27 lat później tata dzwoni do mnie, bo nie potrafi sobie poradzić z konfiguracją profilu na Facebooku. Internet i media społecznościowe znacznie go wyprzedziły. Zatrzymał się w świecie, gdzie komputer był narzędziem do pisania i szybkiego porządkowania danych liczbowych.
Tego typu przykłady można łatwo mnożyć. Dobrze ilustrują różnice międzypokoleniowe. Ja – milenialska – jeśli działanie jakiegoś sprzętu nie byłoby dla mnie intuicyjne, poszukałabym odpowiedzi w wyszukiwarce internetowej, mój brat – zetka – najpewniej zapytałby ChataGPT. Mój tata – przedstawiciel generacji X – bez większego namysłu sięga po telefon. Musi zapytać bliskiego człowieka.
A teraz drugi obrazek: jest kwiecień 2020 r. Zlękniona samotnym przebywaniem w Krakowie wracam w rodzinne strony ze względu na trwającą pandemię COVID-19. Robię coś, przed czym wzbraniałam się od momentu pójścia na studia: znów zamieszkuję w domu swojego pochodzenia. Pomagam rodzicom nauczycielom w rozpracowaniu systemu zdalnej edukacji, a oni wspierają mnie w przekierowaniu uwagi z lęku na codzienne czynności. Są wspólne posiłki, praca w ogrodzie, układanie puzzli. Bywa całkiem przyjemnie, bywa też dość nieznośnie.
To również typowy obrazek z tamtego okresu. Rodziny zamknięte pod jednym dachem. Właśnie wtedy – być może wynika to z lęku i silniejszej potrzeby zakorzenienia – jakoś mocniej niż zwykle zaczynam czuć: to z nich jestem. Wyciągam z szafy tubę z wyrysowanym w czasach szkolnych drzewem genealogicznym. Dopytuję rodziców i jedynej żyjącej jeszcze babci, szukam w internetowych archiwach, uzupełniam luki. Zamiast powtarzać: „Nie będę moimi rodzicami”, przyglądam się temu, co od nich wzięłam:…