Co innego na Instagramie. Gdy w 2014 r. dałam się namówić, żeby założyć tam konto, regularnie zaczęłam prowadzić pamiętnik w obrazkach. Tłumaczyłam sobie, że publikuję jedynie migawki z momentów, o których chciałabym pamiętać. Moje konto co prawda zawsze było prywatne, lecz wśród obserwatorów szybko znalazły się osoby, które znałam zaledwie z widzenia. Wrzucałam zdjęcia z odwiedzanych miejsc i z ważnych życiowych momentów. Po co? Chyba nigdy tak naprawdę nie zadałam sobie tego pytania. Aż w końcu niecałe dwa lata temu przyszedł taki czas, gdy poczułam się tym bardzo zmęczona. Odkryłam, że mam dość przeglądania, gdzie bywają moi znajomi. Że już nie traktuję tego w kategoriach inspirującego kontentu. Że wolę się z nimi po prostu spotkać i usłyszeć, co u nich, jak się mają, co przeżywają. Dotarło do mnie, że pozornie niewinny „pamiętnik w obrazkach” to forma nieustannej autoprezentacji, dzielenia się swoją prywatnością z osobami (a jednocześnie z wielkimi firmami technologicznymi), którym wcale nie chcę pokazywać fragmentów mojego życia. I że przecież mogę sobie pozwolić na niebycie w sieci. Od tamtej pory prawie nie publikuję na portalach społecznościowych, natomiast intensywniej zaczęłam wywoływać zdjęcia, a wklejanie ich do albumu, by potem pokazać je naprawdę bliskim osobom, daje mi dużą frajdę.
Przez wieki prywatność niemalże nie istniała. Jej zalążków możemy dopatrywać się w epoce oświecenia, gdzie istotną rolę zaczynają odgrywać zamykane pokoje, osobiste zapiski, intymne korespondencje.
Powszechnym prawem stała się jednak dopiero w XX w., by we współczesnych czasach szybko przemienić się w towar. Korzystając na co dzień z internetu, zostawiamy…