Mimo że na Zachodzie teologia feministyczna i feminizm katolicki zaczęły się dynamicznie rozwijać wraz z tzw. feminizmem drugiej fali, zbiegającym się w czasie z obradami II Soboru Watykańskiego, a zatem już w latach 60. XX w., zmiany te nie wywarły większego wpływu na polski Kościół. Nawet po 1989 r., kiedy zniknęły formalne bariery uniemożliwiające swobodną wymianę idei, na katolickich uczelniach z trudem można było odnaleźć wykłady na temat feminizmu, gender czy queer. Chyba że chodziło o tzw. nowy feminizm Jana Pawła II – z feminizmami tworzonymi oddolnie, wyzwolonymi z ram ortodoksji i niepodporządkowanych zasadom politycznej poprawności, zbieżny przede wszystkim w nazwie.
Feministyczna i genderowa perspektywa w ostatnich latach stała się elementem polityki głównego nurtu. Również w Polsce doczekaliśmy się postulowanych przez feministki instrumentów prawnych (parytety, polityki równościowe) oraz kobiet u szczytów władzy. Jednak być może z owoców feministycznej pracy najbardziej skorzystały superwomen i celebrytki, a los tzw. zwykłych kobiet, na co dzień wykonujących słabo płatne zawody związane z tradycyjnymi rolami opiekuńczo-wychowawczymi, jak np. pielęgniarka, albo walczących o alimenty dla samotnie wychowywanych dzieci, wciąż odmienił się w niewielkim stopniu. Ważne, że polskie feministki, jak np. Agnieszka Graff czy Kazimiera Szczuka, podnoszą dziś przede wszystkim właśnie te problemy. To sprawia, że feminizm może przestać funkcjonować jedynie jako styl życia dobrze wykształconych mieszkanek większych miast.
Cztery lata temu podjęliśmy w „Znaku” temat Kto się boi feminizmu?, zwracając uwagę, że emancypacja po polsku przebiega pod hasłem…