlifowanie soczewek”.

Porównanie jest celne. Wypędzony w 1660 r. z Amsterdamu Spinoza zamieszkał w Rijnsburgu, gdzie zarobkowo zajmował się pracą optyka. Prowadzone wówczas notatki stały się podstawą wydanych w 1663 r. Zasad filozofii.

Fragment książki Do Pana kieruję moje milczenie, która ukaże się nakładem Znaku. Tytuł i śródtytuły od redakcji

Artykuł pojawił się w numerze: Chcę mieć serce spokojne