Pomimo chaosu i nieprzewidywalności pewne rzeczy okazują się na Filipinach nieuchronne. Nie chodzi tylko o to, że w tym kraju rozciągniętym na archipelagu ponad 7 tys. wysp między Tajwanem a Indonezją pewne jest, że co roku do końca listopada pojawią się tajfuny niszczące znajdujące się na ich drodze rachityczne domy zamieszkane przez ubogą część filipińskiego społeczeństwa. A rozwarstwienie społeczne jest tam olbrzymie i w cieniu drapaczy chmur liczbą zawstydzających Warszawę znajdują się slumsy, w których żyją ponad 4 mln ludzi. Nie chodzi też o to, że bez względu na sytuację materialną tłumy niechybnie będą brały udział we wzniosłych procesjach, jak to się dzieje, odkąd 501 lat temu na wyspę przybył Magellan i potem na archipelagu, będącym hiszpańska kolonią, katolicyzm stał się ważnym elementem lokalnej tożsamości.
Pewne rzeczy wydają się nieuniknione nawet w chimerycznym i pełnym gwałtownych zwrotów życiu politycznym Filipin. Są tacy, dla których od dawna było oczywiste, że Ferdinand Marcos junior prędzej czy później zostanie prezydentem, co ostatecznie ziściło się w ostatni dzień czerwca bieżącego roku. Nowy prezydent nie wziął się znikąd. Wywodzi się z klanu mającego przemożny wpływ na życie polityczne Filipin po uzyskaniu przez nie niepodległości w 1946 r. Różne dynastie polityczne odcisnęły swoje piętno na historii Filipin, ale trudno znaleźć inny klan (może oprócz rodu Aquino), bez wspominania którego nie da się opowiedzieć dziejów tego kraju.
U władzy
Ferdinand Marcos jr. powszechnie znany jest jako Bongbong. Takie pseudonimy będące przejawem skracania dystansu w sferze publicznej to nic dziwnego w kraju, który po zwycięstwie Amerykanów nad Hiszpanią stał się w 1898 r. na niemal pół wieku jedyną prawdziwą jankeską kolonią i inspirował się zwyczajami imperium.
Bongbong urodził się 13 września 1957 r., dwa dni po 40. urodzinach ojca, po którym jako pierworodny syn otrzymał imię. Ferdinand Marcos był wtedy doświadczonym parlamentarzystą z ośmioletnim stażem w filipińskiej Izbie Reprezentantów. Już dziadek aktualnego prezydenta zasiadał w parlamencie i Ferdinand Marcos senior był tak silnie przekonany, że reprezentowanie Ilocos Norte, regionu na samej północy Filipin, jest mu pisane, że 21 września 1935 r., dzień po przegranych wyborach, miał zastrzelić swojego kontrkandydata, Julia Nalundasana. Krążą różne przypuszczenia dotyczące przyczyn, dla których sąd najwyższy zmienił wyrok sądu okręgowego i uniewinnił ojca Bongbonga, ale faktem jest to, że ta decyzja otworzyła mu drogę do kariery politycznej po zakończeniu wojny.
Marcos, jako sprawny mówca, z wykształcenia prawnik, podkoloryzował swój udział w antyjapońskim ruchu oporu w trakcie II wojny światowej i od 1949 r. stał się etatowym reprezentantem Ilocos Norte. Kiedy Bongbong miał dwa lata, jego ojciec został senatorem, a kolejne trzy lata później przewodniczącym senatu, co dawało dobrą pozycję do walki o prezydenturę. Tę ostatecznie udało się zdobyć w 1965 r. Politycznym talentom Ferdinanda Marcosa niewątpliwie pomógł urok Imeldy, jego żony i matki Bongbonga. Piękna była miss Manili na wiecach wyborczych przygotowywanych według wskazówek amerykańskich specjalistów od wizerunku śpiewała dla wyborców rzewne pieśni i swoimi wystąpieniami przemieniała wydarzenie stricte polityczne w opowieść o szczęśliwym społeczeństwie rządzonym przez zdolnego przywódcę z oddaną żoną, trochę jak w Ameryce Kennedych.
Przez cztery lata kadencji Marcos senior pamiętał, aby nie stracić zaufania głosujących na niego najbiedniejszych obywateli, nie popełnił żadnego kompromitującego błędu i korzystał z dobrodziejstw zielonej rewolucji, która pozwoliła Filipinom zostać ważnym eksporterem ryżu. Dzięki temu jako pierwszy polityk w historii Filipin został wybrany na drugą kadencję. W ten sposób umocnił pozycję, obsadzając swoimi ludźmi kolejne stanowiska, a jednocześnie rozsmakował się we władzy i nabrał przekonania o własnej wyjątkowości. Taki splot czynników musiał prowadzić do prób zachowania władzy wbrew konstytucji, zgodnie z którą niemożliwa byłaby trzecia kadencja prezydenta. Pretekstem stał się sfingowany zamach na zaufanego ministra obrony, Juana Ponce Enrilego, który odegra jeszcze istotną rolę w opowiadanej tu historii. 21 września 1972 r., niedługo po 15. urodzinach Bongbonga, Marcos wprowadził stan wojenny i przejął pełnię władzy w kraju.
