Nowe wydanie książki Kościół kobiet rozpoczynasz od uwagi, że już 40 lat temu, czyli na początku pontyfikatu Jana Pawła II, amerykańskie zakonnice z przesłania o godności i szacunku dla każdej osoby ludzkiej wyprowadziły konieczność włączenia kobiet we wszystkie posługi Kościoła. Na tej samej stronie wspominasz jednak, że gdy zaczynałaś pisać, katolickie feministki protestowały w Watykanie, domagając się od Franciszka, by przełożone żeńskich zakonów miały – obok biskupów – głos na synodzie o Amazonii. Czy w ciągu tych 40 lat coś się w kwestii kobiet w Kościele zmieniło?
Niestety, niewiele. Pielgrzymowanie pod zamknięte drzwi Watykanu po to, żeby spotkać się z innymi katolickimi feministkami, to wciąż podobne doświadczenie dla kolejnych pokoleń kobiet. Z jednej strony, gdy demonstrowałam razem z innymi przed wejściem na synod, czułam ekscytację, byłam w końcu z kobietami z całego świata, miałam wrażenie siły i myślałam sobie: musimy ich przekonać, chodzi o coś ważnego, trudno odmówić nam racji. Z drugiej strony, znając historię ruchu kobiecego w Kościele, wiedziałam, że już w latach 90. siostry zakonne protestowały. Miał wówczas miejsce synod poświęcony życiu konsekrowanemu i nikt ich nie zaprosił. Też stały na placu św. Piotra. 25 lat później mamy podobne postulaty i nikt nas nie słyszy. Pamiętam również, że były już większe mobilizacje, jak np. w Baltimore w 1978 r., gdzie podczas drugiego zjazdu Women’s Ordination Conference zebrało się ok. 2 tys. katolickich kobiet, których postulaty zostały kompletnie pominięte. W konsekwencji widzę rozziew między sprzyjającymi okolicznościami, jakie na początku zdawał się tworzyć pontyfikat Franciszka, a bardziej ponurą diagnozą, którą postawiłam na kartach książki.
Oprócz paru nominacji dla kobiet w urzędach watykańskich znaczących zmian w Kościele do dziś nie widać.
Przypomnij, proszę, jak przebiegała ta najnowsza historia kobiecego ruchu w Kościele.
Fala pierwszej feministycznej energii pojawiła się jeszcze przed Janem Pawłem II, a pontyfikat Wojtyły ją wygasił – choć oczywiście nie tylko on. Mocne zaangażowanie kobiet wywołało Vaticanum Secundum.
Sobór sam w sobie nie był szczególnie inkluzywny dla kobiet. Ta historia została dobrze udokumentowana. Jedna z badaczek zrekonstruowała obecność kobiet na nim, znajdując jego uczestniczki w różnych częściach świata. Były to przede wszystkim z jednej strony aktywne charytatywnie żony arystokratów oraz z drugiej uformowane już w nowszym modelu trzydziestoparoletnie działaczki głównie z Ameryki Płd. i krajów Beneluksu. Gdy pisała swoją książkę, część z nich już nie żyła, a te, które w czasie Soboru były młodymi dziewczynami, mówiły po latach, że nie chcą o Soborze rozmawiać, bo było to jedno z najbardziej traumatycznych doświadczeń w ich życiu. To niesamowite, ponieważ wyrastaliśmy w przekonaniu, że Vaticanum Secundum to było wielkie otwarcie, uwspółcześnienie, na zdjęciach biskupów z całego świata czuć było moc powszechnego Kościoła. To jednak klasyczne spojrzenie, jesteśmy przyzwyczajeni, że nie ma tam świeckich, a wśród nich kobiet. Gdy dostrzeże się ten brak, pojawia się pytanie: dla kogo ten Sobór był? Oczywiście to były inne czasy, niemniej o kobietach – prócz 23 obserwatorek późno, bo dopiero dzięki naciskom na Pawła VI, doproszonych – w ogóle wówczas nie pomyślano.
Po Soborze zrodziły się jednak ich nadzieje.
W Polsce ze względów politycznych nie czuliśmy tych nadziei zbyt mocno.
