Trudno o bardziej wyświechtany politologiczny slogan niż ten o „końcu historii”. Ale ja rzeczywiście czuję się dzieckiem epoki „końca historii”. Jako urodzony w symbolicznym roku 1989 pamiętam dobrze wejście Polski do NATO i mobilizację przed referendum unijnym. Gdy dotarliśmy do bezpiecznej przystani Unii, wydawało mi się, że właściwie nic już nas „dziejowo” nie czeka – mamy jedynie dalej gonić Zachód, budować infrastrukturę i dorabiać się. Kiedy zniesiono powszechny pobór wojskowy, odetchnąłem z ulgą – zniknął irytujący relikt minionych czasów. To poczucie zaczęło się kruszyć w 2014 r. – po tym jak Rosjanie zajęli Krym. Nagle na spotkaniach ze znajomymi zaczęły padać pytania: „Co byś zrobił, gdyby weszli tutaj? Wyjechałbyś? Został?”. Niby na żarty zaczęliśmy oceniać, kto ma lepiej rozmieszczoną sieć rodzinnych kontaktów („Rodzice w Rzeszowie? Uuu, niedobrze! Ja mam bezpieczną metę w Zielonej Górze. No i mieszkanie w Hiszpanii na oku”). Pełnoskalowa inwazja osiem lat później tylko wzmocniła ten efekt, wielka historia zatrząsła naszym wyobrażeniem o stabilnej przyszłości. Nie jestem skłonny do czarnowidztwa. Przekonują mnie eksperci podkreślający, że aby doszło do bezpośredniej agresji Rosji wobec Polski, musiałby zajść szereg nieszczęśliwych okoliczności: upadek Ukrainy jako suwerennego państwa uwalniający rosyjskie siły do dalszej ekspansji, erozja NATO, zgoda USA na poddanie Rosji największego kraju Europy Środkowej – miejsca amerykańskich interesów itd. Czy Moskwa, która od 10 lat nie jest w stanie zdobyć Donbasu, rzuciłaby wyzwanie największemu sojuszowi wojskowemu na świecie? To wszystko brzmi jak political fiction. Ale… Cóż, polityczne trajektorie,…
Redaktor miesięcznika "Znak", absolwent MISH UJ. Dr filozofii na podstawie pracy obronionej na Wydziale Filozoficznym UJ pt. "Bóg umarł. Dzieje i analiza pewnego filozoficznego wyroku śmierci"