Pod dach kapliczki włożył list, było to na ostatnim etapie budowy: rok wystawienia – 2019, budowniczy i fundator – Maciej Pawelec, powód fundacji – wyraz tęsknoty za wsią, której już nie ma, i wotum dziękczynne za życie. Dołączył też opis dla kogoś w dalekiej przyszłości: w razie remontu użyć tradycyjnych materiałów i nic nie zmieniać. Ma być prosto, ludowo, wiekowo. Dodał też prośbę, w sumie najważniejszą: jeśli uschnie rosnąca obok wierzba, to w tym samym miejscu posadzić nową.
Dawniej wierzono, że w wierzbinach siedzą złe moce, dlatego świątków na nich nie wieszano. Kiedyś w Kobylnicy, wsi w powiecie garwolińskim, wierzby rosły wszędzie, ale je powycinali, bo przeszkadzały w pracy, pługi i traktory musiały je omijać. Gdy rolnicy podpalają trawy, a przy okazji spróchniałe drzewa, Maciej porównuje to do swego rodzaju egzorcyzmów, wyganiania diabła z wierzb. No bo jak inaczej wytłumaczyć, że setki lat drzewo służyło człowiekowi, a teraz popadło w taką niełaskę społeczeństwa? Budował kapliczkę, sąsiedzi przychodzili, mówili: „Będziesz musiał wyciąć – wilgoć, gałęzie”. Ale chciał żeby wyglądało tak, jakby stara, głowiasta, rosochata wyrosła przy kapliczce, a nie kapliczka przy wierzbie, jakby ta nowa kapliczka stała tu od 100 lat.
Cegły miał z odzysku, deski sosnowe z rozebranego we wsi domu, nie dodał nic nowego poza zaprawą wapienno-cementową. Nie wzorował się na okolicznych mazowieckich kapliczkach, bo nie ostały się w nich drewniane figury – wszędzie gipsowe Matki Boskie. A jemu ckniło się za krajobrazem kulturowym, który przeminął bezpowrotnie. Inspiracja przyszła prozaicznie, z internetu wyskoczył obraz: mała, biała, z niewielką wnęką i drewnianą figurką świętego. Chciał Józefa, bo przodkowie byli cieślami, a moc świętego jest wszechstronna – niech czuwa nad rodziną i dobrą śmiercią, niech w jego obecności wszyscy czują się bezpiecznie. Figurkę wyrzeźbiła pani Maria z Piotrowic. Wiele lat opiekowała się wnukami, nie miała czasu tworzyć, więc zapłacił, dał wolną rękę, zmobilizował artystycznie. No i teraz w kapliczce stoi św. Józef Rzemieślnik, ma nawet skrzyneczkę na stolarskie narzędzia.
Pozwolenie? Nikogo nie pytał o zgodę: „Zrobili z nas kraj wyznaniowy, to nawet gdyby była taka potrzeba, nikt by nie miał pretensji” – pomyślał. Fundamenty wylał na rogu swojej działki, przy błotnistej drodze biegnącej wzdłuż Wisły. Murował bez planów – tu trzeba podciąć, tam zaokrąglić. Potem przerwał, zabrakło energii, weny, zostawił projekt na kilka miesięcy i pojechał robić zdjęcia na Syberię. Wrócił z naładowanymi bateriami, wykończył, na poświęcenie przyszła cała wieś.
Czas rządzi się swoimi prawami” – duma Maciej. Trochę już odpadł tynk, trochę porosła mchem, dach ściemniał. Posiał maciejkę, żeby pachniała wieczorami, ale zarosła trawą. Posadził malwy, ale kapliczka stoi przy pastwisku, koń podchodzi i podżera. Maciek zobowiązał się, że dopóki żyje, pozwoli jej starzeć się naturalnie i żaden znicz czy plastikowy kwiat przy niej nie stanie.
Była na wsi kapliczka z lat 50. XX w. Sąsiedzi wyremontowali ją niedawno i z krągłej zrobili pod kancik, z prostej strzelistą (dołożyli krzyż na szczycie).
