Subskrybuj
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

Cicho, coraz ciszej

Kobiety od dawna są obecne w teologii. Ile z nich może jednak kontynuować badania naukowe? Ile zostaje wykładowczyniami albo zaczyna pracę w instytucjach kościelnych? Ile wreszcie – to zdarza się najczęściej – wybiera posadę nauczycielki religii?

Anna Mateja: Dlaczego Pani Profesor znalazła się w Niemczech? Dlaczego zdecydowała Pani – czy też za Panią zdecydowano – by porzucić Wydział Teologiczny Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu na rzecz Instytutu Teologii Katolickiej Uniwersytetu Koblencja-Landau?

Elżbieta Adamiak: To była moja decyzja. Na uniwersytecie w Poznaniu zajmowałam stanowisko adiunkta, co po habilitacji umożliwiało prowadzenie samodzielnej pracy. Doszłam jednak do wniosku, że moja uczelnia nie zapewni mi dalszego rozwoju, ponieważ Wydział Teologiczny w Poznaniu – gdzie pracowałam przez 16 lat od chwili jego reaktywacji na uniwersytecie w 1998 r. – przestał być miejscem prowadzenia wolnych badań naukowych. Naturalnie, w kadrze profesorskiej były i są osoby otwarte, ale przeważał kierunek „niewychylania się”.

Co było źle widziane? Pewne tematy albo konkretna metoda naukowa ? Czy może chodziło o atmosferę, która mówiła sama za siebie?

Odpowiedź na te pytania nie będzie możliwa bez przypomnienia pewnej historii. Zacznę od tego, że wprowadzenie teologii na świecką uczelnię stało się możliwe dzięki współpracy trzech ludzi: ordynariusza poznańskiego abp. Juliusza Paetza, dziekana Papieskiego Wydziału Teologicznego w Poznaniu ks. prof. Tomasza Węcławskiego i rektora Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza prof. Stefana Jurgi. Cieniem na historii wydziału położyła się do dziś niewyjaśniona całkowicie sprawa zarzutów, jakie pojawiły się w 2002 r. wobec abp. Paetza o molestowanie seksualne kleryków – czyli naszych studentów. Konsekwencją tamtych wydarzeń są dramatyczne decyzje, które podjął ks. Węcławski, odchodząc ze stanu kapłańskiego i z Kościoła katolickiego, później zmieniając nazwisko. Na uroczystości rocznicowe powstania wydziału prof. Tomasz Polak nie został zaproszony, mimo że 20 lat temu był jego dziekanem założycielem. Był jednak na nich obecny abp Paetz. Ten fakt mówi sam za siebie…

Dzięki działalności naukowej i ogromnemu zaangażowaniu osobistemu ks. prof. Węcławskiego na Wydziale Teologicznym i wokół niego pojawiło się wielu młodych teologów i teolożek. Dla nich tamte wydarzenia były wielkim rozczarowaniem. Cała sytuacja, zaledwie przeze mnie naszkicowana, była niesłychanie skomplikowana i po ludzku trudna dla każdej osoby związanej z teologią w Poznaniu: dla kadry wydziału, dla studentek i studentów. Wpłynęła też na osoby decydujące o rozwoju Wydziału Teologicznego, co znalazło odbicie w sposobie organizacji studiów i w inwestycjach budowlanych.

Proszę o przykład.
W pierwszych latach istnienia wydziału studentów dzielono na grupy, biorąc pod uwagę ich kolejność alfabetyczną na liście słuchaczy danego roku. W efekcie na zajęciach współpracowały ze sobą takie osoby świeckie, które przygotowywały się do przyjęcia święceń kapłańskich, takie, które były na drodze życia konsekrowanego (tu było więcej kobiet niż mężczyzn), i takie, które miały inne plany życiowe. Mówię, rzecz jasna, o zajęciach obowiązkowych dla wszystkich studiujących, a nie o tych, które przygotowywały do posługi kapłańskiej, w jakich uczestniczyli już tylko niektórzy. Rozczarowania i napięcia, które miały miejsce na wydziale po 2002 r., doprowadziły do tego, że kryterium podziału stało się planowane przyjęcie święceń kapłańskich.