#3
Zasadom narzuconym przez Marcosa i jego zaufanych wspólników – nazywanych roleksową dwunastką od zegarków, które mieli dostać od prezydenta – nie wszyscy się podporządkowali. Jednym z pierwszych aresztowanych spośród opozycjonistów był senator Benigno Aquino – również warte zapamiętania nazwisko – punktujący różne decyzje Marcosa jeszcze przed stanem wojennym. Od końca lat 60. coraz bardziej radykalizowała się młodzież studencka i po wprowadzeniu stanu wojennego, kiedy ograniczona została wolność słowa i zaczęły się masowe aresztowania, w siłę zaczęła rosnąć partyzantka organizowana przez Komunistyczną Partię Filipin. Z powodu braku możliwości legalnej krytyki poczynań administracji Marcosa do partyzantki dołączały nawet osoby nieidentyfikujące się z ruchem komunistycznym i 200–300 osobowa grupka rebeliantów urosła ponadstukrotnie. W tym katolickim kraju zdarzali się też księża chcący walczyć z dyktatorem i dzięki temu rozkwitała filipińska wersja teologii wyzwolenia. Na domiar złego Marcos bardzo zaognił relacje z mniejszością islamską na południu Filipin, dokonując masakry całego oddziału muzułmańskich rekrutów, którzy odmówili wykonania jednego z rozkazów. W konsekwencji wybuchła regularna wojna domowa. Wojsko podległe prezydentowi przez część lat 70. nie panowało nad sporymi obszarami terytorium Filipin kontrolowanymi przez rebeliantów, a do tego w miastach wybuchały podkładane przez nich bomby. Jednocześnie niezależni dziennikarze i krytycy dyktatora znikali w tajemniczych okolicznościach.
Marcos przedstawiał się jako przywódca próbujący przywrócić porządek na Filipinach. Sprytnie przekonywał Amerykanów, że chroni kraj przed komunistyczną rebelią, i w ten sposób wyciągał od nich coraz większe środki na zbrojenie i inwestycje. Poza tym ustawienie się w roli amerykańskiego sojusznika w geopolitycznym konflikcie z blokiem komunistycznym zapewniało Marcosowi pobłażliwość Amerykanów wobec jego działań mających na celu koncentrację władzy i eliminację przeciwników politycznych. Szacuje się, że w okresie jego dyktatury więziono i torturowano przynajmniej 50 tys. osób, a ponad 3 tys. zginęły w niewyjaśnionych okolicznościach. Do tego trzeba jeszcze dodać ofiary konfliktów z muzułmańskimi separatystami i komunistycznymi rebeliantami, których liczba przekroczyła 200 tys.
Równocześnie Marcos robił, co mógł, aby zapracować na miano najbardziej skorumpowanego dyktatora świata. Szacuje się, że przywłaszczył sobie ponad 10 mld dolarów. Wiele mówiący jest pod tym względem przykład budowy elektrowni atomowej na Filipinach. Pierwotnie zakładano, że będzie ona kosztować do 700 mln dolarów. Ostatecznie wydatki trzykrotnie przekroczyły planowane koszty, a budowa nie została ukończona. Na łapówkach bogacili się wszyscy ludzie Marcosa, ale przede wszystkim on sam i jego rodzina.
Imelda Marcos już po śmierci męża miała z rozbrajającą szczerością stwierdzić, że „jeżeli wiesz, ile masz pieniędzy, to nie jesteś bogaty. Ja nie jestem świadoma rozmiarów mojego bogactwa. Tak zamożni jesteśmy”.
W kraju, gdzie wiele osób chodziło bez butów, do rangi symbolu urosła kolekcja 3 tys. par obuwia żony dyktatora. Ekscentryczne wydatki tłumaczyła tym, że biedni i spracowani Filipińczycy kochają piękno i mają prawo podziwiać ze slumsów swoją pierwszą damę.
###banner###
Rozwojowi Filipin nie pomagało również to, że Imelda Marcos nie tylko zajmowała się kupowaniem kolejnych strojów, dzieł sztuki i nieruchomości, ale angażowała się też w politykę. Pół biedy, że w pełni ufający żonie Marcos wysyłał ją w różne misje dyplomatyczne i w jego imieniu rozmawiała z Kaddafim czy nawiązywała relacje ze Związkiem Radzieckim, aby wywrzeć presję na Amerykanach. Gorzej, że we władzach Manili i potem w rządzie męża odpowiadała za realizację flagowych projektów, takich jak Kulturalne Centrum Filipin, które samo w sobie było wyrazem megalomanii i rozrzutności, a do tego budowa wielkich gmachów pozwalała ukryć koszty w postaci łapówek. Coraz bardziej zadłużana gospodarka filipińska musiała popaść w kryzys. Marcos starał się temu zaradzić, wysyłając Filipińczyków do pracy na zagraniczne kontrakty. Rozpoczął w ten sposób globalne zarobkowanie rodaków znających nieźle angielski w spadku po amerykańskim okresie kolonialnym. Obecnie ponad 2 mln filipińskich pielęgniarek, opiekunek do dzieci, marynarzy i budowlańców jest rozsianych po całym świecie.