Był napis wykuty w betonie, z błędami nawet: „Od powietsza, głodu, ognia i wojny”. Czy ktoś nie zrozumiał do końca? Jak to: od powietrza? I przykręcili tablicę z lastryko, jak nagrobną, i wypisali złotymi literami, żeby chroniła od pioruna. Znikł drewniany płotek, pojawił się metalowy, wycięli bzy, które pięknie kwitły wiosną, wszystko pokryli kostką, na której postawili plastikowe donice.
„Jest tendencja w naszym kraju – mówi Maciek – żeby Matce Boskiej zrobić dobrze, żeby miała ładny domek, żeby wszystko było kanciaste”.
Któregoś ranka wyszedł jak zwykle przed chałupę podziwiać świat, było to na przedwiośniu, powietrze pachniało wilgocią, życiem. Mgły zaczęły opadać, wschodziło słońce i pięknie połyskiwało błoto. Na pastwiskach przy kapliczce usłyszał klangor, pobiegł tam, ale żurawie spłoszyła przejeżdżająca cysterna. A może i tak już odlatywały?
O wędrowcach, co się kapliczkom dziwowali
Dawniej świat miał 15 km, od wioski do miasteczka. Tam gdzie kończyła się przestrzeń oswojona, stawiano kapliczki, jak drogowskazy, znaki ostrzegawcze. Dziś świat znów się zawęził, ścisnął, może to i dobrze? W czasie pandemii nie wsiądę przecież do samolotu, nie polecę, żeby zobaczyć, jak sytuacja kapliczkowego pejzażu wygląda w innych krajach. Wrzuciłam więc pytanie na fejsa, na grupę ekspatów, którzy od lat mieszkają w Polsce: „Jakie było twoje pierwsze wrażenie, gdy zobaczyłaś / zobaczyłeś polskie kapliczki?”.
Anthony z Australii: „W moim kraju nie ma przydrożnych kapliczek ani krzyży. Nikt by na to nie pozwolił, przecież żyją tam w zgodzie ludzie różnej wiary, dlaczego mieliby afiszować się tylko chrześcijanie?
David z północno-zachodniej Anglii: „Jechałem autobusem z Krakowa na Podhale. Zobaczyłem pierwszą, a potem: wow, są wszędzie! Właściwie dosyć mi się podobają, są częścią katolickiego folkloru. Czasem przejeżdżam obok kamiennej figury bez głowy, myślę: dlaczego nikt o nią nie dba? W innych miejscach gaździny rywalizują, która kapliczka jest bardziej strojna. W sensie religijnym nic dla mnie znaczą, byłem wychowany w Kościele anglikańskim, a protestanckie wyznania są minimalistyczne, dlatego w moim kraju nigdy ich nie widziałem”.
###banner###
Harrison z Anglii: „Myślałem, że wszędzie tam, gdzie stoją kapliczki, wydarzył się wypadek. Zobaczyłem jakąś głębiej w lesie: kurczę, jak ci Polacy jeżdżą, że aż tam doszło do kraksy?”.
Erva z Turcji: „Moja pierwsza – drewniany domek z figurą w środku. Byłam zachwycona: jak cudownie, mają tu rzeźby leśnych skrzatów! Dopiero potem wyczaiłam, że to Jezus Chrystus. Kapliczek jest więcej w małych miastach, a na wsiach to chyba każda rodzina ma swoją? Czy to wiara, czy fanatyzm? W islamie obrazy i figury religijne są zabronione”.

Martin ze Szwajcarii: „Byłem w szoku – jechaliśmy autobusem, a kiedy mijaliśmy kościół lub kapliczkę przydrożną, ludzie robili znak krzyża. W Szwajcarii znajdziesz je, ale bardzo rzadko, tylko na prowincji”.
Teemu z Finlandii: „Nie ma ich w moim kraju, dlatego wydają mi się egzotyczne jak hinduskie czy buddyjskie w Azji. Są dla mnie świadectwem, że ludzie potrzebują szybkiego, jak żarcie z McDonalda, duchowego pocieszenia”.
Kapliczkowa mapa Polski
Czy wyglądałaby tak: na zachodzie pustawo, w stronę centrum gęściej, na wschodzie i południu mrowisko?
