Tak mogłaby brzmieć odpowiedź na wszystkie pytania postawione w psychologii. Sama usłyszałam ją kilkakrotnie, przeważnie wtedy gdy, jak mi się wydawało, najbardziej potrzebowałam prostego wyjaśnienia. Jednoznacznej odpowiedzi nie otrzymałam nawet wówczas, kiedy po kilkunastu miesiącach leczenia zapytałam psychiatrkę o to, jaką diagnozę postawiłaby z perspektywy czasu. Wyjaśniła wówczas, że na początku swojej pracy lekarskiej zapewne posłużyłaby się konkretną etykietą, dziś wie, że to droga na skróty i teraz, gdy mam się już lepiej, nie przywiązywałaby się przesadnie do rozpoznań wpisanych w kartę pacjenta po pierwszych wizytach.
Oczywiście diagnoza niejednokrotnie pełni ważną funkcję: pomaga opracować proces leczenia, otrzymać refundowane recepty i zwolnienia lekarskie, ułatwia komunikację między specjalistami, wreszcie – samym pacjentom często przynosi ulgę i poczucie, że to, z czym się zmagają, ma swoją nazwę, że istnieją ścieżki pomocy, które mogą im przynieść ukojenie. Zdarza się jednak, że diagnoza staje się całościowym opisem naszej osobowości, ma wyjaśniać wszystkie trudności i zachowania, ogranicza sprawczość, oddziela nas od innych i świata, zamiast prowadzić ku zdrowieniu. Skokowy wzrost liczby rozpoznań może sprawić, że grupa osób zdiagnozowanych będzie zbyt szeroka i różnorodna, w związku z czym uniemożliwi np. opracowanie skutecznego leczenia dla tych, których dotyczą ciężkie przypadki. Język psychologii przedostał się do codzienności, a w social mediach krąży mnóstwo treści, które sugerują nam ścieżkę (nie tylko psychiatrycznej)…