Subskrybuj
Autor m.in. Podkrzywdzia i Bez. Ostatnio wydał Dom ojców, opowieść o uprawie ziemi i prehistorii. Mieszka w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej

Pijawka

Rebeliantów z Birmy nie przyjmie żaden kraj Azji, prócz Indii, które w imię zadośćuczynienia przyznały im status uchodźców. Jednak żaden z nich nie chce tu mieszkać. Listy z prośbą o ich przyjęcie otrzymały rządy Wielkiej Brytanii, Szwecji, USA i Czech. Czekają. Kończą im się pieniądze na mieszkanie i żywność

Ajć, kłuje coś w bosą stopę, ciemno tu jak diabli, ale wyjścia nie ma: w klasztorze jest tylko dziura na siusiu, na coś większego trzeba wychodzić do wychodka na zewnątrz. Ale – ćśśś! Gwizdać nie można, nawet na odwagę. Mistrz ciągle powtarza: to sprowadza duchy. Raz-dwa: zamknąć oczy, zrobić swoje i w podskokach pod koc. Tylko uważać na kobry. W nocy czają się przy ścieżkach, wystraszone dźwigają pancerne szyje i kąsają na śmierć.

Dopiero świt przegania strach na dobre, mnisi rozpoczynają poranne medytacje. Potem wychodzą w szafranowych szatach na ulice i bębnią w garnki, prosząc o jałmużnę.

Wróżba

Życie w Lamaya płynie wolno jak osowiały nurt w miejscowej rzeczce, wijącej się przez bezkresne równiny. W ciepłych promieniach równikowego słońca lśni cała wieś. Prócz jej mieszkańców o jej istnieniu wie niewielu. Można do niej tylko dopłynąć rzeką. Nawet nie dociera tu władza, może jakiś urzędnik od święta, w łachmanach. W środku wioski stoi buddyjski klasztor, a wokół niego porozrzucane w nieładzie kryte bambusową strzechą chaty na palach. W jednej z nich mieszka rodzina małego U Tuna. Mama ma sklep, ale po większe zakupy trzeba wiosłować do miasteczka; tata jest nauczycielem w pobliskiej szkółce. Wiedzie im się dobrze. Od pokoleń. Dziadek podarował nawet klasztorowi kawał ziemi wokół wsi, dlatego w czasie zbiorów wszyscy bez gadania ruszają w pola i uwijają się przy ryżu, który wędruje do wspólnego spichlerza. A kiedy przyjdzie monsun i głód, mnisi będą wydzielać ryż wszystkim po równo.

A U Tun? Spójrzmy prawdzie w oczy: maminsynek. Trzy siostry chuchają na niego jak na lalę. Wstyd: obcinają wielkiemu chłopisku paznokcie, smarują buzię tanaką, białą mazią chroniącą przed słońcem.

Jak każdy chłopiec w Birmie trafia do klasztoru. Ma ledwie 12 lat, a już uczy w nim inne dzieci, taki zdolny! W klasztorach uczą się dzieci rodziców, których nie stać na prawdziwą szkołę. Jak wszyscy buddyjscy mnisi U Tun ma wygoloną głowę. Ale kiedy wyjdzie z klasztoru, znów zapuści kruczoczarne, lśniące pukle, natrze je dla szpanu i połysku mlekiem z kokosa. Marzenie? Pomagać ludziom, zostać lekarzem, jak ten pan, który przyjeżdża co tydzień do ludzi z wielką torbą maści z tygrysa.

Słońce w Lamaya zachodzi szybko, zbliża się do ziemi i rośnie, puchnie, aż w końcu kryje się za dżunglą. Mnisi odprawiają wieczorną mantrę i posłusznie kładą się na matach. Przed snem można jeszcze spojrzeć na niebo białe od gwiazd. Mistrz zna je pewnie wszystkie. I wróży przyszłość. Kiedyś, gdy wieczorem stali sami przed klasztorem, wyszeptał: spokoju doznasz dopiero na starość. Tej nocy U Tun długo nie mógł zasnąć.

Kto i co zapisał mu w gwiazdach? Co spotka małego mnicha wtulonego z otwartymi oczami w klasztorną pryczę?

Ucieczka

Nie, mnichem nie można być do końca życia. W Birmie jest pół miliona mnichów, sto tysięcy więcej niż żołnierzy, bez jednego U Tuna się obejdą. Trzeba się kształcić. Pakuje na łódkę swój majdan i rusza do Sittwe, stolicy stanu Arakan. Studiuje na miejscowym uniwersytecie historię. Znów wciera we włosy mleko kokosowe, spotyka się ze swoją narzeczoną. Ale ona teraz nie jest już najważniejsza. U Tun mieszka z sześcioma kolegami w zatęchłej klitce akademika. Wieczorem przy pryczach tlą się naftówki, do których kleją się roje malarycznych komarów. Tego wieczoru otwiera pożółkłą księgę i dowiaduje się czegoś, o czym nikt mu wcześniej nie powiedział: Królestwem Arakanu rządziło przez 5 tysięcy lat 243 królów aż do 1784 roku – daty podboju ich ziem przez Brytyjczyków. Po wyjściu europejskich kolonizatorów Arakan zagarnęli Birmańczycy.

