Subskrybuj

Nowe centrum świata?

W Chinach furorę zrobiły zdjęcia ilustrujące upadek amerykańskiego banku inwestycyjnego Lehman Brothers. Widok setek pracowników wysłuchujących ze spuszczonymi głowami informacji o bankructwie firmy wywołał moralistyczne komentarze, w których piętnowano „indywidualistyczne rozpasanie Zachodu”.

W pewien październikowy weekend 2006 roku na lotnisku Luton pod Londynem zaparkowały trzy prywatne odrzutowce. Należały do indyjskich biznesmenów: Ratan Taty, V.N. Dhoota i Vijaya Mallyi. Wszyscy przybyli, by sfinalizować przedsięwzięcia warte łącznie ponad 12 miliardów dolarów. Ich pojawienie się w City było namacalnym przykładem globalnej ekspansji ekonomicznej współczesnych Indii. Albo też – jak prorokowali wówczas dziennikarze – otwarciem nowego rozdziału w relacjach między cywilizacją Zachodu i Azją. Azją, która coraz częściej jest postrzegana jako równorzędny partner Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych.

Indyjscy „akceleratorzy” i menedżer Chin 

Tata, Dhoot i Mallya nie byli bynajmniej pionierami indyjskiego biznesu w Europie. Nazwisko innego inwestora, Lakshmiego Mittali było od pewnego czasu znane wielu zachodnim przedsiębiorcom – nie tylko zresztą tym, którzy z niepokojem i respektem obserwowali jego działalność w przemyśle stalowym, zwłaszcza po przejęciu firmy Arcelor za sumę 38 miliardów dolarów. Na liście najbardziej dynamicznych i pomysłowych biznesmenów, w samych Indiach nazywanych „akceleratorami”, są jeszcze: Sunil Mittal, Anand Mahindra i Mukesh Ambani, przy czym ten ostatni bywa wręcz zaliczany do piątki najzamożniejszych ludzi na świecie. O jego drodze do międzynarodowego sukcesu krąży w Indiach wiele anegdot, w swojej poetyce podobnych do tych, jakie ongiś opisywały Henry’ego Forda, Lee Iacoccę, a ostatnio Michaela Bloomberga czy Billa Gatesa.

W szkole Mukesh Ambani należał do pięcioosobowej grupy uczniów, którzy mieli zwyczaj dzielić się zadaniami do wykonania. Innymi słowy: ustalali racjonalne zasady wspólnego rozwiązywania problemów. Na przykład, listę dwudziestu zadań rozpisywali na pięć części, tak aby każdy z chłopców mógł opracować rozwiązania tylko czterech wyznaczonych zadań i podać je pozostałym. W ten sposób przyjaciele oszczędzali czas oraz wzmacniali zaufanie i współpracę między sobą. Wszystko działało bardzo sprawnie. Jak się jednak wkrótce okazało, Ambani potajemnie łączył ducha wspólnoty z bardzo indywidualnym podejściem. Po cichu, oprócz czterech wyznaczonych zadań, rozwiązywał dla siebie zawsze szesnaście pozostałych. Tak na wszelki wypadek.

To doświadczenie pomogło mu w zapewne ukształtować własną filozofię sukcesu. W 2005 roku ze swoim bratem, Anilem Ambanim podzielił się gigantycznym imperium kapitałowym Reliance, obecnie największym prywatnym przedsięwzięciem w Indiach, które działa w sektorach petrochemii, eksploracji gazu i ropy naftowej, tekstyliów oraz rozwija sieć sprzedaży detalicznej – coś na kształt indyjskiego Wal-Mart. Niecałe dwa lata później zysk netto Reliance Industries Limited Mukesha Ambaniego przekraczał już poziom sprzed podziału, osiągając średnio wysokość siedmiu milionów dolarów dziennie. Nie było to bynajmniej dla niego powodem do zadowolenia: jak sam wówczas uważał, była to dopiero połowa, albo nawet początek długiej drogi.

W swoich wypowiedziach Ambani często powtarza znaną korporacyjną mantrę: na każdym etapie rozwoju firmy pomyśl najpierw o solidnych fundamentach, potem zmodyfikuj reguły gry, a następnie dokonaj zmiany samej  gry. Słowem: pokaż swoim konkurentom, dostawcom i klientom jak szybko potrafisz ich zmusić do przyjęcia własnej filozofii działania[1].

