Pierwszy typ to zwykle wypad do jakiegoś europejskiego miasta, do którego solennie się przygotowuję, podczytując książki flaneurów-erudytów takich jak Zbigniew Herbert czy Ewa Bieńkowska, a ich opinie i obserwacje po pewnym czasie zaczynam powtarzać jako własne. Liczą się wówczas przede wszystkim kościoły i muzea, place i pałace, no i jeszcze starannie wyszukane wcześniej knajpki i restauracje. W drugim przypadku małą walizeczkę na kółkach wymieniam na plecak; w wyjeździe-przygodzie najważniejsze są ruch, zmienność, przypadkowe spotkania i miejsca, o których wcześniej niekoniecznie się słyszało. Trzeci wreszcie typ to wyjazd do miejsc oswojonych, zwykle nieodległych, gdzie można szybko wejść na trajektorię wypoczynku, bo wiadomo, gdzie dają dobre pierogi, a gdzie wypożyczają kajaki. Takim miejscem „total relaxu” jest dla mnie nieodmiennie Zwierzyniec na Roztoczu w czasie sierpniowej Letniej Akademii Filmowej. Już wiem, że znów – jak co roku – na rowerach pojedziemy odwiedzić stadninę konika polskiego, a nocą będziemy oglądać Perseidy nad Stawami Echo.
Choć pragnienie oddechu i odpoczynku istniało zawsze, to „wczasy” są późnym wynalazkiem. Jak pisze w tekście otwierającym Temat Miesiąca Magdalena Czubaszek, w świecie przednowoczesnym nie było niczym zwyczajnym (ani możliwym) ruszanie się gdzieś daleko od domu tylko po to, by zaraz do niego wrócić. Forsowne górskie wędrówki albo sporty ekstremalne wydałyby się naszym przodkom chyba kolejnym obciążeniem, a nie formą…