Zbliża się 1988 rok.

Ucieczka

W Birmie wybucha rewolucja. Na ulice miast i miasteczek wychodzą tłumy, głównie studenci w buncie przeciw ruinującej kraj juncie, która przejęła władzę po zamachu stanu w 1962 roku. Birmę, na początku XX w. jeden z najbogatszych krajów Azji, zżera od tamtej pory tropikalna rdza. Rewolucja jest też szansą dla zbuntowanych grup etnicznych (w Birmie mówi się 135 językami) podbitych przez reżim, w tym dla posługujących się dialektem Arakańczyków. U Tun jeździ niezmordowany po kraju, organizuje wiece i protesty wpatrzony jak w obraz w „panią Suu”, nadzieję Birmańczyków na wolność i demokrację, córkę generała Aung Sana, wyzwoliciela Birmy spod okupacji brytyjskiej. Junta wysyła na ulice czołgi. Giną tysiące ludzi. Rozpoczyna się łapanka. U Tun czmycha ze stołecznego Yangonu do Sittwe. Jeszcze jest wybór: ucieczka do pobliskiego Bangladeszu albo tortury w więzieniu.

Z kolegami spotka się późnym wieczorem na dzikiej plaży poza miastem. Płyną bez świateł kradzioną łodzią, słychać tylko szum wioseł. Zatrzymują się przy wsi. Kupują dużo worków ryżu i ładują je na łódki. W Bangladeszu jest głód – sprzedadzą, zarobią. Zbliżają się do granicy, nagle strzelają w nich snopy świateł. Otacza ich reżimowe wojsko.

– Ręce do góry! – krzyczą żołnierze. Latarki oświetlają łódkę tuż przed nimi. Na jej przedzie stoi matka U Tuna trzymana za ręce przez żołnierza.
– Wracacie z nami albo twoja matka nie wróci już donikąd!
Kto ich sprzedał?
Tego pewnie już nikt się nie dowie. Nie zamknęli go, ale kazali co trzy dni meldować się na posterunku. Dlatego ciągle jest wybór: niewola albo ucieczka.

Zarzuca na ramię torbę i rozklekotanym autobusem jedzie dwa dni pod wschodnią granicę. Rzeka do pasa, czasem po szyję – forsuje ją nocą. Wychodzi na tajski brzeg i rusza w stronę „Małej Birmy”, tajlandzkiego miasteczka Mae Sot zamieszkanego w 80% przez uchodźców.

W 1990 roku odbywają się w Birmie wybory parlamentarne. Miażdżącą liczba głosów wygrywa National League for Democracy (NLD) – partia Aung San Suu Kyi. Junta fałszuje wyniki wyborów, Suu Kyi trafia do aresztu domowego.
W Mae Sot umiera U Tun.

Rodzi się Denyalin. To pseudonim U Tuna w szeregach Narodowej Zjednoczonej Partii Arakanu (NUPA). Jej centrala znajduje się w Bangkoku.

Do którego wkrótce go oddelegowują. Denyalin wysiada na dworcu i już wie: to miasto potwór. Dlatego zamyka się na kłódkę w swoim nowym mieszkaniu i przez kilka dni nie wychodzi na zewnątrz. Gdy się odważy, schowa do kieszeni na piersi notes i długopis. Wsiądzie w pierwszy lepszy autobus: pojedzie ponad dwie godziny do końca linii, notując nazwy, kolory, punkty charakterystyczne. A potem w kolejny. I kolejny. Potem zmieni mieszkanie. Na kolejne. I kolejne. Szpiedzy nie śpią.

Jest rok 1997.

Plan

Denyalin zostaje wybrany do komitetu centralnego NUPA. Dowiaduje się, że od dwóch lat pracuje się tam nad supertajną operacją.

Powtarzają się naloty tajskiej policji, działającej w porozumieniu z juntą, na placówki NUPA w Bangkoku. Reżimowe wojska prowadzą agresywną kontrofensywę w Birmie, paląc wioski i zmuszając Arakańczyków do przymusowej pracy. Indie od lat wspierają opozycję w Birmie w walce o demokrację. Hinduski wywiad zaoferował NUPA małą wyspę hinduską na Oceanie Indyjskim, gdzie rebelianci założą swoją tajną bazę, z której będą mogli prowadzić działania zaczepne. Od wschodu z kolei uderzą na armię junty Karenowie (kolejna mniejszość etniczna w konflikcie z juntą). Arakańczycy, legendarni żeglarze, „piraci Oceanu Indyjskiego”, będą szpiegować dla Hindusów ruchy marynarki chińskiej w pobliżu Wysp Kokosowych , na których Chiny planują wybudować wojskowy radar.

W Bangkoku pojawia się niejaki Nye Win.

Jest Birmańczykiem. Wysoki, szczupły, ale postawny, wygląda jak Hindus, chociaż to nic dziwnego: w Birmie żyje wielu hinduskich imigrantów. Ukończył uniwersytet w Rangunie, poliglota. Ma ścisłe kontakty z hinduskim rządem.

