Minął już półmetek pierwszej kadencji Donalda Trumpa na stanowisku prezydenta. Gdy wygrał wybory, wielu komentatorów twierdziło, że Gabinet Owalny chłodzi gorące głowy. Czy z perspektywy ponad dwóch lat można powiedzieć, że Trump się uczy, jak rządzić najważniejszym krajem świata?
To zależy, jakiego chcielibyśmy mieć ucznia, ale porównując go z innymi prezydentami, widać, że Trump się nie uczy. Najlepszym dowodem jest ciągła wymiana kadr w Białym Domu, która mimo upływu czasu się nie zatrzymuje, a nawet przyśpiesza. Kluczowym światowym dyplomatom trudno prowadzić rozmowy z Waszyngtonem, bo nie wiadomo, z kim tam rozmawiać – zawsze istnieje obawa, że jakiś amerykański urzędnik zamierza lada dzień odejść lub Trump chce go wyrzucić. 45. prezydent USA ma trudności ze zrozumieniem, że krajem nie zarządza się tak samo jak dużą firmą, że wszystko, co zrobi, odbije się echem na całym świecie, a konsekwencje będą znacznie większe niż w przypadku prowadzenia biznesu.
Czyli nic nie wskazuje na to, by nastąpiła stabilizacja?
Jeśli ta polityka się stabilizuje, to w tym, co w niej złe.
Odbieramy go często jako klauna, koncentrujemy się na tweetach, wpadkach, ale czy w ten sposób nie tracimy z pola widzenia istoty polityki Trumpa? Być może z jego działań wyłania się jakaś szersza koncepcja? Zacznijmy od polityki międzynarodowej.
Istnieje coś takiego jak strategia szaleńca, który podejmuje działania nieprzewidywalne, co z kolei zmusza innych politycznych aktorów do ustępowania mu ze strachu. I można byłoby uznać, że w szaleństwie Trumpa jest metoda, pod warunkiem, że na arenie międzynarodowej Stany Zjednoczone zaczęłyby odnosić sukcesy. Tymczasem jest inaczej. Weźmy Koreę Północną – Trumpowska strategia umożliwiła pierwszy szczyt z Kim Dzong Unem, ale już drugi zakończył się zupełnym niepowodzeniem: nic nie ustalono, Trump wyszedł ostentacyjnie przed czasem, a według licznych doniesień Koreańczycy przygotowują się do kolejnych testów rakiet. Z kolei zerwanie przez niego porozumienia nuklearnego z Iranem pokazało Pjongjangowi, że gdy ustąpi, to podobnie jak Iran zostanie ostatecznie z niczym.
Trump nie ma więc żadnej koncepcji polityki zewnętrznej? Niektórzy twierdzą, że widzi on świat jako Hobbesowską walkę wszystkich ze wszystkimi. Trochę jak w biznesie.
W myśleniu Trumpa o stosunkach międzynarodowych jest miejsce na sojusze, ale nie na rozbudowane alianse wielostronne. Już dawno zapowiadał, że należy wycofać się z Północnoamerykańskiego Układu Wolnego Handlu (NAFTA) czy z Partnerstwa Transpacyficznego (TPP) i zamiast tego zawierać porozumienia dwustronne, bo łatwiej je kontrolować – w układach dwustronnych Stany Zjednoczone będą silniejszą stroną. Trump sprowadza świat do prostszych rozwiązań. Od początku nie ulegało wątpliwości, że Stany Zjednoczone Trumpa będą zmierzać ku modelowi ponowoczesnego izolacjonizmu, trwać w przekonaniu, że Waszyngton sam musi sobie radzić, sam musi ustalać reguły.
Taka wizja wyklucza funkcjonowanie Sojuszu Północnoatlantyckiego w dotychczasowym kształcie. Trump niejeden raz podważał jego sens. W styczniu „New York Times”, powołując się na rozmowy z wysokimi urzędnikami jego administracji, donosił, że wielokrotnie mówił on o konieczności wycofania Stanów Zjednoczonych z NATO.