– A na północy to zależy – mówi historyk Stanisław Kuprjaniuk, autor Małej architektury sakralnej na Warmii do 1945 roku ze szczególnym uwzględnieniem kapliczek. – Na Warmii na każdym kroku, na Kaszubach dużo, ale już na Żuławach Wiślanych, w dawnej domenie mennonickiej, sporadycznie. Na Mazurach, Pomorzu, ziemi lubuskiej niewiele, gdyż tam w przeszłości nie mieszkało zbyt dużo katolików. Mogły się pojawić jedynie u rodzin religijnie mieszanych. Stosunkowo więcej kapliczek wybudowano tam po 1945 r. wraz z napływem ludności z Kresów Wschodnich.
A czym różnią się kapliczki z różnych rejonów Polski? To temat rzeka z licznymi jak delta dopływami: bo kapliczkowi święci, Chrystusy Frasobliwe, cała armia przeróżnych Matek Boskich, piety, Boże Męki, krzyże pokutne, patriotyczne, karawaki. To przestrzeń pełna symboli, a czasem wręcz magii. Stawiano je przecież w celach sakralizacji: w miejscach dawnych pogańskich praktyk, na rozstajach dróg, gdzie chowano nieochrzczone płody, w miejscach mordów i walk, tam gdzie znaleziono ludzkie kości, gdzie chłopi zabili pana albo spalono czarownicę, gdzie straszyło, gdzie ludzie umierali od zarazy.
Gdyby tak stworzyć kapliczkowy atlas kraju utkany z rozmów z kapliczkowymi historykami, własnych obserwacji, książek, strzępów historii, czy wyglądałby mniej więcej tak?
Poznań: – Bambrzy byli osadnikami wyznania rzymskokatolickiego, od 1719 r. przybywali do Poznania z Bambergu w Bawarii. Stawiali figury święte i kapliczki przed domami albo we wnęce u szczytu budynków. Do takich obiektów należy zespół kapliczek na Winiarach i Starym Żegrzu – opowiada doktorantka historii, regionalistka, autorka książki o kapliczkach, Katarzyna Okoniewska. – Germanizacja w okresie zaborów brała za cel także Kościół katolicki. Poznaniacy manifestowali wiarę przy kapliczkach, gdzie zbierali się na modły i patriotyczne śpiewy, stawiali świątki przed domami, uważali, że to, co katolickie, jest znamieniem polskości. Jedynie kilka obiektów przetrwało do dzisiaj, podczas II wojny światowej żołnierze niemieccy niszczyli wszelkie symbole wiary i zmuszali do tego poznaniaków: burzono kapliczki, figury niszczono, palono lub wrzucano do rowów. Historia kilkunastu poznańskich obiektów ma wydźwięk polityczny – kapliczki stawiano przede wszystkim w podzięce dla powstańców wielkopolskich, za odzyskanie niepodległości, za przetrwanie wojny, za powrót kogoś bliskiego z wojennej zawieruchy czy zakończenie stalinizmu.
Ulubiona historia pani Katarzyny: – W 1937 r. Edmund Węcławski zbudował przy ul. Łacina zakład stolarski, a przy budynku postawił krzyż. Tuż po wybuchu II wojny jego dom i zakład zajął Niemiec, który miał brata w Luftwaffe.
Ten żołnierz przewrócił krzyż, a siekierą przepołowił pasyjkę na wysokości ud. Podczas jednego z jego lotów wydarzyła się katastrofa, przeżył, ale amputowano mu nogi na wysokości ud.
Kiedy dowiedział się o tym jego brat, nakazał powtórnie postawić krzyż z nową pasyjką. Budynek ten już nie istnieje, a krzyż stracił swój charakter przydomowy, stał się przydrożnym.
Dolny Śląsk: kamienne krzyże pokutne, najstarszy w Stanowicach koło Strzegomia z 1305 r. Stawiał je zabójca w miejscu zbrodni, wedle niemieckiego zwyczaju prawa pokutnego, aby uniknąć zemsty rodziny zabitego.
Opolszczyzna: Boże Męki odmierzały odległości, były ustawione co kilometr, tworzyły określone znaki drogowe.
Mazowsze: wielkie metalowe krzyże z powiewającymi na wietrze plastikowymi wstążkami. Kapliczki mają często konstrukcję wieżyczkową, na każdym boku święty obrazek, na szczycie figura świętego. Bliżej Łowicza pomalowane są na ciemnoniebieski, taki sam kolor, jakim dawniej malowano chaty.