Opowieści o indyjskich „akceleratorach biznesu” u Europejczyków i Amerykanów budzą jeszcze zdumienie, a czasem nawet lekkie niedowierzanie. Dotychczas Indie kojarzyły się bowiem z czymś zupełnie odmiennym, bliższym religii, kulturze, nawet nauce, ale na pewno nie z koncepcją globalnej ekspansji ekonomicznej. Owo pachnące American way of life przesłanie dochodzące z odległego subkontynentu dla wielu zachodnich obserwatorów stanowi kolejną zagadkę, a zarazem i inspirację w procesie interpretacji najnowszej historii świata. Podobnie zresztą było jakiś czas temu z, nominalnie komunistycznymi, Chinami, dziś już powszechnie opisywanymi jako przyszłe supermocarstwo. Ich rola w skali całego świata została na nowo zdefiniowana w sytuacji obecnego kryzysu gospodarczego. Chiny mają stanowić swoistą finansową „poduszkę bezpieczeństwa”, która dzięki wpompowanym w globalny obieg finansowy własnym gigantycznym rezerwom dewizowym zapewni w miarę bezpieczne lądowanie całemu systemowi ekonomicznemu świata. Podobnie jak w Indiach, również w Państwie Środka pojawiają się konkretni, pozytywni bohaterowie, którzy – szczególnie w okresie niepewności i strachu o przyszłość ekonomiczną – wyrastają w przekazie medialnym na mądrych herosów biznesu, troskliwie i rozsądnie doglądających własnych przedsięwzięć.

Spośród nich najbardziej znany jest 45-letni Yang Yuanqing, szef zarządu koncernu Lenovo, trzeciego co do wielkości – po Dellu i Hewlett-Packardzie – producenta komputerów osobistych na świecie, który rocznie przynosi dochody rzędu 116 miliardów dolarów rocznie. W czasach nadciągającego kryzysu Yuanqing potrafił umiejętnie zastosować zarówno strategię marketingową na światowym rynku towarów jak i strategię polityczną na miejscowym, chińskim rynku idei, wspierając oficjalnie – jako prawdziwie globalny partner – organizatorów igrzysk olimpijskich w Pekinie. Opłaciło się stokrotnie. Ostatnie miesiące 2008 roku przyniosły firmie Lenovo wzrost sprzedaży o ponad 11 procent.

Yang Yuanqing to idealny wzór menedżera współczesnych Chin. Urodzony w Roku Smoka, zrezygnował z wymarzonych studiów w Stanach Zjednoczonych, poświęcając w indywidualne plany kariery na rzecz wspólnego przedsięwzięcia. Fascynuje go zarówno japońska filozofia kaizen (ciągłe doskonalenie jakości na każdym poziomie), jak i klasyczna dla globalnego biznesu pozycja, książka Thomasa Friedmana Świat jest płaski. Bardzo rzadko mówi o sobie. Woli podkreślać znaczenie Lenovo – firmy prawdziwie niezależnej od rządu – w najnowszej historii Chin. Bywa często przedstawiany jako „pierwszy globalny chiński kapitalista” Państwa Środka. Amerykański „Business Week” uznał go za wschodzącą gwiazdę Azji, a jeszcze w 2004 roku chińska telewizja CCTV uznana go za „Człowieka Roku”. Yuanqing dość prosto objaśnia globalną strategię swojego koncernu: „teraz koncentrujemy się na dwóch potężnych rynkach, Niemczech i Indiach – jeżeli tam się nam uda, uda nam się wszędzie na świecie”.

Internacjonalizacja chińskiej firmy ma też bardzo praktyczne konsekwencje. Dwudziestu najważniejszych menedżerów Lenovo reprezentuje dziesięć różnych narodowości: oprócz Amerykanów, Europejczyków i Chińczyków są wśród nich osoby z Indii czy Wietnamu. To zupełnie nowy wymiar współczesnego biznesu chińskiego. Jeszcze tylko nie do końca wiadomo, czy i jakie przełożenie może mieć to na światową politykę Chińskiej Republiki Ludowej w XXI wieku[2].

Mahbudani – nowy azjatycki guru        

Opowieści o sukcesach gospodarczych Azji (a przecież obok tych najnowszych funkcjonują wciąż starsze: o Japonii, Korei Południowej, Tajwanie, a nawet Malezji, Tajlandii i Indonezji) coraz częściej znajdują swoje odzwierciedlenie w polityce. Gospodarka wzmacnia politykę, zaś biznesmeni korzystają ze wsparcia polityków. W niedalekiej przyszłości może to oznaczać istotną transformację dzisiejszego świata: być może dotychczasowe supermocarstwa zaczną odgrywać nieco inną rolę.