Pojawia się i znika. Denyalinowi przestawia go szef NUPA – generał Khaing Raza. W biurze NUPA Nye Win wręcza Denyalinowi wojskowe mapy archipelagów Andamanów i Nikobarów. Zatrzymuje palec na małej wyspie: Landfall Island. Tam powstanie baza partyzantów.

Kocha luksus i karaoke. Najczęściej można go spotkać w hotelu Saleena, pokój 611, 200 dolarów za dobę. Ma życzenia. Prezenty dla żony i dzieci: aparat Canon, złoto, statuetki Buddy. Pobyt na Kawthaung, egzotycznej wyspie, dzierżawionej przez rząd tajski od junty. I pieniądze. Wolność kosztuje. Tym bardziej że NUPA ma gwarancję sukcesu. W istocie, powtarzał, za taki ukłon ze strony rządu hinduskiego powinni być im wdzięczni.

W 1997 roku (w trzech transzach) Nye Win otrzymuje od NUPA na poczet operacji 13 800 amerykańskich dolarów.

Koszt jego pobytu w Bangkoku poniesiony przez NUPA: 9 tysięcy dolarów.

Wszystko dopięte na ostatni guzik.

Nadszedł 9 lutego 1998 roku.

Tego dnia na dzikiej plaży w Tajlandii, tuż przy granicy z Birmą, późnym wieczorem spotyka się 34 mężczyzn: 27 Arakańczyków i 13 Karenów z Narodowego Związku Karenów (KNU). Prócz Denyalina nikt nie wie o celu spotkania. Karenowie po raz pierwszy widzą morze, nabierają wodę do ust i wypluwają: nie mogą uwierzyć, że jest tak słona. Słyszą warkot silników – do brzegu podpływają dwie supernowoczesne łodzie – Rama i Dorma – załadowane bronią. Pada rozkaz: płyniecie wspólnie budować nową bazę, przejść szkolenie, zacieśnić sojusz Arakańczyków z Karenami. Są podekscytowani, najmłodszy ma 18 lat. Ruszają o pierwszej nad ranem pod osłoną nocy do raju na ziemi: turkusowych wód, dzikich plaż, szafirowego nieba. Prują przez wysokie fale, które rzucają łodziami jak łupinkami. Arakańczycy, obyci z morzem, podjadają głodni gotowany ryż, Karenowie siedzą skuleni przy burcie, zbiera im się na wymioty.

Na horyzoncie dostrzegają dwa statki. To tajscy rybacy. To oni opłacili całą operację. Arakańscy rebelianci pobierali od nich opłatę w zamian za ochronę przed morską bandyterką i juntą. Gdy zbliżało się niebezpieczeństwo, rybacy krzyczeli przez krótkofalówki: „Zbliża się Wielki Brat!”. Arakańczycy zjawiali się wtedy w okamgnieniu i osłaniali rybaków. Za każdą wpłatę otrzymywali rachunek – warunek dalszej ochrony. Ale tajscy rybacy nie mają kwitów. Ani gotówki na wpłatę. Mają za to wielkie trawlery.

Żołnierze przeładowują na nie część broni i aresztują rybaków. Na noc zatrzymują się na bezludnej, wulkanicznej Narcondum, opisywanej w turystycznych broszurach jako najpiękniejsza wyspa na świecie.

11 lutego dopływają do wyspy Landfall. Na plaży czekają na rebeliantów Hindusi i generałowie NUPA, którzy przylecieli wcześniej helikopterem. Uściskom nie ma końca. Hinduskimi żołnierzami dowodzi wysoki mężczyzna w turbanie. Przyjmuje rebeliantów słowami: „Witajcie, bracia, na wyspie szczęścia!”. Każe złożyć całą broń na plaży. Jutro – tłumaczy – zabierzemy waszych generałów na rozmowy na szczeblu rządowym do Delhi. Hindusi zwracają się do niego „pułkowniku Grewel”. Denyalin przygląda mu się uważnie…

To Nye Win, oficer z Bangkoku. Rebelianci spoglądają na siebie zdezorientowani.

O zachodzie słońca pułkownik Grewel rozkazuje rozłożyć na plaży matę. Stawia na niej pięć butelek schłodzonego rumu i przekąski. Wznosi toast. Rebelianci odmawiają, wymawiają się regulaminem. Grewel nalega. Wypijają kilka kieliszków.
Śpią na plaży, pod gołym niebem. Szepczą do siebie: „Dlaczego mówią na niego Grewel?”.

Krótkofalówka

Denyalin budzi się o świcie. Idzie na łódź, na której śpią Karenowie. Słyszy szmery. Na pokładzie pośród bałaganu leży krótkofalówka. Przystawia ją do ucha. Słyszy: „Długo jeszcze? Jak skończycie, dajcie znać!”. Mężczyźni rozmawiają po birmańsku. Nie mogą to być Hindusi ani nikt z rebeliantów – ci posługują się swoimi dialektami. Denyalin wraca na plażę zdenerwowany. Zza cypla wyłaniają się…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Polska przeprasza za powieść