Wylatują nam z głowy treści dziecięcych rozmów. Pozostaje jednak smak pieczonych ziemniaków lub lodowatej wody, czerpanej w upalny dzień ze studni czy strumienia, albo słodki aromat poziomek, malin lub borówek zjadanych prosto z krzaka.
W ostatnich latach, kiedy w Polsce na sile przybiera dyskusja na temat walki ze smogiem lub dewastacji środowiska naturalnego poprzez kolejne nieprzemyślane inwestycje, wracam do polskiej literatury: pamiętników, wspomnień, poezji, prozy pełnych opisów wspaniałej przyrody, która przeminęła równie bezpowrotnie jak inne elementy przedwojennego czy tużpowojennego świata. Czytając je, uświadamiam sobie, że świat, w którym żyjemy: przemysłowej uprawy rolnej i masowej produkcji żywności, jest zjawiskiem stosunkowo nowym. Nasi dziadkowie i pradziadkowie żywili się zazwyczaj tym, co sami wyhodowali lub kupili od rolnika, piekarza czy drobnego sklepikarza. Dziś powrót do zakupów lokalnych produktów, wprost od wytwórcy jest znacznie droższym rozwiązaniem niż wybór wysokoprzetworzonych towarów.
Po publikacji encykliki Laudato si’pojawiły się w Polsce wątpliwości dotyczące niespożywania mięsa: czy dla chrześcijan to opcja, czy etyczny nakaz? Podobne pytania zadawano w kwestii ochrony przyrody i troski o wszelkie stworzenie: czy mamy się troszczyć również o polne kwiaty i zamieszkujące łąki żuki oraz ślimaki? Czy warto przywracać na nasze stoły zapomniane gatunki warzyw lub ziół? Refleksja etyczna, jakiej poddawany jest wpływ człowieka na środowisko naturalne, staje się dziś coraz bardziej poważna i powszechna przede…