1.
Po dekadach względnej stabilizacji, która stała się również od pewnego czasu naszym udziałem, stanęliśmy dziś nieoczekiwanie w obliczu cywilizacyjnego przełomu. Być może to wcale nie wydarzenie z 11 września, ale właśnie załamanie się współczesnego, globalnego modelu gospodarowania przejdzie do historii jako milenijna granica epok. Coraz wyraźniej widać bowiem, że to, z czym zmagamy się dzisiaj, nie jest zwyczajną przypadłością gospodarki rynkowej przechodzącej swe mniej lub bardziej regularne cykle koniunkturalne. Nie łudźmy się, to nie jest przejściowy stan gospodarczego osłabienia, który należy przeczekać, po którym wszystko wróci do normy. Prosty powrót do tego, co było, to znaczy do stanu pewnej zwirtualizowanej ekonomii gwarantującej w dalszym ciągu stały i szybki rozwój w skali całego świata, jest niemożliwy. Widzieliśmy, jak łatwo może się załamać model gospodarki konsumpcyjnej oderwanej od realnych potrzeb. Powszechna, stale zwiększająca się konsumpcja, rosnące zapotrzebowanie na dobra, których się w ogóle nie używa i nie potrzebuje, swoista magia kupowania taniejących produktów miały być niezawodnym motorem rozwoju. Nakręcająca się spirala inwestowania w coraz większe moce produkcyjne po to, by zaspokoić ten wzrastający i sztucznie podsycany popyt, zaprowadziła w ślepą uliczkę, z której nie ma łatwego wyjścia. Upowszechnienie kategorii kapitału, który nie jest zwyczajnie synonimem posiadania, lecz znaczy narzędzie wirtualnego bogacenia się (mówi się na przykład, że kapitał za nas pracuje, nawet kiedy śpimy) doprowadziło do tego, że każdy, czy tego chce, czy nie, jest dzisiaj graczem na tej gigantycznej giełdzie, jaką stał się rynek. W tym sensie nie ma już prostego podziału na tych, którzy dysponują kapitałem, i tych, którzy muszą sprzedawać swoją pracę. Każdy w swojej skali jest uczestnikiem w grze, posiadaczem jakiegoś kapitału o zmiennej wartości, który zyskuje lub traci zgodnie z ruchem rynkowego wahadła. Właściwie nie ma też takiego przedmiotu (i nie jest nim również sam pieniądz, nawet wówczas gdy deponujemy go w banku[1]), który nie podlegałby permanentnej licytacji, ciągłemu przewartościowaniu, co niesie za sobą także nieustanne ryzyko straty. Z innej strony, wytwarzany produkt przestał już dawno być pewnym określonym dobrem, rzeczą służącą w najlepszy sposób człowiekowi, ale liczy się przede wszystkim jako środek do osiągania zysku, a więc jako jeden z elementów lub parametrów rynkowej gry. Skutkiem tego jest wybitnie ilościowe nastawienie zarządzających, których podstawowa strategia polega na wykorzystaniu wszystkich atutów produktu dla maksymalnego zwiększenia sprzedaży. Jakość produktów nie jest celem samym w sobie, ale zależy od reakcji rynku, który często akceptuje wręcz pogorszenie jakości. Jeśli możliwe jest zyskowne prowadzenie sprzedaży towarów gorszych, nie ma właściwie granic dla obniżania jakości. Myślenie według reguł pewnej techniki rynkowej jest dzisiaj powszechnie obowiązujące w kręgach menadżerów specjalistów zarządzających majątkiem powierzonym. Bezkrytyczne rozwijanie przedsiębiorstw, których najważniejszym celem nie jest służenie klientowi (co przecież wynika z profilu prowadzonej działalności), lecz spełnienie oczekiwań właścicieli poprzez permanentny wzrost, zdobywanie nowych rynków zbytu, stałe powiększanie zysku, programowe przejmowanie konkurentów, budowanie ogromnych organizacji, jak się dziś okazuje, jest drogą donikąd i prędzej czy później musi doprowadzić do załamania i poważnego kryzysu. Znajduje to swoje inne odbicie w sposobie rozumienia funkcji pracowników, którzy traktowani są w wymiarze makro jako ekonomiczna kategoria ludzkich zasobów, a więc również jako jeden ze zmiennych parametrów arytmetyki finansowej. Globalna gospodarka, mimo że otwarła ogromne, nieznane dotąd możliwości działania, jednocześnie doprowadziła do głębokiego zdehumanizowania relacji międzyludzkich zarówno wewnątrz wielkich korporacji, jak i w wymiarze interesów prowadzonych między podmiotami, a także w bezpośrednich stosunkach między jednostkami (chciwość, pazerność, korupcja itd.). Ta smutna prawda pozostaje ukryta za budzącym zaufanie publicznym wizerunkiem firmy, jaki tworzy się przy pomocy wysublimowanych technik reklamowych, przez prowadzenie odpowiedniej zewnętrznej polityki, przez akcje propagandowe na przykład w zakresie działalności charytatywnej itd. To tylko szkicowy przegląd najbardziej charakterystycznych symptomów diagnozowanej tu choroby.
