Dziś, przeszło 20 lat później, to nie obrazy wojny czy cierpienia są tym, co wypełnia treść feedów naszej codzienności. Doniesienia z frontów przykuwają uwagę, lecz na krótko. Wraz z rozwojem tzw. mediów społecznościowych bardziej niż widzami staliśmy się podglądaczami. Nie tyle cierpienia czy bólu, ile cudzych opowieści o sukcesie. Na ich (nierzadko wątpliwym) gruncie wykształcił się bodaj najbardziej toksyczny nawyk naszych czasów: porównywanie z innymi.
Obrazy – zarówno cierpienia, jak i sukcesu – są bowiem rodzajem retoryki: powtarzają i utrwalają, agitują i normalizują, upraszczają i wypłaszczają. Dawniej fotografie wymagały jednak opisu, który by je wyjaśniał lub fałszował.
Dziś, dzięki technologii, często same stają się fałszem. W pamięci mam wspomnienie sprzed kilku lat: jadę pociągiem, obok mnie cztero-, może pięcioletnia dziewczynka. Znużona podróżą, próbuje przybliżyć sobie widok zza okna – tym samym gestem, jakim powiększyłaby obraz na smartfonie. Często wracam do niej myślami, dopowiadając sobie w głowie jej historię. Co, jeśli większe zagrożenie wynika nie tyle z rozmycia granic między światem rzeczywistym a wirtualnym, ile z braku narzędzi, by bezpiecznie poruszać się po tym drugim? Dziecko prędzej czy później przecież zrozumie, że nie przybliży palcami widoku zza…