Różni się w tym bardzo od swojego poprzednika. Barack Obama podkreślał nie tylko militarny wymiar NATO, ale też symboliczny – ma on łączyć kraje, które wyznają wspólne wartości. Wypowiedzi Trumpa czy ostatnio wiceprezydenta Mike’a Pence’a na lutowej Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium pokazują, że ich perspektywa jest inna: większy nacisk kładą na pieniądze, chcą, aby wszyscy ponosili proporcjonalne koszty udziału w NATO, a zwłaszcza wydatki z tytułu obecności wojsk amerykańskich na swoim terenie.
Z jednej strony rzeczywiście Amerykanie dopłacają – szacuje się np., że gdyby „urynkowić” pobyt wojsk USA w Niemczech, Berlin musiałby płacić Waszyngtonowi przeszło czterokrotnie więcej. Z drugiej jednak strony zastanawiam się, czy Trump nie ma problemu z myśleniem strategicznym, gdyż taniej dopłacać do wojsk broniących pokoju, niż prowadzić wojny.
Trump miałby rację, gdyby posiadał racjonalną wizję, zgodnie z którą wycofanie się wojsk amerykańskich z Niemiec czy Korei przyniosłoby Stanom Zjednoczonym jakąś korzyść.
Inną niż czysto merkantylną.
Tak. Bo tak jak Pan powiedział – koszty utrzymywania wojsk np. na Półwyspie Koreańskim będą znacznie niższe niż przywracanie tam stabilności po ewentualnym konflikcie. Dowodem są wojny w Iraku czy Afganistanie, koszty ich prowadzenia były niebotyczne. Trump patrzy na to jak na zysk krótkoterminowy – wycofanie wojsk sprawi, że nie trzeba będzie na nie łożyć. Ale już pomija potencjalne zyski długoterminowe. Przykładem niekoniecznie skutecznego sposobu myślenia są rozpętane przez niego wojny celne, choćby ta z Chinami.
Wojna z Pekinem toczy się od przeszło roku – jaki przyniosła efekt dla Waszyngtonu?
Odwrotny od zamierzonego: deficyt w bilansie handlowym dwóch państw rośnie, to rok do roku wzrost o kolejne 40 mld dolarów na niekorzyść Waszyngtonu. Tak, Amerykanie mniej sprowadzają z Chin, ale też mniej są w stanie eksportować. W podobnym duchu krytykował Trump amerykańsko-unijne relacje handlowe, a szczególnie stosunki z Niemcami. I co się okazuje? Deficyt handlowy Stanów Zjednoczonych zarówno z całą Unią Europejską, jak i z samymi Niemcami też się powiększył. Tu wychodzi słabość rozumowania Trumpa: wydaje mu się, że podwyższanie ceł ochroni amerykański rynek i zwiększy wewnętrzną produkcję, ale to tak nie działa.
W przypadku Chin jednak wielu komentatorów przyznaje, że Trump być może podejmuje nieudolne działania, ale jego odruch jest słuszny – krótko mówiąc, rozumie, że to ostatni dzwonek, aby zmienić reguły gry, odejść od liberalnych reguł światowych stosunków gospodarczych i uniemożliwić Chinom zastąpienie Stanów Zjednoczonych na pozycji światowego hegemona.
Na to jest już za późno. Stany Zjednoczone – i tu nie można mieć pretensji do Donalda Trumpa – przegapiły moment, kiedy mogły jeszcze swoją hegemoniczną pozycję obronić. Obecne działania Trumpa to krzyk rozpaczy. Do tej pory Amerykanie mieli nad Chińczykami jedną ogromną przewagę: technologiczną. Dziś widać, jak Pekin rozwinął badania naukowe w wielu dziedzinach, jak licznych specjalistów sprowadził…
I jak kradł technologie.
Oczywiście, ale szpiegostwem w tym zakresie zajmuje się każdy. Również Amerykanie. W konsekwencji Chińczycy są nie do zatrzymania, bo mają już własne technologie, w tym kosmiczne – na ten moment gorsze, ale z czasem osiągną amerykański poziom. Chiny potrzebują pięciu lat, by stać się najsilniejszą gospodarką na świecie. Pekin ma poza tym różne przewagi nad Waszyngtonem: np. nie musi myśleć o cyklu wyborczym.
