Mieszkam tu od 10 lat i znam już – przynajmniej z widzenia – wszystkich sąsiadów w kamienicy. Z niektórymi wpadamy do siebie na herbatę albo na mecz, z innymi wymieniamy się tylko uwagami o pogodzie na klatce schodowej. Zachodzimy razem na targowisko, do warzywniaka pana Henia i rzutkiej pani Eli, po górskie sery od Marysi, do budki z nabiałem „Jogurcik”. Tam spotykam też znajomych z osiedlowej grupy, z którą gram w koszykówkę. Zauważyłem, że sobotnie wyjście na targ bywa przedsięwzięciem na poły przynajmniej towarzyskim, nawet jeśli wymieniam z napotkanymi osobami jedynie kilka słów.
W pewnym stopniu doświadczam zjawiska scharakteryzowanego przez Susan Pinker w książce Efekt wioski. Amerykańska psycholożka opisywała małą miejscowość na Sardynii, której mieszkańcy cieszą się niesłychaną długowiecznością – dożywając nawet 100 lat. Jednym z wyjaśnień – obok kwestii genetycznych i klimatycznych – jest to, że łączy ich sieć pozytywnych relacji: z sąsiadem, sprzedawcą czy listonoszem.
Te codzienne small talki o błahych sprawach zachęcają do wyjścia z domu, wzmacniają dobre samopoczucie, a ostatecznie przyczyniają się do zdrowia i długiego życia.
Nie idealizuję mojej wioski. Czasem staje się utrapieniem, gdy sąsiad gawędziarz złapie mnie podczas drogi do pracy albo gdy zebrania wspólnoty mieszkaniowej zamieniają się w sejmik szlachecki, w którym każdy mieszkaniec musi wrzucić swoje…