Subskrybuj
Dziennikarz i publicysta, redaktor czasopisma „Kontakt. Magazyn Nieuziemiony” (www.magazynkontakt.pl), członek redakcji portalu ngo.pl oraz zarządu Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie. Zaangażowany w rozmaite akcje społeczne, przede wszystkim na rzecz osób w kryzysie bezdomności

Solidarność jest lepsza od pomagania

Co jakiś czas słyszę to samo pytanie: „Czy chrześcijanin ma obowiązek pomagać ubogim?”. Wydawałoby się, że odpowiedź nie jest wcale trudna. A jednak z tak postawionym dylematem od dawna mam problem – definicyjny. A nawet dwa. Jeden ze słowem „obowiązek”. Drugi – z „pomaganiem”.

Ten pierwszy jest mniejszy. Nie ma powodu, by obawiać się słowa „obowiązek” ani tego, co ze sobą niesie. Obowiązki są ściśle powiązane z odpowiedzialnością, a to, że chrześcijanin odpowiada nie tylko za samego siebie, ale także za otaczającą go rzeczywistość oraz innych ludzi, wydaje się truizmem. Można jednak przekonywać, że nie mówimy w takim razie o obowiązku, lecz o naturalnej konsekwencji przylgnięcia do Chrystusa, który utożsamił się z każdym człowiekiem, również, a może zwłaszcza, w jego biedzie, poniżeniu i cierpieniu. Z takiego punktu widzenia troska o ubogich nie jest obowiązkiem, ale naturalną konsekwencją przyjęcia Bożej miłości, która uzdatnia i wzywa nas, by się nią dzielić. Podobnie dla katolika uczestnictwo w niedzielnej mszy świętej nie musi być obowiązkiem, tylko potrzebą. Niech jednak pierwszy rzuci kamień, kto nigdy nie przekonywał samego siebie do pójścia na niedzielną mszę słowem „trzeba” zamiast „potrzebuję”. I dla kogo solidarność z ubogimi jest sprawą tak naturalną, że nie musi nad nią pracować. Ostatecznie to kwestia wtórna wobec przyjęcia, że chrześcijaństwo wymaga od nas potwierdzenia nie tylko w praktykach pobożnościowych i w rozwoju życia duchowego, ale również – jako religia przenikająca całe nasze życie – w przestrzeni relacji społecznych. Gdy się z tym zgodzimy, kwestia, czy nazwiemy to obowiązkiem, powinnością czy konsekwencją, stanie się drugorzędna.

Drugi problem definicyjny jest poważniejszy i niesie ze sobą donioślejsze konsekwencje. Pytanie o to, czy mamy obowiązek pomagać ubogim, kojarzy mi się z dumnym stwierdzeniem niektórych mężów, że „pomagają swojej żonie w domu”. Otóż rzecz nie w tym, by żonie „pomagać” – co z góry zakłada, że prowadzenie domu to jej powinność – ale by w równej relacji dwojga ludzi dzielić się obowiązkami zawodowymi, rodzinnymi i domowymi. Podobnie można podejść do tematu pomagania ubogim. Takie postawienie sprawy – jakkolwiek intuicyjne i rozpowszechnione – wprowadza nas od razu w rzeczywistość relacji hierarchicznej, w której oto jest ten, który pomaga, oraz ten, któremu pomoc jest udzielana, a nie dwoje ludzi spotykających się ze sobą nawzajem.

Gdy słyszę więc pytanie, czy chrześcijanin ma obowiązek pomagać ubogim, myślę, że ma obowiązek robić znacznie więcej. Chrześcijanin powinien się z ubogimi solidaryzować.

Słowa mają moc

Ktoś może powiedzieć, że to językowe rozważania bez znaczenia. Tyle tylko że to, w jaki sposób myślimy i mówimy, przekłada się również na nasze działania. Dlatego warto przyglądać się nie tylko praktykom, jakie podejmujemy – także w Kościele – wobec osób potrzebujących, wykluczonych i ubogich, ale też narracjom, które przy tej okazji budujemy. By podać pierwszy z brzegu przykład:

istnieje różnica między słowami pewnego księdza, który – prowadząc bardzo znaną, bardzo dużą i, podkreślmy to, bardzo pożyteczną akcję pomocową – często powtarza, że „kocha pomagać”, a sformułowaniem pewnej siostry zakonnej prowadzącej równie znaną, szeroko zakrojoną i bardzo piękną działalność na rzecz osób w najtrudniejszej sytuacji, która zwykła mawiać, że „kocha swoich bezdomnych”.