Warszawa: firanki i światełka, książeczki do nabożeństwa, medaliki, święte obrazki. Na ołtarzykach białe obrusy, wazony, kwietniki ze starych opon. W czasie kupacji niemieckiej obowiązywała godzina policyjna, zakaz zgromadzeń, najbezpieczniejsza była więc przestrzeń kamienicy. Dlatego kapliczki stawiano w klatkach schodowych, bramach wjazdowych, na środku podwórka. „Ranne i wieczorne nabożeństwa gromadziły sąsiadów i powstańców. Przy kapliczkach księża spowiadali i udzielali komunii świętej. Przy niektórych odbywały się przysięgi żołnierzy Armii Krajowej, miał miejsce nawet jeden ślub. (…) Najwięcej pozostało ich na Pradze, około czterystu (…). Wiele kapliczek znajduje się także w Śródmieściu, na Woli, Ochocie, Żoliborzu, Mokotowie i Ursynowie. (…) Najczęściej: obraz lub figura Matki Bożej – patronki Armii Krajowej. Częste są także wizerunki Jezusa i świętej Barbary – opiekunki walczącego podziemia” – pisze Anna Paternak w książce Polskie kapliczki. Świątki i krzyże przydrożne.

Kurpie: – Bardzo dużo krzyży rzeźbionych w drewnie, których górna część jest zakończona pazdurem, ozdobnym czubkiem, i daszkiem w formie półkola z wywiniętymi brzegami. Charakterystycznym elementem jest słoneczko w górnej części pionowej belki. Słoneczko to symbolika magiczno-religijna, Jezus rozjaśniający mrok. Dawniej popularnym świętym był patron pszczelarzy Ambroży, bo na Kurpiach było dużo pasiek, a wcześniej barci. Z Matek Boskich bardzo znana również na Mazowszu Matka Boska Skępska lub po prostu Niepokalana – opowiada mi historyczka i regionalistka, autorka książki o kapliczkach Maria Weronika Kmoch.
Podlasie: – Tam to zatrzęsienie! Charakterystyczne dla tego regionu jest to, że obok kapliczki stoi krzyż albo kilka krzyży w jednym miejscu. Może po to, aby zwiększyć ich moc? Często z jednej strony jest prawosławny krzyż, z drugiej katolicki – dopowiada Maria Kmoch.
Beskid Żywiecki i okolice Kalwarii Zebrzydowskiej: powszechny był wizerunek Chrystusa upadającego pod krzyżem.
Podkarpacie: figurę ukrzyżowanego Jezusa osłaniał szeroki ozdobny daszek z zapleckiem. Dominują kapliczki domkowe pokryte drewnianym gontem, do których można wejść, schować się przed słońcem, wiatrem, burzą.
Warmia: – Kapliczki i krzyże od wieków były znakiem zamieszkującej tu bogobojnej społeczności warmińskiej Niemców i Polaków. Odróżniały one katolickich Warmiaków od luterańskich Mazurów, również Niemców i Polaków. Po II wojnie przybyli na Warmię ekspatrianci z Grodzieńszczyzny, Wileńszczyzny, Mazowsza i Lubelszczyzny otoczyli opieką zastane kapliczki i krzyże, organizując przy nich nabożeństwa majowe, czerwcowe, różańcowe. Niestety, zdarzały się także przypadki dewastacji. Niektóre kapliczki wciąż są negowane jako obiekty poniemieckie, a inne dowartościowane i ukochane, bo w nich „Matka Boska siedzi”. Na Warmii dominują piety Chrystusa Ukrzyżowanego i Arma Christi – opowiada Stanisław Kuprjaniuk. – Zachowało się też wiele kapliczek z dzwonniczkami. Dźwięk dzwonka regulował życie Warmiaków, wzywał do trzykrotnego odmawiania Ave Maria i do nabożeństwa, informował o śmierciach i tragediach.
