Jakiś czas temu, gdy dzień przed podróżą zepsuł się mój telefon, poczułem autentyczny niepokój. Uświadomiłem sobie, że bez nawigacji satelitarnej w smartfonie nie mam szans trafić na miejsce. Jedynym rozwiązaniem wydało mi się kupienie od razu nowego urządzenia. To wyraźny kontrast w porównaniu z tym, jak do podróży podchodziło pokolenie moich rodziców, którzy przed dalszym wyjazdem studiowali atlas drogowy, mapy, pozyskiwali wskazówki dotyczące konkretnej lokalizacji.
Nie chciałbym wracać do tamtych czasów, ale zarazem boleśnie odczuwam, że tracę w ten sposób pewne kompetencje (np. orientację przestrzenną) i jestem bezbronny w sytuacji kryzysowej. Poruszanie się autem nawet po własnym mieście sprawia mi kłopot.
Pojawienie się generatywnej AI spotęgowało poczucie, że technologia stanowi nie tylko błogosławioną pomoc, lecz również zubożenie naszych umiejętności poznawczych i społecznych. Gdy zacząłem konsultować z czatem GPT pomysły na teksty bądź zajęcia dla studentów, na początku byłem zachwycony: „No tak, czat potwierdza moje intuicje!”. Z czasem dopiero dowiedziałem się, że czatboty są zaprogramowane do roli pochlebcy. To tzw. sykofancja (grecki termin oznaczający bezpodstawne schlebianie rozmówcy), która sprawia, że obcowanie z nimi jest bardzo przyjemne dla odbiorcy. W niedawnym artykule z „Science” badacze, z Myrą Cheng na czele, porównali odpowiedzi na pytania udzielane przez prawdziwych ludzi (np. na forach internetowych) i AI. Okazało się, że czatboty 50% częściej niż ludzie zgadzały się z rozmówcą, utwierdzały go…