Subskrybuj

Lekcja azjatyckości

Azja ma wiele barw. O Indiach na przykład mówimy, że jest to największa demokracja na świecie. Jak jednak można nazwać demokracją kraj, w którym wszyscy wierzą, że ludzie są nierówni bo należą do różnych warn i kast – i to jest podstawą ich etosu?

Byliście w Indiach?

Niestety… 

Koniecznie musicie się tam wybrać. Człowiek z Zachodu głupieje tam od razu po przylocie. Bo oto widzi: z naprzeciwka idzie nagi fakir. Obok gra orkiestra jazzowa. Na chodniku – stu żebraków, z których kilku właśnie umiera z głodu. Słoń maszeruje wzdłuż ulicy. A na szynach położyła się krowa, więc tramwaje stoją, bo przecież krowy nie wolno uderzyć. I do tego ten specyficzny hałas: ludzie mówią cicho, lecz odgłosy miasta, muzyka i ryki zwierząt tworzą zupełnie nieeuropejski, inny szum. I jeszcze jaskrawe kolory ubrań, zwłaszcza kobiecych. Jest to absolutnie szokujące zjawisko, ta Azja…

No właśnie, naszą rozmowę rozpocznijmy od pytania: czy coś takiego jak Azja w ogóle istnieje? Jest to przecież największy kontynent świata, niejednolity kulturowo, gospodarczo i  politycznie.

Jest po prostu wiele „Azji”. To właśnie owa różnorodność fascynowała mnie od dziecka. Im bardziej poznawałem Azję, zrazu z literatury, a później z własnych wypraw, tym bardziej moja fascynacja rosła. Podoba mi się to, że w prawie każdym państwie żyje tam co najmniej kilka grup etnicznych – ludów, plemion lub klanów – nawzajem całkowicie od siebie odmiennych. Jednocześnie, zauważalne są pewne cechy ogólne, „dominanty” poszczególnych krajów.

Lubię więc typowo afgańską dumę i determinację Pasztunów. Podoba mi się kalejdoskop tysięcy wysp Indonezji oraz spontaniczność i swoista niefrasobliwość ich mieszkańców; tak samo jak Indie z powszechnym tam wśród ludzi przedkładaniem „być” ponad „mieć”; a także wysublimowanie kulturalne Iranu, tej „Francji Azji”, pokonujące rygory fundamentalizmu rodem z „rewolucji islamskiej”… Szanuję też typowy dla Chińczyków respekt wobec autorytetów, a nawet… nepalskie uwielbienie czasu wolnego.

Jaką więc perspektywę należy przyjąć wobec tak wielkiej różnorodności, aby móc Azję lepiej rozumieć?

Przede wszystkim trzeba pamiętać, że Azjaci inaczej niż my rozumieją pojęcia „państwa” i „kraju”. Afganistan, na przykład, właściwie nigdy nie istniał jako państwo. Nieco ponad połowę jego ludności stanowią Pasztunowie. Dzielą się oni na kilkadziesiąt plemion, z których każde uważa się za najważniejsze. Co ciekawe, plemiona koczownicze mają tam znacznie wyższą rangę niż grupy osiadłe, parające się tak „banalnym” zajęciem, jakim jest uprawa ziemi. Największe afgańskie plemię koczownicze, Kirze, w roku 1978 przejęło nawet władzę w państwie! Afganistan zamieszkują plemiona, które, owszem, wiedzą, że żyją w Afganistanie, że kraj ten posiada jakieś granice oraz – przede wszystkim – że jest stolica, w której płaci się podatki. Ale to jest wszystko! Kabulu zresztą wszyscy nienawidzą, bo jego mieszkańcy są obcy, „zdetrybalizowani”.

Afgańskie rozwarstwienie społeczne zasadza się bowiem nie tyle na różnicy w dochodach pomiędzy mieszkańcami wsi i dużych miast, ile raczej na odmienności mentalnej. Prowincje oraz pomniejsze miasta, takie jak Kandahar czy Herat, żyją w świecie plemiennym. Świętą księgą muzułmanów jest oczywiście Koran, ale w Afganistanie mówią, że mają jeszcze jeden kodeks zwany Pasztunwali. Jest to zbiór reguł plemiennych, którymi należy kierować się w życiu codziennym.