Na terenach przygranicznych z Mazurami „drażnił” protestantów. Obsługa dzwonniczki była zaszczytnym zajęciem, powierzanym zazwyczaj kobietom. Obowiązek przekazywano z matek na córki. Musiały przejść przy tym odpowiednie szkolenie, jak poruszać sznurkiem, aby wydobyć z dzwonu odpowiedni komunikat. System kodów dźwiękowych był zrozumiały dla wszystkich. Dzisiaj tylko w nielicznych miejscach rozlega się dzwonek np. przed nabożeństwem majowym, czy pogrzebem współmieszkańca. W wielu innych wsiach słyszy się tylko ciszę.
Podhale, Orawa i Żywiecczyzna: w XVIII w. silny był kult Matki Boskiej Loretańskiej, z pielgrzymek do Loreto przywożono dzwonki, które miały odganiać demony zwane płanetnikami, przynoszące burze. Wierzono, że dzwon traci moc, jeśli ogłosi śmierć samobójcy. Kiedy Maria Teresa Habsburg patentem ogniowym z 1751 r. nakazała ogłaszanie pożaru za pomocą dzwonienia, zaczęto stawiać drewniane wieżyczki, w których zawieszano loretańskie dzwonki. Dziś na wieżyczkach zamiast dzwonów wiszą święte obrazy.
Roztocze Wschodnie: w miejscach zdziczałych, w środku lasu pola można znaleźć kamienne krzyże bruśnieńskie.
Kraków: latarnie umarłych powstawały przy szpitalach zakaźnych, przytułkach, leprozoriach, cmentarzach, kostnicach. Ostrzegały przed zakaźną chorobą, odstraszały śmierć, oświetlały drogę wynoszącym ciała zmarłych ze szpitali, rozświetlały mrok na cmentarzach. Wierzono, że wysoko zawieszone światło pomaga pokutującym duszom dostać się do wieczności. Budowano je w formie filara lub wieży, zwieńczano hełmem, a na dole znajdowały się niewielkie drzwiczki, gdzie umieszczano źródło światła: lampkę oliwną, kaganek, pochodnię. Przez wewnętrzny kanał światło szło do góry i rozświetlało otoczenie. Jedyną dobrze zachowaną i oryginalną latarnię umarłych z XIV w. można zobaczyć obok kościoła św. Mikołaja przy ul. Kopernika 9. Trafiła tam po likwidacji kościoła i szpitala trędowatych św. Walentego na Pędzichowie.
Na Rzeszowszczyźnie i Kujawach lubianym świętym był Mikołaj z Miry. Wiele jego kapliczek umieszczano przy leśnych szlakach, gdyż odstraszał wilki.
W okolicach Bochni i Brzeska często można spotkać św. Onufrego, ukazywanego jako pustelnika.
Na Sądecczyźnie: św. Kinga. Legenda mówi, że gdy Tatarzy najechali Polskę, księżna przebywająca w Starym Sączu schroniła się w zamku Pienińskim.
W całym kraju rozpowszechnił się w XVI w. motyw Chrystusa Frasobliwego bolejącego nad losem prostych ludzi. Dumający, Bolejący, Frasuś. Na Kaszubach nazywano go Płaczebogiem, na Podhalu i w Łowickiem Miłosierdziem, w Krakowskiem Świętą Turbacją, na Górnym Śląsku Starośliwym.
W całym kraju najpopularniejszy kapliczkowy święty to Jan Nepomucen. Czeski męczennik utopiony za odmowę zdradzenia tajemnicy spowiedzi Zofii Bawarskiej, małżonki króla Czech Wacława IV. Apogeum stawiania Nepomuków to XVIII i XIX w., z cesarstwa habsburskiego powędrowały na ziemie polskie.
O św. Janie zadkiem obróconym
W moim podhalańskim świecie ograniczonym do 15 km jest tyle kapliczek, że nie zliczę. Na głównej ulicy wsi, w której mieszkam, są: trzy figury z piaskowca na postumentach, pobielana domkowa z cebulastym, gontowym dachem i pobielana domkowa ze strzelistym, rzeźbione krzyże z kamienia i kolorowa armia współczesnych Matek Boskich: wiszą na drzewach i ścianach domów w drewnianych skrzyneczkach, jak w ptasich budkach, świecą wysoko u pułapu chałup, nabożnie składają ręce w dużych szklanych witrynach umajonych sztucznymi kwiatami. Są też drewniane Frasusie, w tym jeden przesmutny, bo wygląda, jakby siedział w klatce – przed złodziejami zabezpieczono go metalową kratą. Zachowały się też trzy drewniane dzwonnice loretańskie, a w polach, daleko za kościołem, gdzie chowano zmarłych na cholerę, stoi wielki czarny krzyż. Czy Podhale to kapliczkowe królestwo?