Może z wyjątkiem środowiska „Tygodnika Powszechnego”, „Znaku” i KIK-ów. Natomiast w amerykańskich parafiach śledzono, o czym się dyskutuje podczas Soboru na poziomie parafii. To zupełnie inne doświadczenie. Zachodziło ono równoległe do rozwoju ruchów pokojowych i walczących o prawa obywatelskie. Energia się kumulowała, oczekiwania też.
Ruch katolickich kobiet zaczął się od intuicji, że można dyskutować o wprowadzeniu diakonatu kobiet. Potem pojawiło się trochę osób zainteresowanych pomysłem kapłaństwa kobiet i rama dyskusji się przesunęła. W latach 1975–1976 katoliczki zaczęły się organizować, dominowały Amerykanki, ale do Baltimore przyjechały już przedstawicielki ruchów z Francji i Hiszpanii. Nie było wówczas wiadomo, dokąd to doprowadzi, ale było jasne, że można o nowych zadaniach kobiet w Kościele rozmawiać, że można stawiać dotyczące ich pytania.
W Kanadzie biskupi sami zachęcali kobiety do dyskusji, pytali je o oczekiwania. W poł. lat 70. Paweł VI po raz pierwszy wypowiedział się na temat kapłaństwa kobiet, ucinając jednak taką możliwość. To był cios dla działaczek, stało się jasne, że posoborowa zmiana w Kościele nie będzie tak wielka, jak oczekiwano.
Jej wygaszanie w stosunku do kobiet dokończył Jan Paweł II, ogłaszając na początku lat 90. List apostolski „Ordinatio sacerdotalis”. O udzielaniu święceń kapłańskich wyłącznie mężczyznom. Dlatego przez katolickie feministyczne działaczki pontyfikat polskiego papieża został zapamiętany jako czas, gdy skończyła się życzliwość dla podnoszonych przez nie tematów. Właściwie trzeba było zejść do podziemia. Kościół się zatrzymał, nie potrafił zareagować na dokonującą się wokół niego emancypację kobiet.
Pontyfikat Benedykta XVI stanowił w tym zakresie kontynua cję, bo przecież jeszcze jako szef Kongregacji Nauki Wiary Ratzinger aktywnie dyscyplinował feministyczne teolożki. Kłopoty z jego kongregacją miały siostry Jeannine Gramick, Margaret Farley i Elizabeth A. Johnson. Ogólna atmosfera była zresztą taka, że w uprawianiu teologii instytucjonalnej nie można sobie było pozwolić na zbyt wiele. A te dwa pontyfikaty to bardzo długi okres, ponad 30 lat. Dla ruchów kobiecych nie było wówczas przestrzeni.
A przecież był Wojtyła niejednokrotnie kojarzony z otwarciem na nowe tematy, np. dialog międzyreligijny czy teologię ciała.
W latach 60. i 70. świat bardzo przyspieszył i to, co jednym wydawało się nowe, dla innych szybko stało się reakcyjne. Tina Beattie pisze w książce New Catholic Feminism, że antropologia zaproponowana przez Wojtyłę to ewidentnie sposób na skanalizowanie feminizmu, jakaś na niego odpowiedź – ale nie na pytania, jakie feminizm rzeczywiście stawiał. Myślenie Jana Pawła II mocno na Kościele zaciążyło – nie tylko na polskich biskupach. Franciszek powtarza jego słowa, gdy mówi o potrzebie napisania kobiecej teologii. Słysząc to, katolickie feministki łapią się za głowę, bo, po pierwsze, naprawdę wyprodukowano już bardzo dużo tekstów i nie wydaje się, by ktoś je w Watykanie przeczytał. Zamiast tworzyć nowe, wystarczy zapoznać się tym, co napisano przez ostatnich 50 lat. A, po drugie, dlaczego potrzeba nam kobiecej teologii? Może konieczna jest raczej nowa antropologia? Jest mnóstwo tematów, które powinny zostać przemyślane. Przywołana już Beattie stwierdziła w rozmowie do mojej książki, że marzy jej się Kościół, który powie, że jest tyle nowych spraw, iż on nie będzie się przez chwilę wypowiadać, najpierw trochę pomyśli. Zastanówmy się, co wiemy dziś o człowieku i co chcemy o nim powiedzieć światu w świetle ewangelii. Bo zazwyczaj, jak pojawiają się nowe trendy, Kościół ma od razu gotową odpowiedź: inni nie mają racji.
