Chciał pisać książki i artykuły do czołowych amerykańskich gazet, podróżować po świecie z wykładami, zdobyć tytuł profesora i stanąć na czele think tanku (jak widać, były to marzenia typowego akademika, nie umieścił na niej skoku na bungee). Po niecałej dekadzie zajrzał do listy i okazało się, że wszystkie te życzenia zrealizował. Nie uczyniło go to jednak szczęśliwszym. Zaobserwował, że poczucie satysfakcji z dokonanych osiągnięć trwało krótko: dzień, najwyżej miesiąc.
Brooks zauważył, że najwyraźniej mylnie diagnozował to, co daje mu trwałe zadowolenie. Nie były to kolejne projekty, które mógł odhaczyć na swojej liście i które przynosiły mu społeczne uznanie. Tym, bez czego rzeczywiście nie wyobrażał sobie codzienności, są jego rodzina, relacje z przyjaciółmi, życie duchowe, a także sensowna i satysfakcjonująca praca. Na kolejne urodziny przygotował więc dwie listy: pierwsza była listą życzeń w starym stylu, gdzie wypisywał głównie cele związane z zawodowym awansem, na drugiej zaś znalazły się wartości związane z innymi źródłami szczęścia. Jeśli cele zawodowe mogły pozostawać w sprzeczności np. z jego czasem dla rodziny, starał się wykreślić te pierwsze.
Ta „odwrócona lista życzeń” dobrze wyraża myśl, która przewija się w wielu tradycjach duchowych – drogą do szczęścia jest nie tylko zdobywanie tego, czego się pragnie, ale też trafne określenie, czy to, czego chcemy, jest warte naszych marzeń. Najbardziej radykalnie odróżnienie to przeprowadzili stoicy: uważali, że pragnąć należy tylko tego, co zależy wyłącznie od nas (moralne dobro), a reszta, która jest od nas w dużej mierze niezależna (pieniądze, sława, społeczne uznanie), powinna być…