Wygnanie
Kiedy Imelda Marcos w młodości przybyła z prowincji do Manili, zaopiekował się nią odległy krewny z zamożniejszej rodziny – Benigno Aquino, znany jako Ninoy. Ten sam, który później jako senator został uwięziony przez jej męża po wprowadzeniu stanu wojennego. Najsłynniejszy więzień polityczny Filipin spędził w odosobnieniu osiem lat, ale po zawale serca uzyskał – za pośrednictwem Imeldy – zgodę na wyjazd do Stanów Zjednoczonych na operację. Obiecał jej za to, że już nie pojawi się na Filipinach. Jednak w 1983 r., po okresie wypełnionym licznymi spotkaniami z filipińską diasporą, Ninoy postanowił wrócić, zakładając, że co najwyżej zostanie ponownie uwięziony. Deklarując w jednym z wywiadów, że „Filipiny warte są śmierci”, nie spodziewał się pewnie, że zostanie zastrzelony przez ludzi Marcosa już na obstawionej przez wojsko płycie lotniska, zaledwie po zrobieniu kilku kroków na filipińskiej ziemi. Wtedy jeszcze Marcos utrzymał władzę, ale wobec dramatycznego spadku zaufania i bierności stłamszonego społeczeństwa postanowił rozpisać wybory prezydenckie. Chciał w ten sposób zyskać legitymizację obywateli i coraz bardziej krytycznych amerykańskich sojuszników. Zakładał, że skoro jego ludzie liczą głosy, to niewiele ryzykuje. Tym bardziej, że przeciwko niemu wystartowała Corazon Aquino, która nie miała doświadczenia politycznego i sama o sobie mówiła, że jest gospodynią domową. Jednak tak naprawdę była kimś znacznie ważniejszym – wdową po zamordowanym senatorze, symbolem, wokół którego zjednoczyła się cała demokratyczna opozycja.
I znowu wszystko potoczyło się tak, jak nikt się nie spodziewał, chociaż z perspektywy czasu widać, że inna sekwencja wydarzeń była niemożliwa. Po wyborach z 1986 r. ludzie Marcosa, nie zważając na wyniki, szybko ogłosili zwycięstwo urzędującego prezydenta. Opozycja na podstawie danych dostarczanych przez urzędników krytycznych wobec dyktatora nie uznała takiego rezultatu. Okazało się, że od jakiegoś czasu ferment narasta także w wojsku i dowódcy wojskowi negatywnie oceniający politykę Marcosa zebrali się na terenie Manili. Dołączyli do nich zaufani dotąd ludzie prezydenta: Fidel Ramos, kuzyn Marcosa pełniący funkcję szefa specjalnych oddziałów policji, i Juan Ponce Enrile, minister obrony, który stanowił cel zainscenizowanego, jak sam potem przyznał, ataku mającego uzasadnić wprowadzenie stanu wojennego. Jednak uwadze Marcosa nie umknęła ich aktywność i zaczął ściągać do stolicy zaufane oddziały. Wojna domowa mogła wybuchnąć w każdym momencie. W takiej sytuacji charyzmatyczny kard. Jaime Sin na antenie katolickiego radia wezwał wiernych do wyjścia na ulice Manili. 22 lutego 1986 r. setki tysięcy nieuzbrojonych świeckich i duchownych obywateli rozdzieliły dwie grupy wojskowych. Śpiewano, rozmawiano, odmawiano różaniec. Z biegiem czasu do protestujących zaczęły dołączać kolejne grupy żołnierzy. Ponoć niemal 30-letni wówczas Bongbong doradzał ojcu, aby przeprowadził atak na zbuntowane jednostki pomimo obecności cywilów. Marcos, widząc olbrzymią mobilizację społeczną, po trzech dniach zdecydował się skorzystać z propozycji azylu na Hawajach, którą Stany Zjednoczone złożyły mu, aby nie musiał bronić się wszelkimi dostępnymi środkami.
Te dramatyczne wydarzenia, które bez rozlewu krwi doprowadziły do obalenia dyktatury Marcosa, nazywane są czasami rewolucją różańcową, ale na Filipinach częściej mówi się, że to była po prostu Rewolucja Siły Ludu.
Na stanowisko prezydenta Filipin została zaprzysiężona Corazon Aquino. W ten sposób opisywana przez Samuela Huntingtona trzecia fala demokratyzacji wyniosła na fotel prezydenta pierwszą kobietę w Azji. Nie miała łatwego zadania, ponieważ wiele grup zaczęło brutalnie…