Chińczycy podkreślają, że trudno im rozmawiać z demokratycznie wybranymi przywódcami, bo za kilka lat zastąpią ich inni i trzeba będzie wszystko ustalać od nowa. Amerykanom trudniej planować na wiele lat naprzód. Spójrzmy więc na politykę zagraniczną 45. prezydenta w inny sposób: czy dostrzega Pan jakieś sukcesy Trumpa?
Tak – za osiągnięcie uznałbym zaangażowanie USA w walkę z tzw. Państwem Islamskim. Sukces ten nie jest jednak jednoznaczny i ostateczny, np. obalenie Muammara Kaddafiego w 2011 r. nie doprowadziło przecież do ustabilizowania sytuacji w Libii.
Patrząc szerzej na Bliski Wschód, Stany Zjednoczone w ciągu prezydentury Trumpa ponoszą szereg porażek: umacniają się Iran i Rosja, konflikt izraelsko-palestyński jest coraz dalszy od rozwiązania. Ciekawy jest przykład Izraela, bo mówi się często, że Trump chce prowadzić politykę zagraniczną jak biznes, ale za uznanie Jerozolimy stolicą Izraela zupełnie nic nie zyskał w zamian. Zresztą Trump biznesmenem też był kiepskim.
Lista strat okazuje się długa. Rosja wciąż rozpycha się w Syrii, jest na Krymie, Chińczycy umacniają się na Morzu Południowochińskim, koszty wspierania Arabii Saudyjskiej są wysokie, USA są coraz słabsze nawet w zachodniej hemisferze, w Ameryce Łacińskiej. Dziś w kryzysie wenezuelskim Waszyngton nie odgrywa decydującej roli.
Można więc powiedzieć, że Trump przyczynił się do destabilizacji świata?
Na pewno zrezygnował z roli jego stabilizatora. Świat stał się bardziej nieobliczalny, trochę jak tweety Donalda Trumpa. Amerykański prezydent wycofuje się z programów pomocowych, programów wymiany edukacyjnej i kulturalnej. Przykładów jest całe mnóstwo. Trudno powiedzieć, że Trump Trumpem, a USA dalej funkcjonują tak jak dawniej.
To ciekawe, szczególnie w kontekście sytuacji wewnętrznej. Gdy czyta się książkę Boba Woodwarda Strach. Trump w Białym Domu, czytelnika ogarnia niepokój, ale wielu komentatorów podnosi również, że mimo wszystko Stany Zjednoczone mają zbyt silne instytucje, rzesze urzędników, aby sam prezydent był w stanie całkowicie zdestabilizować działanie kraju. Krótko mówiąc: czy gdy odejdzie Trump, państwo szybko wróci na dawne tory?
W polityce zagranicznej Trump ma większe możliwości działania niż w polityce wewnętrznej, w kraju łatwiej można blokować decyzje prezydenta. Wydaje się więc, że tak, państwo może wrócić na dawne tory, choć niektóre rzeczy trudno odkręcić, np. obniżenie przez Trumpa podatków dla wielkiego biznesu. Prezydent nie rozmontuje amerykańskiego systemu, ale może sprawić, że kraj straci kilka lat, a przy dzisiejszym tempie rozwoju świata te lata mogą być trudne do odrobienia.
Mówi Pan o obniżeniu podatków dla wielkich firm. W USA rosną nierówności społeczne, kurczy się klasa średnia, CNN donosi, że 40 mln Amerykanów żyje w biedzie. Według badań Oxfordu we wszystkich krajach rozwiniętych 13,8 mln ludzi żyje w krańcowej biedzie, spośród których 5,3 mln to Amerykanie – przeszło co trzeci. Czytam Elegię dla bidoków J. D. Vence’a o życiu w Pasie Rdzy i jestem przerażony. W tym czasie Trump stara się utrącić Obamacare.
Działanie Obamacare już zostało mocno ograniczone, Trump ten program zmarginalizował.
Czym się kierował? Szerszą wizją amerykańskiego ładu, typowym republikańskim odruchem antysocjalnym czy chęcią zemsty na Baracku Obamie i zniszczenia jego dorobku?Nie wydaje mi się, żeby za tymi działaniami prezydenta stała szersza wizja. Na pewno wpisują się one w…