W młodości Stefan kształcił się na inżyniera. Wkrótce po wojnie uzyskał dyplom na Politechnice Warszawskiej i zaraz podjął pracę: w Ursusie, potem w warsztacie samochodowym rychło zlikwidowanym, by ostateczne wylądować na ultrasocjalistycznej budowie „Mincówki”, czyli gmachu ministerstwa przemysłu. Tam zetknął się z absurdami socjalistycznej gospodarki i biurokracji, ale także z pracą fizyczną, z robotnikami, z konkretem zwykłego życia i to wyznaczyło jeden z obszarów jego późniejszej działalności, w którym zajmował się pracą od strony teoretycznej i praktycznej. Podobnie jak ks. Tischnera pasjonował go „dialogowy” charakter pracy, lecz zajmował się też bezrobociem i bezrobotnymi, pomocą dla nich przez parafie, instytucje kościelne i powstające od początku lat 90. organizacje pozarządowe, uczestniczył we wprowadzeniu do Polski Towarzystwa Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych i w innych przedsięwzięciach związanych z tzw. ekonomią społeczną.
Jednak drugim nurtem – a może pierwszym – było dla Stefana życie duchowe, do którego się wdrożył w gimnazjum oo. Marianów, a potem kontynuował w Sodalicji Mariańskiej, szukając inspiracji poprzez kontakty z zakładem w Laskach, podczas rekolekcji u jezuitów i u benedyktynów tynieckich. I bodaj ci ostatni najsilniej go naznaczyli. Nie jest rzeczą przypadku, że dziś Stefan spoczywa na tynieckim cmentarzu. Tu leżą jego mistrzowie i przyjaciele, wśród których spędził najbardziej twórczy czas swego życia – Jerzy Turowicz, Hanna Malewska, Mieczysław Pszon, Tadeusz Żychiewicz, Marek Skwarnicki i wielu innych z kręgu „Tygodnika Powszechnego” i Znaku. Ale chyba ważniejsze jest, że Stefan pełnymi garściami – i całą duszą – zaczerpnął z duchowości i stylu benedyktynów.
Można śmiało powiedzieć, że pochodzące od św. Benedykta proste, a zarazem jakże wymagające wezwania stały się jego życiowymi drogowskazami, którym pozostał wierny na zawsze. Ora et labora – módl się i pracuj; ordo et pax – ład i pokój.
Modlitwa i praca, porządkowanie życia wewnętrznego w przestrzeni wiary i w płaszczyźnie intelektu, a zarazem takie porządkowanie świata, żeby panował w nim pokój.
Pokój, który w rozumieniu Stefana jest przeciwieństwem martwej ciszy: stanem dynamicznym, nieustanną możliwością rozwoju i postępu. Pokój, który daje szansę na prawdziwe spotkanie, na rzeczywisty dialog, tzn. na realną wymianę wartości i wzajemną gotowość na ich przyjęcie, niebędący usiłowaniem przekonania za wszelką cenę do własnych racji czy erystyczną szermierką.
Ora et labora, ordo et pax. Ale też inne składniki benedyktyńskiego stylu były mu bliskie. Św. Benedykt pragnie „nawilżać duszę rosą łaski”, inaczej niż św. Ignacy Loyola, który, jak Stefan powtarzał za wybitnym benedyktynem, o. Piotrem Rostworowskim – pracował nad duszą za pomocą „elektrowstrząsów”. Stefan przyjął jako swój własny ten łagodny, cierpliwy, benedyktyński sposób. Benedyktynom także zawdzięczał szacunek dla tradycji, który nie ma nic wspólnego z tradycjonalizmem, a jest gotowością powracania do korzeni, do zawsze żywych i czystych źródeł tryskających z Ewangelii i z apostolskich początków Kościoła.
Powrót z krainy filozofów
W latach 50. z jednej strony zniechęcony do „realnego socjalizmu”, a z drugiej posłuszny zarówno swej fascynacji problemami pracy, jak i duchowemu nurtowi życia Stefan Wilkanowicz postanowił wykształcić się filozoficznie oraz teologicznie więc zapisał się na KUL. Gorliwiej niż metafizykę klasyczną studiował tam personalizm Emmanuela Mouniera i o jego koncepcji emancypacji klasy robotniczej napisał pracę magisterską, szukając odmiennej od marksistowskiej odpowiedzi na nurtujące go pytania.
Zanim to nastąpiło, czekało go kilkumiesięczne ważne doświadczenie więzienne w związku z procesem Sodalicji, z którego jednak szczęśliwie wyszedł bez wyroku, a tylko z zakazem mieszkania w Lublinie. Jednak to studia – chociaż kończone w trybie zaocznym – dały Stefanowi okazję do wykonania następnego kroku, decydującego o dalszym jego życiu. Mianowicie przyjął propozycję Jacka Woźniakowskiego, wykładającego na KUL-u, który złożył mu ofertę pracy w miesięczniku „Znak”. Z tego mniej więcej czasu datują się i moje pierwsze wspomnienia związane ze Stefanem. Otóż z moim ojcem w towarzystwie dwóch złowionych przez niego na KUL-u utalentowanych absolwentów tej uczelni, Krzysztofa Kozłowskiego i Stefana Wilkanowicza, i wspólnie z Janem Józefem Szczepańskim, spędziliśmy tydzień w schronisku w Dolinie Chochołowskiej, zażywając uroku wiosennej turystyki narciarskiej w Tatrach Zachodnich.
###banner###
W latach 60. Stefan dużo pisywał w „Znaku”, rozliczając się poniekąd ze swoją dotychczasową drogą i szukając nowych ścieżek. Pisał zatem o Mounierowskim personalizmie, o przeszkodach, jakie „mentalność techniczna” stawia życiu religijnemu, ale też o tym, jak ewangelizować ludzi zawodów technicznych. Opublikował szereg rozważań na tematy religijne, które później złożyły się na książkę Dlaczego i jak wierzę. Pisał o Soborze, który podobnie jak dla wszystkich ludzi środowiska Znaku, był jego ogromną nadzieją i pasją. Przez kilka lat był też sekretarzem „Tygodnika Powszechnego”, w którego redakcji, jak mówił ks. Adam Boniecki w homilii podczas mszy odprawionej z okazji 85-lecia Stefana, „był osobliwym zjawiskiem. Zawsze redaktorem zaangażowanym w coś. Nie obserwatorem tylko, zaangażowanym jedynie w pisanie. Irytował, bo życie okazywało się różne od redakcyjnych wizji. Zmuszał do korygowania wizji przez wprowadzanie poprawki na rzeczywistość. Był obecny w mnóstwie wydarzeń. Obecnością autorską”.
Tę „poprawkę na rzeczywistość” Stefan wprowadził bardzo wcześnie. W artykule pt. Powrót z krainy filozofów z 1961 r. pisze, że „dziś potrzebujemy przede wszystkim »filozofii żywej«, »filozofii losu ludzkiego«. Potrzebujemy bardziej rozważań o postępowaniu człowieka niż precyzyjnie…