Subskrybuj

Prawowierność i herezja

Chrześcijańską tożsamość wzmacnia konsekwencja wobec własnych przekonań, nie zaś pogardzanie cudzymi, jak działo się to często w dobie reformacji i kontrreformacji. Albo jak dzieje się ciągle w porządku moralnym, gdy – zamiast podążać za lepszymi – poszukuje się gorszych od siebie, by się bez wysiłku dowartościować.

 

Ta historia kojarzy się głównie z separowaniem, a nie współistnieniem. Z wczesnochrześcijańskimi sporami wokół artykulacji doktryny chrześcijańskiej, ze stosami dla oponentów potężnego Kościoła średniowiecznego, ze skutkami rozłamu zachodniego chrześcijaństwa w XVI wieku, w tym zwłaszcza słownymi i zbrojnymi konfliktami. Jest ortodoksja i są ci, którzy od niej odstępują. Zwalczani w polemikach, wykluczani ze wspólnoty wiary w pokonstantyńskiej epoce związania się młodej religii ze starym cesarstwem, a potem z nowymi królestwami, ,,odpowiednio” traktowani – przy użyciu środków administracyjnych, z najsurowszymi represjami włącznie.

,,Odmieńcy” – postrzegani przez adwersarzy niczym demony, a przez dziejopisów z lekceważeniem – zyskali w XVIII wieku swoich entuzjastycznych adwokatów (m.in. Gottfried Arnold, Johann Lorenz von Mosheim, Christian Wilhelm Franz Walch), którzy pisząc historię chrześcijańskich Kościołów i kacerzy, ukazywali tych drugich jako wybranych świadków Boga, niosących Jego światło zepsutym i opresyjnym instytucjom religijnym. Do eksponowanej w tytułach bezstronności było tym pracom daleko, niemniej stawiane w nich pytania winny ciągle towarzyszyć refleksji nad dziejami tego czy innego Kościoła.