Pośród tych reguł jest między innymi gościnność – melmastia. Nawet jeśli odwiedzi cię kiedyś morderca twojej żony masz obowiązek ugościć go i wysłuchać. Dopiero kiedy wyjdzie, należy go zabić. Za progiem domu nie obowiązuje już bowiem melmastia, tylko prawo zemsty – badal. Jeżeli ktoś zabił twojego brata, ty masz obowiązek zabić mordercę lub jego brata. Ale w niektórych przypadkach, wedle kolejnej zasady – nanawati, ofiara zemsty może się wykupić. Może cię ubłagać, abyś darował mu zabicie twojego brata, ty zaś musisz wtedy zażądać od niego odszkodowania, którego zapłata zniesie obowiązek badal. Jest tylko jeden „wyjątek od wyjątku”: jeżeli ktoś obrazi twoją kobietę – siostrę, córkę, żonę lub narzeczoną – nie może się nigdy wykupić. Twoim obowiązkiem jest go zabić.

O mariażu tradycji ze współczesnością możemy mówić w odniesieniu do wielu regionów Azji. Jednak na przykład Chiny – wewnętrznie również niezwykle zróżnicowane – zdołały stworzyć silną państwowość oraz taką strukturę gospodarczą, która umożliwiła niesamowity wręcz rozwój… 

Chiny, podobnie jak Korea, Japonia i Mongolia to zupełnie inny świat.

W Chinach obowiązuje ideologia będąca połączeniem elementów marksizmu z konfucjanizmem. Konfucjanizm zaś ma dwie podstawowe zasady. Zgodnie z pierwszą liczy się interes zbiorowości: rodziny, rodu, klanu, plemienia, miasta, prowincji i kraju. Jednostka to „pyłek”, z którym nikt się nie liczy. Druga zaś konfucjańska reguła jest bardzo korzystna dla takich starszych panów jak ja: wy, młodzi, macie mnie po prostu słuchać. Obowiązuje bezwzględne posłuszeństwo wobec autorytetów – zarówno osób starszych, jak i władzy państwowej.

W czerwcu 1989 roku był Pan jednak w Pekinie naocznym świadkiem największego w ostatnich latach buntu wobec obu tych dwóch zasad.

Rzeczywiście, Tiananmen był czymś niezwykłym. Przez kilka miesięcy studenci strajkowali w zbudowanym na placu miasteczku namiotowym. Na dwa dni przed masakrą dotarłem do baraku przywódców protestu. Wprawdzie nie zastałem Wuera Kaixi, ale jego zastępczyni, studentka psychologii Wang Chi poprosiła mnie o wygłoszenie przez radiowęzeł kilku słów do zebranych tłumów. Znalazłem się w trudnej sytuacji, gdyż do Chin przyjechałem – za namową chińskiego ambasadora w Warszawie – z paszportem dyplomatycznym, jako obserwator „Solidarności” na wybory w ambasadzie. Jako dziennikarz nie zostałbym tam wpuszczony. Powiedziałem więc tylko, że jestem przedstawicielem polskiej „Solidarności”, pozdrawiam wszystkich obecnych i życzę, aby ich cele zostały zrealizowane. Proszę sobie wyobrazić, że była to główna wiadomość, którą nadały wtedy w świat agencje: „»Solidarność« wspiera studentów na placu Tiananmen”!

Rano 4 czerwca, razem z jednym z polskich dyplomatów, szedłem aleją Xichang’an prowadzącą w stronę placu. W mieście rozeszła się już wieść o walkach: z naprzeciwka niektórzy uciekali, ale wiele osób biegło też na Tiananmen, aby sprawdzić czy ich dzieci jeszcze żyją. Widziałem kilkanaście wielkich kałuż krwi ogrodzonych cegłami, między które ludzie wtykali gałązki zieleni, zdjęcia wyjęte z legitymacji zabitych studentów… Na placu armia ustawiła obok siebie czołgi w ten sposób, aby nikt nie mógł się między nimi przecisnąć. Przed tym kordonem – dwa rzędy piechoty z karabinami gotowymi do strzału. Zawsze, gdy nadbiegali ludzie by obrzucić wojsko kamieniami  padała salwa. Kilka godzin spędziłem schowany za jednym z drzewek na placu. Byłem świadkiem wielu takich salw.

Nasuwają się w tym momencie dwie refleksje. Po pierwsze, w 1989 roku mogło się wydawać, że są to przełomowe dla kraju wydarzenia. Z perspektywy czasu wydaje się jednak, że w Chinach na Tiananmen patrzy się nieco inaczej niż w Europie. I druga sprawa: zastanawiamy się dziś, czy rewolucja informatyczna zmienia człowieka; a może warto wpierw spytać, czy i w jaki sposób rewolucja techniczna zmieniła Azjatów? Patrząc na poziom, z którego startowali kilkadziesiąt lat temu, można się tu domyślać rzeczy niesłychanych…W jaki sposób mieszkańcy Azji postrzegają historię? Jak widzą siebie – lub swoją zbiorowość – w dziejach?

