Subskrybuj
Absolwent politologii na UJ, b. pracownik Ambasady RP w Kuala Lumpur. W „Znaku” publikował m.in. reportaże z Azji Południowo-Wschodniej. Kazachstan odwiedził we wrześniu 2017 r.

Przyczajony tygrys

Parafrazując Charles'a de Gaulle’a można by rzec: „Ciężko jest rządzić krajem, na który składa się 17,5 tys. wysp”. Były producent mebli Joko Widodo udowadnia jednak, że pomimo skomplikowanej geografii i trudnej historii z umiarkowanym optymizmem można patrzeć w przyszłość młodej islamskiej demokracji.

Zgodnie z indonezyjską ordynacją wyborczą, kandydatów na urząd prezydenta mogą zgłaszać partie, które w ostatnich wyborach zdobyły ponad 25% głosów lub ponad 20% mandatów. Dlatego w lipcu 2014 r. do walki o najwyższy urząd w kraju wystartowały tylko dwie osoby. Z jednej strony reprezentant establishmentu, niegdysiejszy mąż córki obalonego w 1999 r. Suharto i gen. Prabowo Subianto. Z drugiej – nadzieja klasy średniej, były producent mebli, burmistrz Surakarty i gubernator Dżakarty Joko Widodo.

Jokowi, jak się go popularnie nazywa, w kampanii przed lipcowymi wyborami kreował się na człowieka spoza układów biznesowo-politycznych. Jego populizm był o tyle wiarygodny, że na każdym kroku podkreślał on zerwanie z bizantyjskimi obyczajami indonezyjskiej polityki i obiecywał nową jakość polityki. Jako gubernator stolicy przez dwa lata kładł nacisk na edukację i walkę z korupcją. Ruszył z budową od lat planowanej szybkiej kolei miejskiej MRT, wprowadził powszechne ubezpieczenia zdrowotne oraz system oceniania urzędników podług ich kompetencji i umiejętności. Za jego kadencji budżet stolicy zwiększył się o trzy czwarte. W kampanii prezydenckiej wykorzystywał też intensywnie media społecznościowe oraz przedkładał bezpośrednie spotkania z wyborcami nad partyjne wiece. Był przekonujący, jako gubernator lubił zakładać prosty strój i odwiedzać biedniejsze dzielnice miasta. Jokowi wygrał przewagą ponad 8 mln głosów. Konkurent złożył raport liczący 136 stron, próbując udowodnić, że przez nieprawidłowości stracił poparcie ok. 21 mln (!) osób. Jednak Sąd Konstytucyjny nie podzielił tych wątpliwości. Trzecie bezpośrednie wybory od czasu obalenia dyktatury przebiegły w zasadniczo pokojowej atmosferze, a w debatach koncentrowano się na polityce, a nie religii, co jest dużym osiągnięciem, jeśli weźmie się pod uwagę polityczną historię Indonezji. „Niespodziewany wzór demokracji” – komentował wybory rozentuzjazmowany „New York Times”.

 

W obliczu oczekiwań

we wrześniu 2014 r., dwa miesiące po wyborach prezydenckich parlament indonezyjski zniósł bezpośrednie wybory burmistrzów miast. „Elegia dla indonezyjskiej demokracji” – pisał „The Diplomat”. W kwietniu 2015 r. Filipiny i Australia żyły sprawą tzw. Gangu Dziewięciu z Bali, na których zamierzano wykonać wyrok śmierci za przemyt narkotyków. Manila była o tyle oburzona, że jedną ze skazanych okazała się młoda Filipinka Mary Jane Veloso, matka dwojga dzieci, której najprawdopodobniej podrzucono narkotyki. „Nie jestem tchórzem” – mówił po egzekucjach do swoich wyborców prezydent, który mierzył się z ogromną presją międzynarodową ze względu na prawo łaski, jakim dysponuje. W tym samym okresie wprowadzono prawo, mające „chronić moralność i kulturę społeczeństwa”, zgodnie z którym w małych sklepach[1] nie można kupić alkoholi mniej niż pięcioprocentowych. W maju zaś Dżakarta dołączyła do niechlubnego grona stolic, na które spłynęło oburzenie światowej opinii publicznej powodowane zawracaniem łodzi z uchodźcami z Mjanmy. Tak miała wyglądać ta obiecywana nowa jakość w Indonezji?