Jak można było wierzyć, że Bóg chce, by innego chrześcijanina nękać więzieniem czy konfiskatą mienia, a nawet śmiercią za to, że nie jest w stanie uznać którejś z prawd wiary? Dlaczego pogłoski i domysły na temat heretyka znaczyły dla jego prześladowców tak wiele, a rzetelne badania jego rzeczywistych przekonań pozostawiały nieraz tak wiele do życzenia? Czemu niektóre z ostro zwalczanych i gromko potępianych poglądów po jakimś czasie zyskiwały uznanie i były oficjalnie głoszone? I jak pogodzić tak wysoką czujność, zdecydowane reagowanie i surowość władz kościelnych wobec jawnych głosicieli heterodoksyjnych poglądów z wielką pobłażliwością wobec konglomeratu najrozmaitszych wierzeń, przez całe wieki wypełniających głowy wiernych wskutek mizerii nauczania przez duchownych, skupiających się głównie na mnożeniu nabożeństw? Część tych wierzeń kłóciła się z kościelnym Credo, inne wypaczały sens niejednej praktyki religijnej, nieraz przy twórczym udziale samych księży. Tego wszystkiego nie zasłoni parawan z napisem ,,prawo inkulturacji”, gdyż nad procesem tym w miarę panowano w epoce indywidualnej drogi długo przygotowywanych do chrztu kandydatów w I-IV wieku. Wprowadzanie do Kościoła (w V-XVI wieku) hurmem całych ludów na rozkaz władcy czy w wyniku podboju miało na długo poważniejsze następstwa dla świadomości chrześcijańskiej ludu Bożego niż wystąpienie kilku herezjarchów. Oto pobieżne i mało komunikatywne (no bo jak w parę dni powiedzieć politeistom o Bogu Trójjedynym, Odkupieniu, łasce, eschatologii itd.?) pouczenie przez słabo do tego zdatnych misjonarzy wyrwanych z klasztoru… Oto obowiązkowe poddanie się chrzcielnemu obrzędowi, narzucenie pod książęcą sankcją niepojętych obowiązków, trudnych do zrozumienia i wykonania. Czemu, na przykład, co siedem dni nie wolno pracować, przez półtora miesiąca nie jeść mięsa? Czemu umarłych należy zakopywać, a nie palić? Epoka, w której chrystianizację pojmowano jako zaprowadzenie prawowiernego kultu Bożego po likwidacji kultu pogańskiego, przyjęcie przez ogół ludności nakazanego chrztu oraz obowiązujących ją odtąd zakazów i nakazów, czas religii prawa, a nie troski o motywację i świadomość neofitów, to czas równie powierzchownych sukcesów nowej wiary jak metody jej zaprowadzania. Nie licząc małych enklaw (klasztory, otoczenie grodowego kościoła itp.), pokropiony wodą święconą pogański świat, zakorzeniony głęboko w sercach formalnych chrześcijan, długo jeszcze decydował o pojmowaniu i traktowaniu wielu prawd, a zwłaszcza praktyk nowej religii. Pierwsi kronikarze, wyłącznie duchowni, utrwalili własną wizję początków chrześcijaństwa w omawianych przez nich krajach, faktograficznie i triumfalistycznie, nie interesując się wcale stanem świadomości owych setek tysięcy ludzi, przerabianych topornie na zgoła mniemanych chrześcijan. W symplicystycznym pojmowaniu chrystianizacji nie było miejsca na podmiotowość neofitów. Władca wiedział za nich, że chcą chrztu, a ich katechiści – że się wszyscy, co do jednego, nawrócili. Przytakiwali przecież! I tak zaczynały się wielopokoleniowe dynastie chrześcijańskich ignorantów, regularnych grzeszników, odbywających niekoniecznie regularne praktyki religijne, według prywatnych nierzadko predylekcji co do zestawu i miejsca odbywania tychże praktyk. Funkcjonujący społecznie styl traktowania religii ukształtowały w dużej mierze pierwsze pokolenia chrześcijan, mających z reguły ograniczony dostęp do odległych miejsc kultu, w których nauczania i tak było niewiele. Duchowni – obcy, a potem przygotowani przez nich miejscowi – działali tam bowiem podobnie jak pierwsi misjonarze, czyli w stylu swojej epoki przywiązującej więcej wagi do prawa niż do sumienia i do rytu niż do słowa, bez którego przecież i nowe bywa rozumiane po staremu. Nawet przez wykonawców owych obrzędów, jako że sami reprezentowali chrześcijaństwo już mocno wpisane w istniejącą kulturę, ciągle czerpiące ze swoich macierzystych źródeł, a jednocześnie rozcieńczane bocznymi dopływami. O pochodzącym z Saksonii biskupie Kołobrzegu Reinbernie jego rodak Thietmar napisał w XI wieku: ,,Niszczył i palił świątynie z posągami bożków i oczyścił morze zamieszkałe przez złe duchy, wrzuciwszy w nie cztery kamienie pomazane świętym olejem i skropiwszy je wodą święconą”. Gromienie i zaklinanie targających ludźmi żywiołów zawsze będzie łatwiejsze niż nauczycielska praca nad ich przetworzeniem w siły dobra. Łatwiej, co nie znaczy: bliżej Ewangelii, było o minimum wyjaśnień czy zachęt, a maksimum sankcji zewnętrznych, nieraz drakońskich, po jakie sięgali nowi władcy chrześcijańscy. Thietmar nie był, oczywiście, jedynym biskupem, który uważał, że to jest słuszne. Pisał, że panujące w państwie Chrobrego zwyczaje, ,,choć straszne, to jednak niekiedy zasługują na pochwałę”. Cóż zatem chwalił? Okaleczanie organów płciowych za uwiedzenie cudzej żony (sankcja pogańskiego pochodzenia), a także drastyczne wsparcie dla kościelnego przykazania: Jeżeli stwierdzono, iż ktoś jadł po Siedemdziesiątnicy mięso, karano go surowo przez wyłamanie zębów. Prawo Boże bowiem, świeżo w tym kraju wprowadzone, większej nabiera mocy przez taki przymus niż przez post ustanowiony przez biskupów. Bożek nieprzebierającej w środkach skuteczności znajdzie niejednego jeszcze czciciela w dziejach Kościoła. Choć nie wiadomo, czy i ilu Polan faktycznie utraciło zęby za nierespektowanie postu, to i tak relacja ta świadczy o daleko idącym kościelnym uznaniu dla roli władcy (przykłady łatwo mnożyć) w egzekwowaniu wymagań słabo jeszcze zakorzenionego chrześcijaństwa. Jego surowe prawo postne zostaje nazwane Boskim, a wymuszane jest metodami, które kłócą się z Dekalogiem. Nie inaczej działo się gdzie indziej. Na Węgrzech rządzonych przez św. Stefana, który – jak pisał Gall Anonim – ,,nawracał je na wiarę prośbą i groźbą”, za rozmawianie podczas nabożeństwa królewskie statuty ustanawiały karę chłosty, za niedzielną pracę w polu – konfiskatę narzędzi, a za naruszenie innych przepisów kościelnych – tygodniowy…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Stare herezje w dzisiejszym Kościele