I nie chodzi tylko o te lub inne tematy, liczy się też styl. Dyskusję można zamknąć na różne sposoby, ale Paweł VI i Jan Paweł II nie podjęli rozmowy – oni orzekli, co jest słuszne. I to ad hoc, zwłaszcza Paweł VI, który zabrał głos nie w reakcji na postulaty kobiet, lecz na fakt dopuszczenia święceń kobiet w Kościele anglikańskim. Nie było miejsca na autentyczną rozmowę. Trochę na zasadzie: powiedzmy jak najszybciej cokolwiek, by zamknąć sprawę. To nie jest uczciwe.
Przypomniałaś mi słowa Patty Crowley, które znalazłem w Twojej książce: „Tęsknię za Kościołem, który jest uczciwy w swoim nauczaniu”. Napisała je odnośnie do encykliki Humanae vitae z 1968 r. Podtrzymany w niej zakaz stosowania antykoncepcji szedł na przekór rekomendacji wypracowanej przez Patty i Patricka Crowleyów oraz innych członków Papieskiej Komisji ds. Regulacji Poczęć. Było to dla nich zaskoczeniem, poczuli się zdradzeni.
W tym kontekście chciałem zapytać o Franciszka. Wydaje się, że otworzył on możliwość dyskusji, ale w książce powtarzasz jego słowa współbrzmiące z tymi, które kiedyś wypowiedział Ratzinger: „Nie da się załatwić wszystkiego naraz”.
Tę samą myśl można dostrzec w dokumencie Franciszka po synodzie o Amazonii. Zabrakło w nim tego, o czym dyskutowano, czyli dużej uwagi, jaką poświęcono duszpasterskiej roli kobiet, jakkolwiek byśmy ją definiowali. Powołano co prawda komisję ds. diakonatu kobiet, ale poprzednia, utworzona w 2016 r., dopiero co zakończyła działanie, nie przyniosła żadnych rozstrzygnięć. Znów trzeba poczekać, first things first. Pojawia się pytanie, dlaczego ponad połowa Kościoła ciągle nie może stać się pierwszą sprawą. Jedna płeć decyduje, co jest dla katolików pilne.
Oczywiście rozumiem, że są inne ważne sprawy: ocieplenie klimatyczne, głębokie rozwarstwienie społeczne, migracje, ale temat kobiet spina je wszystkie – ma związek z ekologią, biedą, uchodźcami – to kobiety najczęściej są najsłabszym ogniwem tych procesów, biednymi biednych tego świata.
A Franciszek mówi tak w czasie, gdy kolejne pokolenie kobiet przeżywa rozczarowanie, rezygnując z głębszego zaangażowania, bo nie widzą dla siebie przestrzeni w Kościele.
Wspomniani Crowleyowie tworzyli idealną katolicką rodzinę, wychowali razem 14 dzieci, kilkoro zaadoptowanych, a ich zdanie w sprawie antykoncepcji, potwierdzone ankietami wypełnionymi przez inne małżeństwa, uznano za bezwartościowe. Kościół udawał, że prowadzi dyskusję, ale ostatecznie rozstrzygnął po swojemu. Hipokryzja, która spotkała Crowleyów, powtarza się do dziś. Przykładem jest choćby Marie Collins zaangażowana przez Franciszka do Papieskiej Komisji ds. Ochrony Nieletnich. Złożyła rezygnację, gdy okazało się, że ta instytucja właściwie nie działa. Ten gest powinien zostać odebrany jako alarm, a papież jedyne, co wówczas powiedział, to, że bardzo ją kocha, ale na punkcie odpowiedzialności biskupów za krycie przestępstw seksualnych duchownych ma ona obsesję. Na litość boską, trudno jej nie mieć, jak się było molestowaną przez księdza. Ten styk z instytucjonalnym Kościołem nadal jest raniący.
Lecz czy przez tych 40 lat nie dokonało się nic dobrego? Choćby to, że postulaty katolickich feministek upowszechniły się i społecznie nie budzą już tak wielkich kontrowersji?