Historia to dla mieszkańców Azji głównie tradycja i pewien zakorzeniony etos. I to one, a nie historiograficzna wiedza, mają kluczowe znaczenie dla całych społeczności. Powszechny jest kult przodków jako źródła ideałów i wzoru dobrych zachowań. W Indiach Mahabharata i Ramajana są bez porównania mocniej wryte w wyobraźnię mieszkańców, niż w Europie Iliada i Odyseja. Budda, Konfucjusz, Mahawira czy Mao Zedong, są w Azji nie tylko pamiętani, ale wręcz czczeni – czasem nawet wbrew ich własnym intencjom awansuje się ich do pozycji boskiej. Mahomet jest wprawdzie traktowany jako Prorok, a nie Bóg czy Syn Boży, ale w potocznej wierze posiada cechy boskie, rzeklibyśmy: „chrystusowe”.

Jeszcze do niedawna istniał Pierwszy, Drugi i Trzeci Świat. Drugi Świat, do którego należała Polska i inne kraje komunistyczne, zniknął. Obecnie, za sprawą nieustannych podziałów, znika też Trzeci Świat. Gdzie wobec tego umieścić Chiny, które szybko awansują na pozycję supermocarstwa, choć nadal jednak tkwią w postkomunizmie, a trudno je też zaliczać do Trzeciego Świata? Kiedy mówimy o skoku cywilizacyjnym Azji trzeba również pamiętać o powszechnym tam braku poczucia czasu jako wartości ekonomicznej. A.D. Moddi mówił: „Czas ma niewielką wagę nawet dla elit. Brak dążenia do osiągnięć prowadzi do ignorowania czasu jako ich głównego czynnika”. A jednak postęp się dokonał. Czterdzieści lat temu mieliśmy w Azji do czynienia ze zjawiskiem powszechnego głodu. W Kalkucie setki ludzi umierało na ulicy i nikt im nie pomagał. W kopalni diamentów na Borneo – to też widziałem na własne oczy – ludzie pracowali po dwanaście godzin zanurzeni w wodzie po pas, umierali, dosłownie obłażąc ze skóry i jeszcze musieli płacić za to, że ich zatrudniano, żywiąc się tylko nadzieją, że przypadnie im równowartość jednej czwartej wartości diamentu, który znajdą. Teraz w Azji na ogół ciągle panuje bieda, ale już nie taka jak wtedy. Pomimo bogacenia się, w niektórych krajach nadal popularna jest postawa, którą potocznie określa się mianem filozofii „być”.

 „Mieć” istnieje jakby mimochodem? 

Pierwszy zwrócił mi na to uwagę, jeszcze zanim zacząłem podróżować do Azji, mój nauczyciel i mentor, ekonomista Ignacy Sachs. Był autorem kilku świetnych książek o Azji i wszystko, co potem robiłem, było niejako inspirowane przez niego. Wiedzę zaczerpniętą z tych książek sprawdzałem w czasie podróży.

Pierwszym ważnym momentem była dla mnie Indonezja. Trafiłem tam w 1963 roku, zaraz przed kataklizmem na Bali – erupcją wulkanu Gunung Agung. Już na kilka dni przed tragedią zobaczyłem na miejscu, że choć na zbocza góry spadają rozżarzone do czerwoności kamienie, to ludzie, jak gdyby nigdy nic, chodzą po nich ze swoimi bawołami oraz orzą poletka! Nie dali się ewakuować, bo nie mogli opuścić ziemi przodków – wyjazd byłby dla nich hańbą. Gubernator wyspy powiedział mi, że do erupcji nie dojdzie, bo podjął odpowiednie środki zapobiegawcze: sprowadził z Sumatry słonia i nosorożca, by je wrzucić do krateru i w ten sposób uspokoić bogów. Tak też zrobili – ale bogowie zezłościli się jeszcze bardziej, bo następnej nocy nastąpiła erupcja. Noc się zrobiła jasna, gdy na doliny Karangassem i Klungkung spadły rzeki lawy. Zginęło kilka tysięcy ludzi.

W tym samym roku odebrałem kolejną „lekcję azjatyckości”. W Bombaju poznałem Polaka, który przebywał tam na kontrakcie i musiał wynająć sobie służącego. W Indiach nie można mieć jednego służącego: osobny jest do gotowania, osobny do sprzątania, osobny do ogrodu… Jego jednak nie było na to stać. Znalazł Indusa, który zgodził się wykonywać wszystkie prace, ale za cenę 150 rupii. Była to wtedy kwota równa pensji wysokiego urzędnika. Mój znajomy mógł mu zaoferować 120 rupii. Ten grzecznie odmówił. Po paru dniach spotkali się znowu: niedoszły służący pracował jako ogrodnik, zarabiając 30 rupii. „Jak to – pyta Polak – u mnie nie chciałeś zarabiać 120 rupii jako służący, a tutaj zgodziłeś się na trzydzieści?”. Wtedy padła odpowiedź: „Jako Służący musiałbym dostawać 150 rupii. Inaczej byłbym najgorszym ze wszystkich służących. Tu zaś jestem równy wśród innych ogrodników”.