Jak rozumiem, chodziło o to, żeby oddzielić przyszłych księży od ludzi świeckich. W jaki sposób te zmiany dotknęły bezpośrednio Panią Profesor?

Po pewnym czasie wykluczono mnie z prowadzenia ćwiczeń z klerykami. Mogłam co prawda prowadzić zajęcia dla nich w innych sekcjach wydziału, np. w seminarium duchownym ojców oblatów w Obrze albo na studiach podyplomowych UAM dla księży, ale w zwykłym, najbardziej powszechnym trybie – nie. Takie bariery pojawiły się za sprawą atmosfery wytwarzanej przez coraz bardziej dominującą grupę księży profesorów z Wydziału Teologicznego. Czasami – choć zdarzało się to bardzo rzadko – tę przewagę dawano mi odczuć w osobistych rozmowach.

Problemy, o których mówię, co muszę wyraźnie podkreślić, rozgrywały się na poziomie strukturalnym. Na wydziale nie brakowało bowiem osób, z którymi do dziś się przyjaźnię i mam dobry kontakt.

W pewnym momencie zadałam sobie pytanie, ile wewnętrznej energii chcę inwestować (bądź tracić) w pozyskiwanie uznania dla bliskich mi kierunków myślenia.

A jeśli się na to zdecyduję, ile pozostanie mi sił na dalszy rozwój naukowy? Znajomość języka i różnorodność kontaktów naukowych zaprowadziły mnie do Niemiec. Nie było to proste – procedury konkursowe na stanowiska profesorskie w tym kraju są dość skomplikowane.

Rozpoczęłam rozmowę od pytania o zmiany w życiu zawodowym Pani Profesor, bo dopuszczenie do tego, że z Polski wyjeżdża teolożka, by prowadzić zajęcia uniwersyteckie w innym kraju, jest dla mnie, choć niewyrażoną wprost, zgodą na milczenie kobiet w polskim Kościele. Nie mamy przecież zbyt wielu kobiet zajmujących się tą dziedziną naukową i z osiągnięciami. Jak Pani na to patrzy?

Dziękuję za to niewygodne pytanie. Podejmując taką, a nie inną decyzję co do swojej drogi zawodowej, nie zamierzałam ani nie zamierzam wycofywać swojego głosu z dyskusji prowadzonych na temat Kościoła w Polsce. Może trochę naiwnie zakładałam, że to się da pogodzić: pracę naukową w jednym kraju i obecność w debatach prowadzonych na bliskie mi tematy w kraju sąsiednim. Życie to zweryfikowało, nie zawsze po mojej myśli. Sprostanie wymogom systemu pracy dydaktycznej innego niż polski oraz konieczność pokazania na uniwersytecie w Landau własnej odrębności w dyscyplinie naukowej, która w Niemczech jest odmiennie zorganizowana, wymaga ode mnie dużego wysiłku.

Proszę też brać pod uwagę, że głos kobiet to raczej polifonia niż jeden punkt widzenia.

Zdaję sobie sprawę, że nie było Pani zamiarem wycofanie się z krajowych debat. Niemniej uczy Pani studentów w Niemczech, nie w Polsce.

Nie tylko ja odeszłam z Wydziału Teologicznego w Poznaniu w ostatnich latach. Tak zrobiło – lub musiało zrobić – sporo osób. Pracują w różnych miejscach – większość w Polsce, kilkoro za granicą. Byli to, co podkreślam, zarówno mężczyźni, jak kobiety. Sytuacja kobiet jest jednak o tyle inna, że bez męskich sprzymierzeńców trudno im w środowisku teologów zaistnieć.

Czy głos kobiet w Kościele w Polsce jest jeszcze mniej słyszalny i jeszcze mniej oczekiwany niż w innych Kościołach lokalnych?

Na pewno porównanie z Niemcami i innymi krajami niemieckojęzycznymi wypada zdecydowanie na niekorzyść Polski. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest stałe i niełatwe (zwłaszcza historycznie) współistnienie tutejszego Kościoła katolickiego z Kościołami ewangelickimi. Znaczenie ma też głęboko zakorzeniona w społeczeństwie tradycja oddolnej samoorganizacji, która obejmuje także Kościoły. Odprowadzanie przez wiernych podatku kościelnego zapewnia stabilność funkcjonowania wielu instytucjom kościelnym, zajmującym się np. działalnością społeczną, wychowawczą, kształceniem dorosłych. Wszystkie one działają głównie dzięki pracy świeckich. Istnieją też organizacje i projekty, których celem jest zwiększenie udziału kobiet w strukturach kościelnych.