Mam znajomą pastorkę, która gdy przychodziła na spotkanie gminne w swoim mieście w północnej Polsce, musiała tłumaczyć, że nie jest z katolickiej parafii, że Watykan nie zezwolił jeszcze na kapłaństwo kobiet… To żart. A poważnie, to w społeczeństwie na pewno nastąpiło duże przesunięcie, jeśli chodzi o tematy feministyczne. Widać to nawet w popkulturze. Starsze feministki mogą się zżymać, że odzieżowe sieciówki robią koszulki z napisem: I am a feminist, ale to pokazuje trend. Niemniej to zmiana przede wszystkim poza Kościołem.
Gigantyczną rolę w organizowaniu się katolickich feministek na pewno odgrywa Internet. Widzę różnicę nawet między sytuacją obecną a tą sprzed pięciu lat, gdy pisałam pierwsze wydanie Kościoła kobiet. Taka aplikacja jak WhatsApp niesłychanie przyspiesza komunikację między działaczkami na całym świecie. A nie mówię już o tym, jak to wyglądało w przeszłości. Przeglądałam archiwum kobiecej sekcji Teologów Trzeciego Świata, komórki funkcjonującej przy Światowej Radzie Kościołów. Ręcznie pisane listy, potem maszyny i kalki, trud przygotowania paneli na kongresy globalne. Ile kosztowało kilka minut połączenia telefonicznego między Indiami a resztą Azji? Dziś zorganizowanie wideokonferencji na Zoomie zajmuje chwilę i nic nie kosztuje.
Tylko czy Internet nie sprawia też, że rzeczywistość „światowa” i kościelna się rozchodzą? Sama mówisz, że kobiety odchodzą, czują się rozczarowane…
Tak, ale jednocześnie możesz znaleźć swój klan, grupę, która cię rozumie, ma podobne odczucia. Choćby teraz, w Niedzielę Wielkanocną, spotkałyśmy się online z kobietami z całego świata na wspólnej liturgii przygotowanej przez Catholic Women’s Council wokół postaci Marii Magdaleny i muszę przyznać, że było to doświadczenie piękne i przejmujące.
W tym kontekście myślę, że czas pandemii jest ciekawy dla wszystkich ruchów reformy Kościoła. Jeszcze nigdy tak duża liczba osób nie doświadczyła tego, że ma się sprawczość w życiu religijnym i obrzędowym, i to we własnym domu. Przyglądam się Żydom, zwłaszcza reformowanym, którzy mają poczucie, iż rytuał należy do ludzi, a nie ludzie do rytuału. Rodzice modlą się z dziećmi i tłumaczą im, że tę modlitwę czytamy, ale tej już nie, bo jest seksistowska i nie zgadzamy się, by odmawiać ją u nas w domu. Katolicy nie mają takiej śmiałości, zwyczajowo to ksiądz przewodniczy modlitwom, a teraz pojawił się pretekst, by to zmienić. Pytanie, ile możemy wziąć w swoje ręce, co z tego doświadczenia zostanie, czy to nie zwiększy jeszcze naszych apetytów na zmianę.
Być może przeżywamy w czasie pandemii zarazem przyspieszone upodmiotowienie wiernych i sekularyzację. Podejrzewam, że wiele osób może już do kościołów nie wrócić. Z kolei kto wróci, zostanie przy komunii na rękę – będzie stał przed księdzem wyprostowany, nie na klęczkach. To symboliczna zmiana. Dochodzi do tego kwestia finansowa: gdy w kościele nie ma wiernych, nie ma też składek.Zauważyłam, że na stronach internetowych parafii pojawiły się numery kont z prośbą o darowizny, bo trzeba wypłacić pensje, uregulować rachunki itd. Sposób sformułowania tych komunikatów – przynajmniej tych, które widziałam – był typowo kościelny: nie wiadomo w ogóle, o pensje dla jakich pracowników chodzi… Pomyślałam sobie: „Jakie to nieprzekonujące!”. Cały świat prosi teraz o pieniądze, ale poważni organizatorzy zbiórek przejrzyście formułują to, czego potrzebują, a następnie rozliczają się z uzyskanych wpłat. Nadchodzi…