2.
Przyjrzyjmy się jednak dokładniej, na czym polega słabość współczesnej ekonomii, dlaczego tak łatwo uległa ona wewnętrznemu rozkładowi, nie znajdując w sobie skutecznych mechanizmów obronnych.
Pułapka liniowego rozwoju. Jednym z najbardziej charakterystycznych rysów współczesnego modelu gospodarowania jest umasowienie produktu. Każda innowacja przechodzi natychmiast w ilość, staje się w krótkim czasie powszechna, dostępna szerokim masom. Nie byłoby w tym zapewne niczego złego, gdyby nie to, że postęp techniczny nie oznacza procesu odkrywania i stałego rozwoju jakościowego, ale jest, wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu, procesem ekstensywnym, ostatecznie zawsze ilościowym, podporządkowanym wymogom agresywnego rynku, który potrzebuje nowych rozwiązań tylko o tyle, o ile dają się szybko zastosować w formie nowego towaru. Kierunek postępu wyznacza w istocie masowy rynek oraz nowe potrzeby, jakże często pobudzane lub po prostu stwarzane odpowiednimi rynkowymi działaniami (reklama, marketing). Postęp techniczny podporządkowany jest całkowicie prawom masowego rynku, który określa te pola, na których innowacje są możliwe, skutecznie eliminując przy tym wszystkie te kierunki postępu, których nie da się w krótkiej perspektywie czasu zastosować i przełożyć na masową produkcję. Krótkowzroczność, nastawienie na doraźną efektywność, planowanie ilościowe, które w ogóle nie uwzględnia czynnika radykalnej nowości, to grzechy główne tej wizji rozwoju. W sytuacji, gdy pojawia się rozwiązanie alternatywne grożące zaburzeniem owego liniowego rozwoju obronnym odruchem jest uniemożliwienie jego upowszechnienia.
Dobrym przykładem tych tendencji może być jednokierunkowy rozwój przemysłu motoryzacyjnego, jaki dokonał się na przestrzeni całego XX wieku. Mimo wielu oczywistych technologicznych przeskoków ekstensywny w swej istocie rozwój motoryzacji nie tylko zablokował poważne poszukiwania innych rozwiązań dla zaspokojenia ludzkiej pasji poruszania się i podróżowania, ale doprowadził do produkcji gigantycznej liczby pojazdów, których nie da się już używać swobodnie i wystarczająco bezpiecznie. Idea podróżowania w małej, zamkniętej, prywatnej przestrzeni jest przy tym niezmienna od czasu pierwszych wynalazków, zmieniają się tylko elementy formy, sposoby urzeczywistnienia jej w praktyce. Interesujące, że przy całym technologicznym postępie nigdy nie udało się znieść lub choćby zmniejszyć rażącej dysproporcji między subiektywnym poczuciem bezpieczeństwa i komfortu a obiektywnym zagrożeniem, jakie wiąże się z szybkim podróżowaniem po zatłoczonych drogach. Jest to jeszcze jeden symptom tego, że nawet w dziedzinie, w której na pozór idea postępu znalazła swoje najlepsze spełnienie, rozwój ilościowy całkowicie zdominował myślenie strategów gospodarczych.
