Droczyła się z nami w ten sposób, a jej ton głosu za każdym razem działał tak samo: prosiłyśmy, żeby przestała, bo my się już wcale nie nudziłyśmy. Przecież właśnie miałyśmy budować z koców nory dla zwierząt, w które za chwilę się zamienimy, otwierać salon fryzjerski lub szkołę dla lalek, konstruować ze starego kartonu statek kosmiczny. Z nudy zwykle rodziła się najlepsza zabawa.
Dziś często brakuje mi takich momentów, kiedy nie wiem, czym się zająć. Dni bez planów i zobowiązań staram się więc traktować jak małe święta. Łatwo jednak zaburzyć ich spokój. Wystarczy, że przypomnę sobie o niezamówionym tekście do kolejnego numeru „Znaku”, o niezarezerwowanym terminie u lekarza, o nieumytych oknach w kuchni. Aby nie myśleć o obowiązkach, sięgnę po telefon i zacznę przeklikiwać kolejne newsy lub relacje na Instagramie. Scrollowanie, zamiast zapewnić chwilę oddechu, szybko doprowadzi do przebodźcowania. A przecież miałam się tylko beztrosko ponudzić.
Przyznaję się, że zdarza mi się tęsknić za dziecięcą nudą, choć wiem, że tzw. puste przebiegi bywają postrzegane jako coś niewłaściwego: powinniśmy przecież być produktywni i zajęci, szczelnie zapełniony grafik to nasza wizytówka. Często myślimy o sobie, definiując się głównie przez swoją pracę: realizowane projekty i ścieżki kariery. Niejednokrotnie wstyd nam przyznać w towarzystwie, że nie mamy żadnych szczególnych planów.
Według danych Eurostatu Polska jest w czołówce (zaraz po Grecji i Bułgarii) państw…