Rozumiem, że możemy się zgodzić, iż głos kobiet w Kościele w Polsce jest mniej słyszalny niż np. w Niemczech. Niewiele jest teolożek. Jeszcze mniej kobiet zatrudnionych w kuriach biskupich na stanowiskach, z którymi wiązałaby się decyzyjność i odpowiedzialność. A można pokazać takie zachowania czy gesty polskich duchownych, w tym hierarchów, które świadczyłyby o tym, że komuś na tym kobiecym głosie zależy?

Wolałabym nie podawać przykładów imiennych.

W Pani diagnozie istotne jest stwierdzenie: „Niewiele jest teolożek”, choć wśród absolwentów teologii większość to kobiety. Badania Bartosza Bynowskiego, opublikowane w pracy zbiorowej z 2008 r., pt. Godzina kobiet? Recepcja nauczania Kościoła Rzymskokatolickiego o kobietach w Polsce w latach 1978–2005, wyraźnie pokazywały, że o ile nie brakuje studentek i absolwentek teologii, o tyle doktorantek jest dużo mniej, niż powinno być, biorąc pod uwagę wcześniejsze liczby. Jeszcze jaskrawiej było widać zmianę proporcji na niekorzyść kobiet na poziomie starania się o habilitację i uzyskiwania profesury. Podsumowując: nie chodzi o obecność kobiet w teologii, bo one od dawna są na wydziałach, ale o miejsca pracy, jakie im się oferuje po ukończeniu studiów. Ile z nich może kontynuować badania naukowe? Ile zostaje wykładowczyniami albo zaczyna pracę w instytucjach kościelnych? Ile wreszcie – to zdarza się najczęściej – wybiera posadę nauczycielki religii?

To można zmienić. Wymienię kilka przykładowych działań. Zaczęłabym od wcześnie rozpoczynanej formacji liturgicznej, w duchu soborowym, polegającej na równym dostępie dziewcząt i chłopców, a później kobiet i mężczyzn, do funkcji i posług. Ich listę przedstawiałam wielokrotnie, choćby w wydanej po raz pierwszy w 1999 r. książce Milcząca obecność. O roli kobiety w Kościele.

Wszystkie opisała Pani, powołując się na dokumenty i Biblię. Przypomnę niektóre, zaliczone do „posługi kościelnej”: lektorka i akolitka, szafarka Eucharystii, ministrantka. Kobiety mogą uczestniczyć w soborze powszechnym i synodzie diecezjalnym, współtworzyć rady diecezjalne i parafialne. Nie jest wykluczona ich konsultacja przy okazji podejmowania decyzji o mianowaniu biskupa. Za zgodą konferencji episkopatu mogą zostać m.in. sędziami diecezjalnymi, asesorami czy notariuszami. Także funkcje związane z zarządzaniem ekonomicznym są w ich zasięgu.Różnorodność pozwala wziąć odpowiedzialność za Kościół na wszystkich płaszczyznach, zależnie od tego, jak – mówiąc teologicznie – rozwija się nasz własny charyzmat. Nie mam więc na myśli tworzenia osobnych funkcji dla dziewczyn czy kobiet, ale współuczestnictwo w już istniejących. Z kolei używając słowa „współodpowiedzialność”, zakładam, że chodzi także o gremia lub stanowiska umożliwiające podejmowanie decyzji. Krótko mówiąc: wszelkie działania duchownych, które zmierzają do nadania świeckim podmiotowości w Kościele – wszystkim świeckim, nie tylko chłopcom i mężczyznom – uznaję za sprzyjające kobietom. Uzasadnień teologicznych, biblijnych czy wynikających z prawa kanonicznego, sprzyjających angażowaniu kobiet w życie Kościoła nie brakuje. Szwankuje realizacja. Z jednej strony mówimy o centralnej roli Maryi w…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Cenzura w Kościele