Hannah Arendt, cytowana w tekście odredakcyjnym otwierającym marcowy temat miesiąca, twierdziła, że to nie człowiek, a ludzie zamieszkują nasz świat. To prawda, lecz to właśnie pojedynczy człowiek, a nie ludzkość w ogóle, może brać odpowiedzialność za kształt międzyludzkich relacji, a zatem również i wspólnot. Mając to na uwadze, chcę wskazać na kilka kontekstów, określających specyfikę polskiego sposobu rozumienia wspólnoty.
W PRL-u doświadczenie uczestnictwa realizowane było na dwa sposoby: z jednej strony – przez pryzmat przynależności do wspólnoty narodowej, z drugiej – przez pryzmat przynależności do wspólnot alternatywnych, czyli Kościoła, opozycji, niezależnej inteligencji. Wizja alternatywna budowana była w odniesieniu do prawdy: im bardziej ta pierwsza wspólnota opierała się na kłamstwie i przemocy, tym silniej te drugie doświadczane były jako miejsce wolności, prawa do bycia sobą, wzajemności, troski.
W dobie transformacji nie od razu pojawiła się świadomość, że odziedziczone sposoby myślenia o wspólnocie nie przystają do warunków demokratycznych. Bardziej oczywistą sprawą była nieufność wobec instytucji państwa, które są odpowiedzialne za kształtowanie więzi społecznych: a zatem szkół, wyższych uczelni, związków zawodowych, organizacji społecznych. To, co niepubliczne, ma się w Polsce całkiem nieźle, to, co publiczne, a zatem „państwowe”, wciąż jest przedmiotem sporów. Szkoła traktowana jest przez pryzmat PRL-owskich klisz: jako miejsce wsączania w dusze dzieci wrogiej propagandy (religijnej lub genderowej) oraz upowszechniające poglądy niespójne z przekazem domowym. A przecież, co pokazują doświadczenia tych placówek, w których rodzice włączyli się w proces budowania przestrzeni edukacyjnej, państwowe placówki pozostawiają ogromne możliwości dla…