Zresztą, gdy przyjrzymy się innym słowom (a także części działań) owego księdza oraz tejże siostry, zobaczymy konsekwencje, które z tej różnicy – widocznej przynajmniej w wypowiedziach publicznych – wynikają.

Nie chodzi oczywiście o to, by przeciwstawiać sobie poszczególne akcje. Większość z nich realizuje konkretne dobro, dochodząc do niego różnymi drogami. Ważne jednak, by być świadomym, że sposób niesienia wsparcia ludziom ubogim i potrzebującym ma znaczenie z bardzo wielu względów. I pamiętać, że słowa również mają moc.

O jaką moc chodzi? Dobrze ją widać, gdy przyjrzymy się bliżej kilku wciąż obecnym w przestrzeni publicznej sposobom mówienia o osobach ubogich i wykluczonych. Sytuacja ludzi doświadczających braku – niekiedy skrajnego – domaga się wszak zajęcia stanowiska przez sytych, żyjących w miarę stabilnie, w skrócie: tych, którzy posiadają (nawet jeśli nie są to wielkie majątki). Niektóre z tych stanowisk prowadzą jednak na manowce – również z perspektywy chrześcijańskiej.

Kto jest winien biedzie?

Pierwszą – najbardziej bodaj destrukcyjną – strategią jest dehumanizacja. Jeśli o osobach potrzebujących, np. znajdujących się w kryzysie bezdomności, będziemy mówić i myśleć w języku określającym na ogół zwierzęta lub śmieci, szybko „poradzimy sobie” z dylematem, czy powinniśmy im pomagać. To metoda ludzi, którzy głoszą, iż osoby bezdomne mają legowiska, a nie posłania, zalęgają się gdzieś, a nie mieszkają, kopulują, a nie uprawiają seks, łażą, a nie chodzą, mają brudne łapy, a nie ręce, noszą szmaty, a nie ubrania itd. Wyliczankę można kontynuować – kto nie ma jej dość, wystarczy, że poczyta komentarze pod pierwszym z brzegu artykułem o bezdomności w Internecie.

Drugą postawą jest obojętność. Jeśli uznamy, że bieda nie istnieje, a przynajmniej wypchniemy ją poza obszar naszej świadomości i zainteresowania, osiągniemy dobre, lecz kruche samopoczucie, którym zachwiać może każda sytuacja, gdy ubóstwo i cierpienie pojawią się w zasięgu naszego wzroku. A przecież się pojawią. Można je wtedy zbyć prostą konstatacją, że „tak już jest świat urządzony”, i racjonalizować to, co się stało, albo zacząć coś robić na rzecz tego, by świat urządzić nieco inaczej – wtedy jednak obojętność znika.

Skutecznym sposobem racjonalizacji jest trzecia strategia, czyli obarczanie ubogich i cierpiących winą za ich własną sytuację. To oczywiście pójście na intelektualną łatwiznę, a w istocie także wyraz poznawczej pychy, która sprawia, że wydaje nam się, iż umiemy ocenić ludzkie życie i stwierdzić, kto i w jakim stopniu odpowiada za swoją kondycję. To jednak postawa częsta, bo wygodna – jeśli bowiem uznać, że ubodzy czy osoby w kryzysie bezdomności „same są sobie winne”, tudzież „same tego chciały”, łatwo wysnuć błędny wniosek, że pomagać im nie należy. Dlaczego błędny? Gdyż na gruncie chrześcijaństwa między tymi stwierdzeniami nie ma żadnego wynikania. Czyż w scenie Sądu Ostatecznego Chrystus nie mówi także: „Byłem w więzieniu, a odwiedziliście mnie”, wskazując, że nawet jasna wina człowieka nie sprawia, iż nie należy mu się miłosierdzie? A cóż dopiero powiedzieć o sytuacji ludzi ubogich, których losy bywają tak pokomplikowane, że kategorie winy czy odpowiedzialności często w ogóle do nich nie przystają. Zresztą, nawet założywszy, że ktoś odpowiada przynajmniej w części za swoją sytuacją, czy naprawdę chcemy żyć w społeczeństwie, w którym za swoje błędy płaci się tak wysoką cenę, jaką płacą np. osoby w kryzysie bezdomności – zwłaszcza zimą?