Analitycy skrupulatnie wyliczali, co musi zrobić Jokowi, by Indonezja w końcu wkroczyła na drogę stabilnego i długofalowego rozwoju. Lista była i właściwie nadal jest długa. Maria M. Wiharja z Centrum Studiów Międzynarodowych i Strategicznych na uniwersytecie w Indonezji nieco emfatycznie pisała o tym, że jeśli najludniejszy kraj Azji Południowo-Wschodniej, kluczowa oś w handlu zagranicznym, chce zostać liderem w Wieku Azji, musi „uporządkować dom”, czyli: stworzyć inkluzywne instytucje polityczne, zainwestować w edukację (obecnie na badania i rozwój przeznacza się 0,08% PKB), zunifikować system edukacji między prowincjami, skoncentrować politykę zagraniczną na kwestiach morskich (nielegalne rybołówstwo, słabość floty), pożegnać się z merkantylizmem i protekcjonizmem. Ten ostatni stanowi m.in. poważny problem na forum regionalnej organizacji regionalnej ASEAN, która pod koniec tego roku chce stworzyć Wspólnotę Ekonomiczną. „ASEAN jest niczym bez Indonezji i jeśli Dżakarta czegoś nie zmieni, to utkniemy” – tłumaczył na łamach „FT” Nazir Razack z malezyjskiego banku CIMB. Dla przykładu przywoływane są kolejne posunięcia rządu, blokujące dostęp do lokalnego rynku. „Przypomnieli sobie ostatnio o suwerenności” – powiedział mi polski dyplomata z Dżakarty, tłumacząc zamieszanie związane ze zniesieniem wiz dla Polaków[2].

Z kolei idee niezależności energetycznej i surowcowej mają właściwie ponadpartyjny konsensus. Prawie jedną piątą budżetu przeznacza się na dotacje do cen paliw. Mówienie o „paleniu pieniędzy” w tym kontekście jest jak najbardziej na miejscu. Gdyby zsumować wszystkie gospodarki ASEAN, udział Indonezji stanowi prawie 40%. Nic dziwnego zatem, że oczekiwania są wysokie. Niemniej Jokowi mówiący o obawach przed konkurencją z Singapuru, Malezji czy Tajlandii wyraża uzasadnione lęki większości społeczeństwa. W końcu gospodarka wolnorynkowa w Indonezji to jednak relatywnie młody twór.

Walka z reżimem

Na upadek dyktatury Suharto w 1998 r. miały wpływ liczne czynniki, wywołujące narastające niezadowolenie niemal wszystkich warstw społecznych. Po okresie wzrostu „na kredyt” z początku lat 90. przyszedł tajfun kryzysu azjatyckiego. Gdy premier Malezji wykłócał się z Georgem Sorosem o jego źródła, Indonezja przeżywała najgłębszą zapaść gospodarczą, jaką odnotowano na świecie po II wojnie. Bieda spadła do poziomu niezarejestrowanego od początku poprzedniej dekady. O ile rządowi w Malezji udało się przezwyciężyć trudności, o tyle Suharto był skompromitowany. Do tego doszła katastrofalna susza, podniesienie cen paliw, afery finansowe i – poniekąd – geografia.

Masakra w stolicy Timoru Wschodniego Dili z 1991 r., w której zginęło ok. 250 osób, nie była pierwszą zbrodnią reżimu Suharto na tym terenie. Terror w samym Timorze sięgał jeszcze połowy lat 70., kiedy to Indonezja, w obawie przed ruchem lewicowym, zajęła opuszczoną przez Portugalczyków kolonię, która cieszyła się niezależnością niecałe dwa tygodnie. Nie była to też zbrodnia największa – dość wspomnieć ludobójstwo na komunistach z lat 60., kiedy to wymordowano nawet 2 mln ludzi, przeważnie indonezyjskich Chińczyków[3]. Jednak dramatyczne wydarzenia z Dili okazały się ważne z innego powodu – materiały filmowe dokumentujące brutalność władzy dotarły do zagranicznych mediów, a potem, obchodząc cenzurę – do Indonezji. Obywatele mogli zobaczyć, jak naprawdę funkcjonuje ich rząd. Ujawnienie sposobów rozwiązywania problemów separatyzmu przez władze wpisywało się we wspomniany cykl wydarzeń generujących wzrost niechęci do rządzącego od 1966 r. Suharto. Z kolei ogłoszenie przez Timor niepodległości w wyniku referendum z 1999 r. spowodowało upadek Habibiego, następcy dyktatora (o ironio!), inicjatora referendum oraz buntu wojska, który doprowadził do kolejnego przelewu krwi w regionie. Zakończona ostatecznie sukcesem w 2002 r. walka narodowowyzwoleńcza Timoru Wschodniego zatem nie tylko ukazuje zbrodnie dyktatury Nowego Porządku i problemy młodej demokracji targanej niepewnością czasu transformacji oraz wzrostem przemocy, ale i wpisuje się w stałą historię napięć na linii centrum–peryferie. Patrząc na ogromną mapę Indonezji (kraj wraz z wodami zajmuje obszar Europy!), od razu rozumiemy dylemat działaczy niepodległościowych po II wojnie światowej: „Jak z tych 17,5…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Białoruś. Pobyt tymczasowy