Subskrybuj
Publicysta katolicki, wieloletni redaktor „Znaku”, były prezes Klubu Chrześcijan i Żydów „Przymierze”.

O możliwości wiary w Kościół i jego świętość

Jaka będzie przyszłość Kościoła w Polsce, jeśli będzie on wolał wylewać łzy z powodu „ataków na Kościół” i „prób zohydzenia chrześcijaństwa”, a nie przyjmie do wiadomości, że – w jego własnych strukturach – dochodziło do poniżania obrazu Boga, jakim jest każdy człowiek?

Wierzę w (…) święty Kościół. „Naprawdę w to wierzysz?!” W ostatnich tygodniach nagabywano mnie w ten sposób kilkakrotnie, a ci, którzy mi takie pytanie stawiali, najczęściej w ogóle nie oczekiwali odpowiedzi, było to bowiem w ich mniemaniu pytanie retoryczne.

Celem pytań retorycznych bywa skłonienie rozmówcy do przemyślenia swoich przekonań, motywacji czy argumentów. Spróbuję zatem kwestię ewentualnej świętości wspólnoty eklezjalnej, do której należę, raz jeszcze przeanalizować, żeby na nowo uzasadnić „nadzieję, która jest w nas”: ludziach wyznających swą wiarę w „święty Kościół”.

Jaka świętość?

Jak mówi teolog Walter Kasper, kiedy podczas liturgii recytujemy Credo albo prywatnie odmawiamy modlitwę „Wierzę w Boga”, nie zastanawiamy się zazwyczaj, „jak mało oczywista, co więcej, jak osobliwa stała się dla nas dzisiaj ta wypowiedź. Ta osobliwość nie dotyczy jedynie świętości Kościoła, którą czasem tylko z trudem można rozpoznać za uwikłaniami w sprawy tego świata czy za pojedynczymi skandalami. Ma ona charakter o wiele bardziej zasadniczy i dotyczy tego, co święte, oraz Świętego par excellence”. I dalej: „W znacznym stopniu utraciliśmy znajomość tego, co święte”, zaś sama świętość zaczęła nam się kojarzyć głównie z bezgrzesznością, nienagannością moralną, która w tym kontekście jest jednak czymś wtórnym. Świętość w znaczeniu moralnym jest bowiem – powinna być! – owocem spotkania z przemieniającą wszystko (i apelującą do ludzkiej wolności) świętością Boga.

Nie sądzę, by autorzy starożytnego Składu Apostolskiego, formułując wyznanie wiary w świętość Kościoła, mieli na myśli jego bezgrzeszność, etyczną doskonałość. Zbyt żywa była ich pamięć o grzechach Dwunastu, którzy tworzyli pierwszy Kościół: o zdradzie Judasza, zaparciu się Piotra, toczonych przez Jakuba i Jana sporach o pierwszeństwo w Królestwie Bożym czy wreszcie o braku solidarności z tłumami, które zewsząd garnęły się do Jezusa – jak np. wtedy gdy apostołowie chcieli odprawić zgłodniały tłum, ażeby ludzie sami poszukali sobie czegoś do jedzenia. Zdaniem papieża Franciszka w tym egoistycznym dążeniu do zabezpieczenia swoich potrzeb i obojętności wobec losu osób spoza grona uczniów Chrystusa można dostrzec korzeń klerykalizmu.

Historycy przypominają również, że zawarta w wyznaniu wiary „prawda o świętości Kościoła została sformułowana w czasach, kiedy szczególnie dotkliwie cierpiał on z powodu niedoskonałości i grzechu swoich członków”.

Ta ułomność wspólnoty wiernych wydawała się wtedy tak oczywista, że Ojcowie Kościoła, mówiąc o Eklezji, nazywali ją „nierządnicą” (casta meretrix), co prawda obmytą już przez krew Chrystusa, ale wciąż jednak podobną do kobiety uprawiającej w przeszłości nierząd.

Owszem, bywały i głosy przeciwne. Począwszy od ruchu montanistów w II w. po Chr., co i rusz pojawiali się w dziejach Kościoła radykałowie, którzy nie widzieli w nim miejsca dla grzeszników – i domagali się, by ich z Kościoła usuwać. Przedstawicieli takich ruchów uznawano jednak – konsekwentnie – za heretyków.

Powtórzę zatem: nie wydaje mi się, by autorzy Składu Apostolskiego w formule wyrażającej świętość Kościoła dostrzegali jego moralną doskonałość. Zbyt dobrze, w moim przekonaniu, znali Biblię, w której słowo „święty” (hebr. kadosz) oznacza przede wszystkim radykalną inność, rodzaj „zanurzenia” w Bogu, który jest „sam jeden Święty”, bycie Jego szczególną – oddzieloną od wszystkiego – własnością.

Jak piszą autorzy popularnych słowników biblijnych, „z racji powołania Izraela (…) i on nosi przydomek »święty«. W Nowym Testamencie święty jest przede wszystkim Jezus. Przymiot ten odnosi się również do ludu Bożego [tzn. Kościoła – J.P.]. Paweł nazywa często chrześcijan »świętymi«, co wynikało nie tyle z rozważania świętości pod kątem widzenia moralno-etycznego, co z aspektu świętości Boga i ścisłej więzi z Nim wszystkich chrześcijan” (H. Langkammer).