Niestety, narrację obwiniania ubogich widać również w wypowiedziach niektórych działaczy i działaczek społecznych. Gdy niedawno przez polskie miasta przeszły pochody zorganizowane przez pewną organizację, jedna z osób w niej działających stwierdziła przed kamerą, że tym owa akcja różni się od innych, iż niesie pomoc ludziom, którzy nie są winni swojej sytuacji. Gdy usłyszałem jej słowa, zrobiło mi się zimno na myśl, iż ktoś naprawdę nie tylko uważa, że jest w stanie to ocenić, ale również sądzi, iż na podstawie swojej oceny sytuacji ma prawo komuś udzielić wsparcia lub go odmówić.

Bądź taki, jak ja chcę

Strategia obwiniania ubogich za ich los przyjmuje niekiedy bardziej radykalną formę (to już czwarty z wymienionych sposobów działania), jaką jest dyscyplinowanie i uzależnianie udzielenia pomocy od poddania się rygorowi owej dyscypliny. Oto ci, którzy przyjmują pomoc, powinni, po pierwsze, być za nią wdzięczni, po drugie zaś, zrobić z nią dokładnie to, co pomagający uważa za słuszne. Gdy do podnoszących się po krwawej wojnie krajów bałkańskich trafiły wózki inwalidzkie, okazało się, że obdarowani nimi ludzie nie korzystają z nich jako środka transportu dla okaleczonych osób (ze względu na fatalny stan dróg i chodników byłoby to w praktyce niemożliwe), ale do wożenia rzeczy. Niektórych bardzo to oburzyło. Inni wskazywali jednak, że przecież wózki się przydały. Co więcej, można śmiało założyć, że zostały wykorzystane do tego, do czego były najbardziej potrzebne.

Podobne sytuacje można dostrzec na krajowym podwórku. To, że osoba w kryzysie bezdomności prosi nas nie o jedzenie (bo zjadła w jadłodajni), ale o pieniądze, nie musi wcale oznaczać, że planuje je „przepić”. Być może odkłada na trzymiesięczny bilet na komunikację miejską, którego zakup jest zupełnie racjonalną strategią przetrwania mrozów. Albo na zdjęcie do dokumentów, które są potrzebne, by podjąć dalsze działania na rzecz poprawy swojej sytuacji.

Pokusa, by oczekiwać, że ubodzy będą tacy, jak sami tego chcemy, i tak też będą się zachowywać, jest olbrzymia. Ulegają jej również liderzy i liderki akcji pomocowych. Czasem – choćby nieświadomie – czyni to każdy. Gdy mój znajomy, mieszkający w schronisku dla osób bezdomnych, wygrał niedawno sprawę o odszkodowanie za niesłuszne uwięzienie, od razu zaczął wydawać otrzymane pieniądze: na laptop, aparat, dentystę, kolację na mieście. Gdy zasugerowałem mu, że powinien uważać, by – przecież jego, nie moje! – pieniądze nie rozeszły się zbyt szybko, w mig wyłapał dyscyplinującą nutę w moich słowach i powiedział: „Ignacy, ja nigdy w życiu nic nie miałem”.

Wreszcie piątą strategią podchodzenia do osób ubogich jest litość. Sama w sobie jest dobrym punktem wyjścia do dalszego działania. Gorzej jednak, gdy staje się równocześnie punktem dojścia. Wtedy w centrum stawiamy swoje emocje i potrzeby, a nie tych, którym pomagamy.

Pomoc to nie szlachetność

Każda z wyżej opisanych postaw zakłada postawienie siebie nie tylko w centrum, ale także ponad osobą potrzebującą. Każda prowadzi do budowania relacji opartych na władzy, a nie solidarności; jest hierarchiczna, a nie równościowa. Wszystkie one nie są, rzecz jasna, równie brzemienne w skutkach – dehumanizacja i obojętność prowadzą do bierności; obwinianie ubogich może, ale nie musi, przeradzać się w bierność; dyscyplinowanie potrzebujących i litość na ogół mają konsekwencję w sposobie, w jaki pomagamy innym, a nie w zaniechaniu tego wsparcia. Wszystkie one mają jednak coś wspólnego – oto ja, z pozycji władzy, mogę drugą osobę albo pozbawić człowieczeństwa, albo zignorować, orzec o jej winie, postawić jej jasne warunki uzyskania pomocy i je egzekwować, albo…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Ćwiczenia z uważności