Współpracownicy Antoniego Gołubiewa (ur. 1907) zapamiętali go jako mędrca, filar środowiska „Tygodnika Powszechnego” i Znaku, autora tekstów uznawanych za programowe. Takich choćby jak: esej Dlaczego jestem katolikiem? („Znak”, 1951), pisana po Październiku ’56 deklaracja ideowa Dlaczego bierzemy udział w sprawach politycznych? („TP”, 1957) czy pierwsza książka opublikowana przez nowo powstałe Wydawnictwo Znak – Listy do przyjaciela. Gdy chcemy się modlić (1959).
Gołubiew budził wielki szacunek, choć pierwsze wrażenie, jakie sprawiał, nie zawsze było korzystne. Pewien wyrafinowany i elegancki dżentelmen opowiadał o nim z niejakim zdziwieniem, które szybko przekształciło się w fascynację: „(…) w masywne cielsko, byle jak odziane, wrzucał mnóstwo śliżyków i innych smakołyków (…), a po całym dniu pracy łupił z zapałem w brydża. Nie mówił żadnym obcym językiem – tym bardziej zadziwiać mogły olśniewające jego przemyślenia tyczące na przykład polityki mocarstw”. Słuchanie go wymagało ogromnej cierpliwości. Wypowiadał się bowiem „z trudem. Sapał, milkł, przerywał sobie, robił dygresje, kołował – wspomina ks. Adam Boniecki. – Do tego mówił chwilami dosyć niewyraźnie i cicho. Początkowo wydawało się, że rodzące się w boleściach słowa i zdania są potwornie banalne, oczywiste, ale po chwili zaczynały się pojawiać ziarenka złota”. Z tego względu porównywano go nieraz do cietrzewia, „takiej wielkiej puszczańskiej kury, która grzebie w ziemi i wygrzebuje wielki kopiec piasku”. W piachu, w którym grzebał Pan Antoni, zwany przez przyjaciół Tolem, zwykle roiło się od grudek cennego kruszcu.
Nie były to „szkiełka” błyskotliwej erudycji, ale ziarna prawdy. W ich szukaniu Gołubiew był uczciwy aż do bólu. Tkwiła w nim istna obsesja prawdy. Hanna Malewska zapamiętała jego niepokój towarzyszący pisaniu tekstów: niemal nigdy nie był pewien „czy to przylega [już] do prawdy, czy jeszcze trzeba drążyć głębiej”. Nic dziwnego, że skory zwykle do kpin Kisiel w swoim Abecadle pominął milczeniem różne jego śmiesznostki i mówił…