Jednym z ludzi, którzy prognozują zmierzch absolutnej dominacji Zachodu i stopniowe przejęcie roli lidera świata w XXI wieku przez Azję, jest Kishore Mahbubani, były singapurski dyplomata, którego przodkowie wywodzą się z subkontynentu indyjskiego. Jego wykłady i książki analizuje się w Stanach Zjednoczonych, Europie i Azji. W najnowszej – The New Asian Hemisphere („Nowa azjatycka półkula”) – stawia jasną tezę: Azja powinna otrzymać należną porcję władzy we wszelkich międzynarodowych instytucjach, które obecnie są zdominowane przez Zachód. Zdaniem Mahbudaniego, jest to odzwierciedlenie stanu rzeczy sprzed kilkudziesięciu lat, zaraz po zakończeniu II wojny światowej. Rada Bezpieczeństwa, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy i grupa G-8 powinny dostosować swoją strukturę władzy i wpływów  do nowej rzeczywistości, którą ma być Wiek Azji. Rzecz nie dotyczy wyłącznie wymiaru ekonomicznego, czyli rosnącej roli państw azjatyckich w światowych procesach gospodarczych, ale głównie transformacji globalnej polityki. W tym kontekście ciekawe, choć dla mieszkańców Zachodu wciąż dość kontrowersyjne jest, zdaniem Mahbudaniego, porównanie dwóch potężnych organizacji: Unii Europejskiej i Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej (ASEAN). Pod względem gospodarczym Unia jest oczywiście światowym gigantem z produktem krajowym brutto rzędu 18,5 bilionów dolarów. ASEAN to przy niej karzeł z wskaźnikiem niewiele przekraczającym bilion. Lecz potęga ekonomiczna nie przekłada się tak łatwo na siłę polityczną.

Mahbubani mówi o fenomenie rozwiązywania konfliktów, których źródłem jest „bałkanizacja” poszczególnych regionów świata. Unia, jak wypomina Europejczykom, zawiodła nie tylko na Bałkanach czy Kaukazie, ale także w północnej i zachodniej Afryce. Bałkanami Azji z kolei często nazywa się jej część południowo-wschodnią, w której różnorodność języków, tradycji, ras i wyznań jest jeszcze większa aniżeli na Bałkanach właściwych. Jednak w Azji ten wulkan potencjalnych konfliktów bynajmniej nie eksplodował, w czym, według singapurskiego analityka, ogromna rola ASEAN, które nieustannie (i skutecznie) dąży do zawierania kompromisów. Bariery ideologiczne nie są przeszkodą w integracji, skoro do organizacji zrzeszającej takie kraje jak Singapur, Indonezja czy Tajlandia w 1995 roku dołączył komunistyczny Wietnam. Jej skuteczność w polityce dodatkowo wzmocniło utworzenie tzw. ASEAN + 3, czyli ustalenie form współpracy z Chinami, Japonią i Koreą Południową. ASEAN stopniowo staje się ważnym i niezwykle skutecznym regulatorem procesów społecznych i politycznych w całej Azji. To Unia Europejska powinna pobierać od Azjatów z ASEAN lekcje dyplomacji, a nie na odwrót – śmiało ale chyba trafnie [w oryginale było: nietrafnie] konkluduje Kishore Mahbubani.

Pomysły Mahbudaniego znajdują oczywiście pozytywny oddźwięk w całej Azji, więcej nawet: odzwierciedlają myślenie polityków i ekonomistów, nie tylko z mocarstwowych Chin i Indii, ale również z Korei Południowej, Indonezji, Tajlandii czy Malezji. Indyjski dziennikarz Niranjan Radhyaksha podkreśla jednak, że odważne tezy Singapurczyka nie oznaczają bynajmniej odrzucenia tego, co Mahbubani określa jako dziedzictwo zachodnie we współczesnej Azji. Chodzi o tak zwane „siedem filarów mądrości Europy i Stanów Zjednoczonych”: gospodarkę wolnorynkową, naukę i technologię, merytokrację, pragmatyzm, kulturę pokojowego współistnienia, rządy prawa oraz edukację. Proces przyswajania owego dziedzictwa przebiegał odmiennie w różnych krajach, niemniej jednak większość państw azjatyckich była i pozostaje nadal otwarta na przyswajanie (po starannej selekcji) niektórych wartości i zasad świata Zachodu[3].

Międzykontynentalne współzawodnictwo 

Historia kontaktów i współzawodnictwa europejsko-zachodnioazjatyckiego ma dość intrygującą historię, która przyczyniła się do stworzenia wielu stereotypów, uprzedzeń i resentymentów, lecz także – w nie mniejszym stopniu – do zafascynowania odmiennością i kształtowania szacunku dla coraz lepiej poznanych tradycji społecznych, politycznych i ekonomicznych na obu kontynentach.