Wirtualizacja świata ujętego w prawa ekonomii.Z jednej strony nastąpiło urzeczowienie pewnych abstrakcyjnych wytworów, idei takich jak rozwiązania finansowe – tak zwane produkty bankowe (kredyty, gwarancje, lokaty) czy pakiety praw (wierzytelności), które jako pewien zbiór stają się odrębnym przedmiotem obrotu, z drugiej – odrealnienie przedmiotów materialnych, które zostały odarte ze swej wartości użytkowej, estetycznej, emocjonalnej i stały się neutralnymi wartościami przeliczalnymi na jednostki pieniężne. W ten sposób to, co realne i konkretne, spotkało się z abstrakcyjnym wytworem myśli w ramach tej samej kategorii kapitału, któremu przysługuje pewna neutralna wartość wyrażona w pieniądzu. Kapitał we współczesnym i obiegowym, a nie ściśle ekonomicznym, rozumieniu właściwie nie ma tak wiele wspólnego z pojęciem, które zostało opisane i utrwalone w filozofii choćby przez marksizm. Idzie tu raczej o funkcję, jaką przypisano tej szczególnej kategorii rzeczy – mianowicie mają one stale powiększać swą wartość, mają podlegać nieustannej waloryzacji. Granica między światem realnych przedmiotów i światem wytworów myśli w zasadzie przestała istnieć, zlewając się w jeden świat kapitału – uniwersalnych wymiennych wartości. W ten sposób tak rozumiany kapitał, jego wartość wirtualna, stawał się niemal obiektywnym układem odniesienia dla zachowań i decyzji podejmowanych codziennie przez owych konsumentów-posiadaczy. Trzeba oczywiście zaznaczyć, że możliwe to jest w sytuacji upowszechnienia własności, to znaczy wówczas, gdy posiadaczem jakiegoś kapitału, mniejszego czy większego, jest w praktyce każdy człowiek. Można powiedzieć, że ów model gospodarki zakłada, iż każdy jest posiadaczem, a co za tym idzie, że jest aktywnym graczem na rynku wymiany kapitałów-wartości. Każdy człowiek jest podmiotem gry rynkowej, każdy jest w kręgu zainteresowania innych graczy jako konsument lub oferent. Każdy też staje się inwestorem, kiedy tylko nabywa rzeczy (przedmioty lub prawa), które nie służą zaspokojeniu jakiejś realnej potrzeby albo kiedy w jego imieniu nabywa się abstrakcyjne prawa na przyszłość, jak dzieje się choćby w przypadku inwestowania składek emerytalnych obowiązkowo płaconych przez wszystkich. Oczywiście podstawowym źródłem kapitału jest rozbudowany system finansowy, który umożliwia każdemu dostęp do różnych form kredytowania.
Ta powszechna rola uczestnika w gigantycznej grze interesów wpisana jest w logikę systemu, który nie przewiduje wyjątków. Każdy obywatel nowoczesnego państwa wraz z nabyciem prawnej osobowości, czy tego chce, czy nie, staje się graczem w owym globalnym kasynie. Nie ma w nim miejsca dla neutralnych obserwatorów, ponieważ zasadą systemu jest, by wszyscy byli jego beneficjentami. Każdy jest uczestnikiem wirtualnego świata wartości, który staje się światem prawdziwszym od świata rzeczywistego, w miarę jak rośnie skala naszych oczekiwań co do stanu posiadania oraz nasza pasja jego powiększania.
Jest to możliwe tylko przy założeniu, że gospodarka ze swej istoty stale się rozwija. Zachwiania koniunktury i kryzysy interpretowane są jako chwilowe wahnięcia, po których przychodzi z konieczności okres jeszcze większego dobrobytu. W pewnym sensie mamy tu do czynienia ze swoistym złudzeniem perpetuum mobile, któremu poddają się bezkrytycznie wszyscy uczestnicy gry. Jednak nie można tu mówić o powszechnej naiwności, ponieważ stoją za tym poważne teorie ekonomiczne, idea stałego rozwoju gospodarczego znajduje też swe wsparcie w statystyce historycznej. Otwarta gospodarka światowa rozumiana jest jako samonapędzającą się maszyna, która uzyskuje swój potencjał wzrostu przez ogarnianie swym zasięgiem nowych, gorzej rozwiniętych terytoriów i przyjmowanie nowych uczestników rynkowej gry – nowych potencjalnych dysponentów kapitału i nowych konsumentów. W pewnym sensie należałoby tu mówić o znanym mechanizmie piramidy, która może się rozwijać tak długo, jak długo znajdują się chętni, by wstępować do nobliwego towarzystwa posiadaczy…