I trzeci obrazek: Nepal. Kiedy byłem tam po raz pierwszy samolot przed lądowaniem przelatywał nisko nad lotniskiem, by przepędzić krowy, które pasły się na pasie startowym. Nie było hoteli, tylko budy, do których wejścia, zamiast drzwiami, były zasłonięte wiszącymi sznurkami. W latach pięćdziesiątych taki mniej więcej Nepal postanowiły zjednać sobie Stany Zjednoczone, które w czasie wojny koreańskiej chciały tam utworzyć drugi front przeciwko Chinom. Amerykanie zaproponowali, że w ciągu dwóch lat zbudują siedemdziesiąt wiszących mostów. Okazało się jednak, że, po pierwsze, nie ma tam żadnych map i właściwie nie wiadomo, gdzie te mosty można budować. Po drugie, nie ma ani jednej drogi, a więc nie da się dowieźć materiałów na budowę. No i, po trzecie, nie ma samych materiałów: wszystko przywieziono samolotem na miejsce budowy pierwszego mostu. Kiedy w końcu ogłoszono, że Amerykanie będą przyjmować ludzi do pracy przy budowie na miejsce przyszło trzy tysiące osób. Usiedli naokoło i… zaczęli patrzeć jak Amerykanie budują most. Po co mamy pracować, pytali, skoro i bez pracy jakoś żyjemy, nie chodzimy głodni? W Nepalu ważne są uroczystości i ceremonie. Jest tam kilkadziesiąt, często wielodniowych świąt w roku. Nepalczycy uważają po prostu, że o wiele przyjemniej niż pracować jest… nie pracować.

Wymienił Pan Chiny, Japonię, Koreę jako państwa regionu Pacyfiku. Proszę wymienić pozostałe elementy azjatyckiej układanki.

Azja ma wiele barw. O Indiach na przykład mówimy, że jest to największa demokracja na świecie. Jak jednak można nazwać demokracją kraj, w którym wszyscy wierzą, że ludzie są nierówni bo należą do różnych warn i kast – i to jest podstawą ich etosu? W życiu społecznym „niedotykalni” nadal się nie liczą. Nikt nie napije się z nimi herbaty, a jeśli „niedotykalny” sięgnie po wodę ze studni, to tę studnię trzeba zamknąć i wykopać nową. Innym przykładem są bramini, często ludzie biedni. Zdarza się, że w miejscach pracy są podporządkowani innym – kiedy jednak idą na modły do świątyni, ich szefowie ustępują im miejsca, bo bramini są ważniejsi jako ludzie, mają prawo siąść w pierwszych rzędach.

Są to różnice, które wynikają z konfliktu między pewną trwałością kulturową tradycji a nowymi zwyczajami, które przyniósł postęp ekonomiczny… 

Tak właśnie jest. Dopóki w Indiach nie było przemysłu i urbanizacji miejscową inteligencję stanowili bramini – byli nie tylko kapłanami, ale również myślicielami, prawnikami i członkami władz. Następne w kolejności były kasty: wojowników – kszatrijowie, drobnych przedsiębiorców, i wreszcie siudrów, czyli pracowników fizycznych. Taki układ funkcjonował przez wieki. Sto lat temu zaczęło się to jednak zmieniać i teraz zdarza się już tak, że nawet siudra może być szefem fabryki lub dyrektorem urzędu i podlegają mu bramini.

Czy dzięki tej tradycji, która stanowi trzon kulturowy kontynentu Azjaci mają nad nami przewagę gdy idzie o sposób wykorzystania sukcesu gospodarczego na poziomie ogólnospołecznym, ekonomicznym? 

Różnorodność kulturowa wymusza elastyczność w gospodarce. Na przykładzie Azji świetnie widać, że ekonomia polityczna nie jest nauką ścisłą. W zależności od warunków lokalnych, czasem sprawdza się jedna doktryna, a czasem inna.

Na przykład gospodarczy cud Singapuru był możliwy dzięki geniuszowi premiera tego kraju Lee Kuan Yewa, który, tworząc obowiązującą tam do dziś ideologię ekonomiczną, połączył elementy keynesizmu i konfucjanizmu i dodał do tego jeszcze trochę z cywilizacji buddyjskiej i chrześcijańskiej. To wszystko, wraz ze wspomnianym wcześniej priorytetem interesu społecznego nad prawami jednostki pozwoliło stworzyć doktrynę będącą mniej więcej odpowiednikiem europejskiego welfare state: idei, która głosi, że wprawdzie wolny rynek jest…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Azja. Nowa ziemia obiecana