W okresie gdy przygotowywaliśmy do druku najnowsze wydanie miesięcznika „Znak”, nie słabła dyskusja na temat postawy Karola Wojtyły jako krakowskiego metropolity w stosunku do księży, którzy dopuszczali się przemocy seksualnej wobec nieletnich. Rzecz nabrała znaczącego kontekstu, kiedy media podchwyciły rozpowszechniane (najprawdopodobniej nie bez udziału chińskich służb) nagranie ze spotkania Dalajlamy z młodymi podopiecznymi indyjskiej fundacji charytatywnej. Jeden z obecnych na spotkaniu chłopców zapytał Dalajlamę, czy może go przytulić. Ten zaprosił chłopca na scenę, a następnie pocałował dziecko w usta i poprosił, by possało mu język. Stąd już tylko krok do wniosku, że nawet tak ceniąca pokój i szacunek religia jak buddyzm nie jest wolna od nadużyć seksualnych i przemocy. A nadmierne przecenianie autorytetu może prowadzić do aprobaty nagannych zachowań ze strony duchowych przewodników. Co dziwne, sytuacja nie tylko nie wzbudziła w uczestnikach wydarzenia oburzenia, ale wręcz została odebrana jako zabawna.
Daleka jestem od porównywania gwałtów lub molestowania dokonywanych w ukryciu i otoczonych przymusem milczenia od oburzającego nas gestu wykonanego publicznie. Skłonna jestem do pewnego stopnia uznać wyjaśnienia osób zaznajomionych z realiami azjatyckiej kultury, które podkreślają, że te zachowania nie miały kontekstu seksualnego. Chłopiec zapytał, czy może się przytulić, a został wciągnięty w – jak twierdzą eksperci – „zabawę”, której niekoniecznie się spodziewał. Mimo tych wyjaśnień pozostają we mnie pytania.
Czy nie istnieje pewna miara wrażliwości i empatii, która jest niezależna od kontekstu historycznego i kulturowego? Czy naczelną zasadą każdej religii nie jest unikanie zła?
Czy nie powinniśmy wymagać od przywódców…