Po pierwsze, pytanie o wolność wyznawcy w obliczu Boga towarzyszy nam od niepamiętnych czasów i nie zdołamy tej kwestii rozstrzygnąć. Nie zamknął jej zresztą sam Józef Tischner, na którego autorytet powołuje się Henryk Woźniakowski. W jego filozofii dramatu fakt, że ktoś nawiązał ze mną rozmowę, jest bezsprzecznie ingerencją – bez mojego przyzwolenia – w mój świat (w moją wolność do bycia nieniepokojonym) – nie mogę bowiem zignorować tego zdarzenia ani też udawać przed sobą, że nie miało ono miejsca. Odnosząc rzecz do Boga: nie sposób zignorować faktu wołania „Adamie, gdzie jesteś?” lub „Samuelu, Samuelu”, jeśli ono już zabrzmi w mym życiu i wciąż na nowo powraca. To, co mogę (wolno mi), to się Jemu pokazać lub pozostać w ukryciu; w obliczu uporczywości Jego wołania mogę zwrócić się do osoby trzeciej (w przypadku Samuela był to Heli) z prośbą o przedstawienie osoby wołającego lub też konsekwentnie zamykać się na wyjaśnienia innych. Są to jednak dwa różne „momenty wolności”. I rzecz najważniejsza: są tacy, dla których to wołanie jest wręcz obezwładniające – nie mogą się od niego uwolnić, nawet jeśli bardzo by tego pragnęli. Osoby te czasami nie odróżniają „momentu wołania” od „momentu odpowiedzi na nie”. Czy są to fundamentaliści? Jeśli tak, to byli nimi biblijni Noe, Jakub, Mojżesz, Samuel czy Jonasz (pomimo jego walki z [po]wołaniem), a także bohaterowie chrześcijan: apostołowie, w tym Szaweł, który stał się Pawłem, gdyż…
Dr nauk politycznych, amerykanista pracownik Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. W badaniach koncentruje się na współczesnej myśli liberalnej oraz politycznej roli religii. Autor monografii Teista w demoliberalnym świecie. Rzecz o amerykańskich rozważaniach wokół rozumnej polityki (Kraków...