Jest też św. Józef z Dzieciątkiem, pod którym skarbów szukali. Jak mówi potomek fundatora Jan Tylka: – Dawniej kapliczka stała w innym miejscu, pod lipą, ale pradziadek ją przeniósł, bo w nocy ktoś przewrócił rzeźbę i przekopał otoczenie. Wierzono, że pod kapliczkami chowano zbójnickie skarby.
Dziś obok figury stoi unijna tabliczka informująca, że odnowa była refundowana.
– Jak to jest mieć XIX-wieczny zabytek na swoim polu? – pytam.
– No, fajnie – śmieje się gazda.
Kapliczką-drogowskazem w moim 15-kilometrowym świecie jest ludowy Nepomuk. Od 159 lat stoi w błękitnej skrzynce-trumience otoczonej wieńcem sztucznych róż, na wysokim cokole niedaleko mostu. Bajkowy taki, jak tajemniczy portal. Wystarczy pokierować błądzącego: „Jedź, aż zobaczysz dużą niebieską kapliczkę, tam skręcaj”, i przejedzie przez rzeką, i wjedzie do wsi, w której czas zwalnia. Wszyscy myślą, że ten Nepomuk to jakaś święta, bo szatę ma biało-niebieską, twarz krągłą i otaczają go różowe kwiaty. Ostatnio odpadły z jednej strony i wiszą smętnie, wstążki na metalowym ogrodzeniu zszarzały, znicz dawno zgasł, a staruszka, która się tu krzątała, znikła.
Drugi Nepomuk w okolicy nazywany jest przez miejscowych „Janem obróconym zadkiem do Dunajca” albo „Janem zagniewanym”. To dlatego, że stoi w Chochołowie i ilustruje niechęć chochołowian do mieszkańców Czarnego Dunajca, którzy pomagali władzom austriackim tłumić powstanie chochołowskie. Inną historię związaną z rzeźbą zanotował Jan Pluciński, który w latach 40. i 50. XX w. wędrował po Podhalu i opisywał zabytki: „Napis na pomniku: »Fundator Jan Michniak Jawolczyk z Witowa. R. 1864. Figurę ufundowano na przeproszenia Pana Boga«. Ktoś z rodziny fundatora albo on sam mieli brać udział w napadzie, a raczej kradzieży pieniędzy ks. Blaszyńskiego (…). Jawolczyk miał terroryzować, tak że pieniądze znaleźli i zabrali. Rozpacz ks. Blaszyńskiego była straszna. Miał im przepowiedzieć, że do siódmego pokolenia wykapią (według innych zapisek – ogłupieją, powieszą się). Potomcy żyją, ale powodzenia nie mają (…) W tej figurze miały być umieszczone pieniądze, ale przy restaurowaniu w 1928 roku nie znaleziono ich” (K. Strauchmann, Tajemnice Skalnej Ziemi).
O karawakach i krzyżach zagubionych w lasach
– Codziennie przechodziłam obok krzyża w centrum Jednorożca i w ogóle się nie zastanawiałam. Dopiero na praktykach studenckich w rodzinnej wsi mogłam świadomiej przyjrzeć się lokalnemu dziedzictwu. Po latach dowiedziałam się, że Niemcy przy tym krzyżu wychłostali kobietę. Każdy obiekt ma przecież swoją opowieść, z której można wyprowadzić historię regionu – opowiada Maria Weronika Kmoch, specjalistka od kurpiowskich kapliczek . – Albo metalowy krzyż w Parciakach z wyrytą inskrypcją: „Stawiały cztery kawalery w 1866 roku”. Potem miały tam miejsce zacięte walki frontu I wojny światowej, spotkali się żołnierze jeden z armii pruskiej, drugi carskiej, nie wiedzieli, że obaj są Polakami. Jeden drugiego zabił, pochowano go przy kościele, ale istnieje lokalna legenda, że on krąży przy tym krzyżu po nocach.