Oto na czym polega świętość Kościoła, którą codziennie wyznaję. My, chrześcijanie, winniśmy na nią patrzeć przez pryzmat Pisma Świętego: zarówno Pierwszego (Starego), jak i Nowego Testamentu. I tak, z pełnym przekonaniem, możemy modlić się słowami psalmu: „Jesteśmy Jego własnością, Jego ludem, owcami Jego pastwiska” (Ps 100, 3), i wierzyć, że Kościół jest święty, bo Wcielony Syn Boży Jezus Chrystus powołał go i „umiłował jako oblubienicę swoją, siebie samego zań wydając, aby go uświęcić” (Lumen gentium 39). Obiecał też, iż pozostanie z nim na zawsze, „aż do skończenia świata”.

Z czasem coraz bardziej powszechna stawała się świadomość świętości Kościoła wynikająca również z obecności w nim – i ciągłej aktywności – Ducha Uświęciciela; dalej: z faktu, że w Kościele sprawowane są sakramenty święte i trwa lektura Pisma (podejmowana nie tylko indywidualnie, ale we wspólnocie wiary i strumieniu Tradycji); wreszcie: ze specyficznej – poniekąd prorockiej i kapłańskiej, nauczającej i uświęcającej – roli odgrywanej przezeń w skali całego świata. Funkcja ta, polegająca m.in. na przypominaniu wymogów płynących z Ewangelii i byciu drogowskazem dla ludzkości, jest niezwykle istotna mimo grzechów pojedynczych członków Kościoła, a nawet całych jego struktur.

Ratowanie reputacji Kościoła

Nie wiem, kiedy – w kaznodziejstwie i tzw. potocznym myśleniu – zaczęto mylić świętość Kościoła (tzn.: bycie oblubienicą Chrystusa i narzędziem zbawienia świata) z jego moralną nienagannością, teologowie zaś poczęli czynić subtelne rozróżnienia pomiędzy socjologiczno-społecznym a ontycznym i sakramentalnym rozumieniem Kościoła. W pierwszym ujęciu musimy wprawdzie brać pod uwagę grzeszność ludzi współtworzących ziemskie oblicze Kościoła (i ich mozolną oraz pełną upadków drogę ku osobistej świętości, rozumianej jako bycie pełnym miłości), jednak w ujęciu drugim Kościół, zwany też „mistycznym ciałem Chrystusa”, ukazuje się – wzorem swego boskiego Założyciela – jako wolny od wszelkiej zmazy grzechu.

W ten sposób w teologii pojawiła się piękna skądinąd fraza mówiąca o „świętym Kościele grzesznych ludzi”. Mamy w niej do czynienia z nie-świętymi (tj. niedoskonałymi) osobami, które jednak – pomimo grzechu – tworzą świętą (tj. „czystą i nieskalaną”) wspólnotę eklezjalną. Tego od wieków uczy nas rzymskokatolicki Kościół, mówiąc o sobie, że jest „święty, chociaż w swoim łonie obejmuje grzeszników” (Paweł VI, Wyznanie wiary Ludu Bożego, podkreśl. moje – J.P.). W określeniach tych wyraźnie, moim zdaniem, widać próbę utożsamienia świętości Kościoła jako takiego (ale nie tworzących go ludzi!) z doskonałością.

Zastanawiam się, po co w ogóle takie utożsamienie przeprowadzono. Chyba po to, by – w oczach wiernych – ratować reputację Kościoła i uwolnić go od odpowiedzialności za zło popełniane przez jego członków. A także: ażeby stępić ostrze krytyki formułowanej pod jego adresem. Trudno mi w tym miejscu nie przypomnieć słynnego i przywoływanego często przez kaznodziejów powiedzenia Matki Teresy z Kalkuty, która – pytana o to, co jest złego w Kościele – mówiła: „ja i ty”.

Dziś odpowiedź ta wydaje mi się dalece niewystarczająca. Co więcej, zgadzam się w tej kwestii z wybitnym teologiem Hansem Küngiem, który już wiele lat temu pisał, iż rzetelne i uczciwe myślenie o grzechu w Kościele nie może ograniczyć się do rozważania win jego pojedynczych członków. „Chodzi [bowiem] nie tylko o zawodność ludzkiego indywiduum jako takiego, lecz także o nieludzkość wielu struktur kościelnych, a nawet o zło przewyższające zawodność indywiduum w żądzy władzy, którą można określić jako demoniczną i która musi wręcz prowadzić do wypaczenia tego, co chrześcijańskie”.

Struktury złaKiedyś sądziłem, że tego rodzaju rozważania o „demonicznej żądzy władzy” w łonie Kościoła dotyczyć mogą jedynie jego historii. Obecnie, kiedy na „ciele” Kościoła pęka kolejny wrzód, czuję się autentycznie zgorszony. I to nie tylko grzechem „ludzkiego indywiduum”, ale i „nieludzkością struktur”: zmową milczenia, tuszowaniem skandali, przenoszeniem sprawców, przedkładaniem dobra instytucji ponad dobro człowieka, kwalifikowaniem przestępstw seksualnych jako przypadków łamania celibatu oraz szóstego przykazania z jednoczesnym „zapomnieniem” o krzywdzie i cierpieniu ofiar, wreszcie nadużywaniem władzy… O strukturach grzechu mówił niegdyś papież Jan Paweł II, a my – słuchacze jego homilii i czytelnicy jego tekstów – już wtedy zastanawialiśmy się, czy ta kategoria, opisująca świat polityki i biznesu, może mieć zastosowanie także i do Kościoła. Całkiem niedawno – w wywiadzie przedrukowanym przez „Tygodnik Powszechny” – rzecz tę jednoznacznie i przekonująco rozstrzygnął bp Heiner Wilmer z Hildesheim: „W Kościele jako wspólnocie istnieją »struktury zła«”. I dalej: „W tym przypadku [chodzi o przestępstwo pedofilii – J.P.] zło…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Migawki z frontu