Pytali o mające nadejść narodziny mojego pierwszego dziecka, a ja konsekwentnie odpowiadałem, że na nic się nastawiam, bo też nigdy wcześniej nie znalazłem się w roli rodzica.
Moje życie skończyło się wraz z narodzinami syna. Wyjście do kina albo na piwo? Książka do poduszki? Może za trzy lata. Jak w Innych pieśniach Dukaja: uległem deformacji i ulepieniu na nowo. Oczywiście przebrnąłem przez liczne parentingowe publikacje, w tym te genderowo sprofilowane na przyszłych tatów. Rynek jest olbrzymi, żaden wydawca ani autor nie odkrył kamienia filozoficznego matki czy ojca, bo by przestał robić pieniądze na dobrych radach – metodami rodzicielskimi, jak właściwie każdą wellbeingową treścią, zarządza cykl koniunkturalny. Stoczyłem szereg rozmów z zaprzyjaźnionymi ojcami. Najwięcej rozmawiałem z moją żoną, której przygotowanie do tematu stanowiło dla mnie krynicę mądrości. Lecz w pamięci szczególnie utkwiło mi zdanie jednego z kolegów, który zapytany o rodzicielską metodę („rodzicielstwo bliskości”, „zimny chów”, a może jeszcze coś innego?), szczerze i z przekąsem odpowiedział: „Stary, zapomnij”. Wypływałem na nieznane wody. Oczekując przyjścia na świat tej tabula rasaw rozmiarze średnio 3,5 kg, 55 cm, sam byłem jak niezapisana tablica,…