Subskrybuj
Publicystka, wieloletnia redaktorka „Tygodnika Powszechnego”, w którym pełniła m.in. funkcje sekretarza redakcji i zastępcy redaktora naczelnego, członkini zespołu miesięcznika „Znak”. W latach 1989–1993 – posłanka na Sejm z ramienia Solidarności, a potem Unii Demokratycznej. Ostatnio opublikowała...

Coraz bliżej albo coraz mniej

Coraz mniej chodzi o Polskę, aż wreszcie przestajemy o niej mówić, myśleć, i troskać się, a nasz przekaz telewizyjny traci ostatnią rację swojego istnienia.

7 lipca 2017 r.

Cóż z tego, że (podobno?) przestaje być (dla młodych) bezwzględnie konieczny. Przekaz telewizyjny i tak pozostaje odbiciem równo­czesnym i równoległym dwóch tendencji: konfrontacji i przyspieszenia. Ale przecież konfrontacja powinna polegać na kontraście, a nie na zderzeniu racji. To zderzenie prowadzi nieuchronnie do opatrywania znakiem war­tości całego przekazu – od obrazu po rytm. I wtedy przekaz zamienia się w kłótnię, w której uczestnicy mówią do siebie nie tylko z głęboką pasją, pogardą czy wyższością, lecz po prostu równocześnie, nie ustępując, nie przestrze­gając żadnych reguł gry, nawet zasad kultury. Ale racja swoją siłę bierze ze świata wartości, a to już oznacza ni mniej, ni więcej, tylko wojnę. Na dłuższą metę konsekwencją staje się wtedy cenzura, we wszystkich możliwych wydaniach: od akceptacji kłótni (wyłączeniu podlega tylko ingerencja fizyczna), aż po cyniczne udawanie, że jest to dalej przekaz medialny. O per­spektywę i konsekwencje zdaje się nikt nie troszczyć.

8 lipca 2017 r.

Po co mi oglądanie kłótni medialnej? Wyłączyć przekaz to jakby wstać od stołu i zostawić skłóconych. Jeśli zostaję, to tylko gdyby chodziło o Polskę, a nie o kłótnie partyjne. A tymczasem coraz mniej chodzi o Polskę, aż wreszcie przestajemy o niej mówić, myśleć, i troskać się, a nasz przekaz telewizyjny traci ostatnią rację swojego istnienia. Przecież nie po to są telewizje i radia, by przekazy przeplatać bajeczkami reklamowymi.

Coraz głębiej wchodzimy w polsko-polski stan wojenny. Taka jest rzeczywistość. Operujemy w niej bez wahania imionami wartości („prawda”, „zwyciężymy”). Kiedy jest to fałsz świadomy, a kiedy tylko nieusprawiedliwiony? Nawet gdy zasłaniamy się imieniem „Polska”.

Od bardzo dawna tego słowa nikt nie ma prawa nadużywać. Ono dalej krzyczy swoją oczywistością. Czy potrzebny jest nam znowu Stanisław Wyspiański? To nie tylko kwestia prawidło­wego odegrania sceny rozmowy z Panną Młodą i najsłynniej­szego odkrycia: „A to Polska właśnie”? A to nie tylko Wesele. To także Wyzwolenie,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Wiara bez uprzedzeń. Homoseksualność a Kościół