Choć wielu Europejczykom, analizującym świat z nieodległej perspektywy czasowej, trudno to zaakceptować, polityczno-ekonomiczne panowanie cywilizacji Zachodu nad światem jest, jak przypomina brytyjski historyk Angus Maddison, kwestią zaledwie ostatnich 200 lat. Praktycznie do początku XIX wieku dwiema najpotężniejszymi gospodarkami naszego globu były Indie i Chiny. W roku 1750, na przykład, Chiny wytwarzały mniej więcej jedną trzecią światowej produkcji, Indie około jednej czwartej, zaś Zachód jedną piątą. Jeszcze w 1830 roku cywilizacja Zachodu wyprzedzała nieco Chiny, natomiast w kolejnych dziesięcioleciach gwałtowna industrializacja Zachodu doprowadziła do nie mniej gwałtownej deindustrializacji reszty świata (to opinia Paula Bairocha, znakomitego badacza przemian ekonomicznych i demograficznych). Przewaga w dziedzinie gospodarczej przekładała się wówczas na dominację polityczną, a co za tym idzie, także na stopniowe narzucanie zachodnich wzorców kulturowych państwom azjatyckim. Zwycięska w owym czasie Europa stanowiła podstawowy punkt odniesienia, którego pod jakimkolwiek względem nie sposób było kwestionować[4].

Samuel Huntington w swojej klasycznej książce O zderzeniu cywilizacji przytacza kolejne dane, warte szczególnej analizy zwłaszcza teraz, w czasie gdy na świecie dochodzi do „zachwiania dotychczasowych proporcji”. Otóż udział Zachodu w światowej produkcji szybko rósł począwszy od połowy XIX wieku osiągając swój szczyt w 1928 roku, kiedy to ten obszar kulturowy wytwarzał prawie 85 procent wszystkich gotowych wyrobów. W roku 1980 cywilizacja zachodnia wciąż dominowała, chociaż jej udział w światowej produkcji wynosił już niespełna 60 procent, a więc mniej więcej tyle samo, ile 120 lat wcześniej. Oczywiście, znakomita większość innowacji technologicznych powstawała właśnie na Zachodzie, co nadal odzwierciedlało jego ogromną przewagę nad pozostałą częścią globu. W tym czasie Chiny wytwarzały zaledwie 5 procent wyrobów gotowych, Indie zaś – niewiele ponad 2 procent[5]. Lata 80. XX wieku przyniosły początek fundamentalnych przemian niemal w całej Azji. Do utrwalającej swoją pozycję gospodarczą Japonii dołączyły Korea Południowa i Tajwan, gwałtowną modernizację przeżywały też Chiny, do których stopniowo dołączały kolejne państwa południowej części kontynentu. W 1992 roku gospodarka Stanów Zjednoczonych była ciągle największą na świecie, przy czym w pierwszej dziesiątce rankingu znajdowało się już tylko pięć krajów zachodnich i pięć z innych regionów (w tym Chiny, Japonia i Indie). Proces ten trwał i w następnej dekadzie, chociaż kryzys finansowy końca lat 90. podważył nieco zaufanie do skuteczności azjatyckich rozwiązań gospodarczych i politycznych. Stał się on jednakże również początkiem sanacji systemowych, które w ostatecznym rozrachunku przyczyniły się ostatecznie do zwiększenia tempa wzrostu gospodarczego, choć nie wszędzie w Azji osiągnął on taki sam poziom jak w pierwszej połowie dekady. Analitycy Goldman Sachs, jednego z największych banków inwestycyjnych na świecie, przewidują, że najpóźniej w 2050 roku największymi gospodarkami świata będą Chiny, Stany Zjednoczone, Indie i Japonia – w takiej właśnie kolejności. Najnowsze raporty banku dokonują dość zdumiewającej korekty: już w roku 2043 gospodarka Indii miałaby prześcignąć gospodarkę Stanów Zjednoczonych! Naturalnie, każde takie przewidywanie jest obarczone ogromnym ryzykiem błędu, niemniej jednak możemy założyć z dużą pewnością, że tendencja szybkiego wzrostu ekonomicznego w regionie Pacyfiku zostanie utrzymana. Dodajmy w tym miejscu, że relatywne osłabienie Zachodu byłoby konsekwencją szybkiego rozwoju Azji Wschodniej i Południowej, która – jeśli użyć by porównania historycznego – skutecznie stara się nadrabiać straty z ostatnich 200 lat. Tempo tego procesu nie ma precedensu w historii. Lawrence Summers, były sekretarz skarbu USA zwraca uwagę na fakt, iż podczas gdy w okresie rewolucji przemysłowej standard życia człowieka urodzonego na Zachodzie wzrastał mniej więcej o 50 procent w czasie całej jego egzystencji, współcześnie tempo rozwoju gospodarczego w wybranych krajach Azji wskazuje na absolutnie rekordowy, stukrotny wzrost (czyli niemal o 10 tysięcy procent) w podobnym czasie! Pozornie, skala przemian wygląda zatem na nieporównywalną…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Azja. Nowa ziemia obiecana