Subskrybuj

Efekt motyla w Ciudad Juarez

Ciudad Juarez to półtoramilionowe miasto nad rzeką Rio Grande, która wytycza północną granicę Meksyku. Na przeciwległym brzegu leży teksańskie El Paso, jego mniejszy bliźniak (ok. 700 tys. mieszkańców), któremu historia zafundowała amerykańską tożsamość, choć trzy czwarte mieszkańców w domu mówi po hiszpańsku, tak jak w Juarez.

Graniczne miasta żyją zazwyczaj z handlu, turystyki, czasem – jeśli granica dzieli państwa o dużej dysproporcji potencjału ekonomicznego czy siły nabywczej pieniądza – na ich obrzeżach rozkwita przemysł. W ubiegłym roku fachowcy od gospodarczych prognoz orzekli, że Juarez może stać się jednym z najważniejszych silników wzrostu całej gospodarki północnoamerykańskiej. Kłopot w tym, że to tylko prognozy na jutro, a dziś Juarez ma opinię bodaj najbardziej niebezpiecznego miasta świata. Od początku 2008 roku w regularnej wojnie narkotykowych karteli zginęło tutaj ponad 2 tysiące osób (w całym Meksyku ok. 10 tysięcy). Wyjątkowo okrutne zabójstwa, sygnalizujące przeciwnikom determinację sprawców, stały się tu czymś powszednim: czternastoletni chłopcy na usługach mafijnych bossów – dbających o to, by nie zabrakło im amunicji do „kozich rogów” (tak miejscowi nazywają kałasznikowy) ani codziennych dawek kokainy – udowadniali na ulicach Ciudad Juarez, że potrafią być równie bezwzględnymi wykonawcami rozkazów jak ich rówieśnicy, werbowani w wojnach domowych w Kongu czy na południu Filipin. Znajomy dziennikarz ze zgrozą opisywał zdejmowanie przez strażaków bezgłowego ciała jednej z ofiar, które przytwierdzono do balustrady na wiadukcie, z przymocowaną tabliczką wyjaśniającą, komu służyła ofiara… Wszystko to w absolutnej ciszy obserwował tłum gapiów, którzy nie okazywali ponoć najmniejszego zdziwienia. Granice najwyraźniej bywają też przekleństwem.

W marcu tego roku zdesperowane władze Meksyku wysłały do Juarez tysiące żołnierzy, żeby opanować sytuację. Ale nawet jeśli chwilowo, po nasyceniu ulic patrolami, liczba zabójstw spadła, to nie usunięto w ten sposób przyczyn epidemii przemocy, tkwiących bodaj w równej mierze w kulturze przestępczego półświatka, co w nieszczelności przepisów i prawach ekonomii. Meksykańskie masakry z ostatnich miesięcy mają bowiem swoje korzenie w latach 70. ubiegłego wieku, kiedy to rząd USA wespół z władzami Meksyku przystąpił do ofensywy przeciwko producentom heroiny w stanie Sinaloa, na wybrzeżu Pacyfiku. Powstałą w wyniku tych działań lukę na rynku wypełniły dostawy z Kolumbii, a meksykańscy narcotraficanteszorientowali się, że najlepszym interesem nie jest wytwarzanie „towaru”, ale pośrednictwo między producentem a odbiorcą (czytaj: przemyt). Innymi słowy, największe dochody zaczęła im przynosić granica lądowa pomiędzy Meksykiem i USA, licząca przeszło 3 tysiące kilometrów. Kartele podzieliły między siebie jej odcinki: na wschodzie przemyt narkotyków i nielegalnych emigrantów do Stanów kontrolował kartel „Zatokowy” (nazwa pochodzi od Zatoki Meksykańskiej), na zachodzie kartel z Tijuany, pod wodzą rodziny Arellano, a w centrum kartel „Juarez”, który – wedle szacunków amerykańskich – przemycał ok. 50% wszystkich narkotyków zażywanych w USA. Działalność na taką skalę przynosiła i wciąż przynosi astronomiczne dochody. Według…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Piękna dwudziestoletnia. 1989-2009