Sporo jest krzyży patriotycznych upamiętniających powstania. Pochowane są w lasach, ponieważ w Kongresówce (na Mazowszu, Podlasiu, Lubelszczyźnie i dawnej Litwie) rosyjski gen. Murawiow wydał w 1863 r. zakaz stawiania krzyży i kapliczek – symboli martyrologii polskiej, a zbutwiałe kazał burzyć jako „niebezpieczne dla życia przechodniów”. Zarządzenie to zostało odwołane częściowo dopiero w 1896 r. Najwięcej jest jednak obiektów upamiętniających wydarzenia ważne dla rodzin, społeczności wiejskiej. Nie ma dat, ale pozostał przekaz mówiony wyjaśniający cel fundacji.
– Kilka lat temu zaczęłam organizować kurpiowskie wycieczki rowerowe od kapliczki do kapliczki – opowiada Maria. – Szybko poszło pocztą pantoflową, było duże zainteresowanie, zazwyczaj ludzie w wieku dojrzałym, ale też młodzież, dzieci. Często słyszałam: „O matko, tyle lat tu mieszkam, a nie wiedziałam, że obok jest kapliczka!”. To były wyjazdy poznawcze, jednak wątek religijny się pojawiał, przecież to obiekty kultu. Niewykluczone, że osoby, które ze mną jeździły, w duchu się modliły. Bo dlaczego nie?
Na Kurpiach zachowały się też XIX–wieczne karawaki. Nazwa pochodzi od miasta Caravaca de la Cruz w Hiszpanii, gdzie znajduje się relikwiarz z drzazgami z Krzyża Świętego mający formę krzyża patriarchalnego. Maria Weronika Kmoch wyjaśnia na swoim blogu Kurpianka w wielkim świecie: „To krzyże z podwójną belką poprzeczną. Stawiane były w czasie morowego powietrza, epidemii dżumy, czarnej ospy, cholery, tyfusu czy gruźlicy. Stawiano je zazwyczaj na początku i na końcu wsi, czasem na rozstaju dróg, by uniemożliwiały szerzenie się zarazy. Wierzono, że aby obrona była skuteczna, krzyż należało postawić w ciągu jednej doby. Dlatego rankiem mężczyźni wybierali się do lasu i ścinali odpowiednie drzewo. Kobiety w tym czasie tkały na krosnach płótno lniane o długości czterdziestu metrów, zwane swojczykiem. Każdy mieszkaniec wsi miał przydzielone zadanie i musiał je ukończyć do piania pierwszego kura. Rankiem kopano dół, do którego wkładano płótno jako ofiarę, a następnie ustawiano krzyż. W czasie epidemii mieszkańcy mogli chodzić tylko do miejsca, gdzie stała karawaka. Za najskuteczniejszą ochronę uznawano ustawienie karawak na każdym krańcu wsi i otoczenie jej nicią rozsnutą pomiędzy tymi krzyżami. Zdarzało się, że ryto na nich modlitwę świętego Zachariasza”.
Podczas pandemii COVID-19 postawiono na Kurpiach kilka nowych karawak w Dylewie, Myszyńcu, Kadzidle i Ramionach.
Kapliczkowa mapa świata
A gdyby oszaleć już zupełnie i zrobić kapliczkową mapę świata?
Kapliczki przydrożne to domena katolicyzmu, powinny zatem występować w krajach, w których jest największa liczba katolików: w Brazylii, Meksyku, Filipinach, USA, we Włoszech. Można je spotkać w Irlandii, Słowenii, Austrii, Niemczech, Czechach, na Litwie, w Ukrainie, Rumunii, Bułgarii, Grecji, Hiszpanii, Portugalii, Kolumbii, Argentynie. Na południu Indii popularne są zaś kapliczki hinduistyczne. W okolicach Hongkongu napotkać można figurki bogów ziemi, wojny, bogini litości. W Japonii kapliczki nazywane są hokora, na Bali i w Tajlandii bóstwom składa się dary w malutkich świątynkach.
A gdyby tak na mapie kolorami pooznaczać natężenie występowania przydrożnych kapliczek i krzyży: kolor biały – brak, jasne kolory – występują sporadycznie, stopniowo barwy ciemniałyby tam, gdzie jest ich więcej. Czy Polska byłaby jedynym czarnym krajem?