Kary dla księży, o jakich czytamy w polskiej prasie, są innego rodzaju niż te nakładane na teologów przez Kongregację Nauki Wiary. Nie pochodzą od watykańskich dykasterii, ale od miejscowych przełożonych: biskupów lub prowincjałów. Jako wierni i społeczeństwo dowiadujemy się tylko o takich sankcjach, które dotyczą działalności publicznej księży, a nie np. nadużywania alkoholu. Istnieje wiele powodów, ze względu na które kara może być nakładana, najczęściej jednak wywołują je: wypowiedzi niezgodne z nauką Kościoła, opinie, które godzą w jego dobro lub prowadzą do zgorszenia, wreszcie: okazywane nieposłuszeństwo. O tym, kto może nałożyć karę, rozstrzyga inkardynacja – zyskiwane podczas święceń (diakonatu lub prezbiteratu) przyporządkowanie do poszczególnej diecezji lub zgromadzenia zakonnego. Kodeks Prawa Kanonicznego nie dopuszcza możliwości występowania księży „tułaczy”. To właśnie ze względu na inkardynację szeroko komentowanych w mediach sankcji dla ks. Adama Bonieckiego, członka Zgromadzenia Księży Marianów, nie mógł zdjąć żaden biskup, wyznaczył ją bowiem prowincjał tego zakonu. Jednocześnie tłumaczy to fakt dotychczasowej bezkarności ks. Tadeusza Rydzyka – mimo że jego działalność publiczna już nie raz budziła kontrowersje i ściągała na siebie krytyczne uwagi hierarchów. Jako redemptorysta musi się on liczyć przede wszystkim z przełożonymi w swoim zgromadzeniu.
Kodeks Prawa Kanonicznego wylicza różne kary: od najsurowszych, jakimi są ekskomunika (wyłączenie ze wspólnoty wiernych) czy suspensa (ograniczenie pełnienia funkcji kapłańskich), po różnego rodzaju zakazy, pozbawienie sprawowanych funkcji i przeniesienie. Przewiduje także nagany i upomnienia kanoniczne.
Lustracja
Zagadnieniem, które sprowokowało największą liczbę sankcji w polskim Kościele, była lustracja. Za kluczową postać dla procesu rozliczenia się duchownych ze współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa PRL uznać trzeba ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego – do 2005 r. znanego przede wszystkim jako duszpasterz polskich Ormian, współzałożyciel i prezes Fundacji im. Brata Alberta, niosącej pomoc osobom niepełnosprawnym intelektualnie, a także jako duszpasterz nowohuckiej Solidarności w latach 80. Jak pisał we wstępie do swej książki Księża wobec bezpieki, przez długi czas nie myślał nawet o tym, by udać się do IPN-u w celu zapoznania się z aktami SB – również z własną teczką (był osobą inwigilowaną). Gdy z radia dowiedział się jednak, że w archiwach bezpieki zachowała się taśma wideo nakręcona po jego drugim pobiciu w roku 1985 (na jej podstawie stacja TVN wyemitowała reportaż pt. Zniszczyć księdza), zmienił zdanie. Spotkanie z aktami było dla niego „doświadczeniem porażającym” – wstrząsnął nim fakt, że donosicielami byli księża powszechnie znani i cenieni. Zwrócił na ten problem uwagę władz kościelnych, jednak one nie podjęły wówczas konkretnych działań. Postanowił więc zaapelować do duchownych o samooczyszczenie, ale jego wezwania do ujawnienia się byłych agentów i współpracowników SB oraz występy medialne, w których nagłaśniał sprawę, okazały się nieskuteczne. W konsekwencji rozpoczął samodzielne badania historyczne w archiwach IPN.
Wobec ks. Isakowicza-Zaleskiego przełożeni sankcje zastosowali dwukrotnie. Po raz pierwszy 31 maja 2006 r. Pismo, które podpisał metropolita krakowski kard. Stanisław Dziwisz, głosiło: „Wyrażam moje ubolewanie i dezaprobatę wobec działań podejmowanych przez Księdza (…) w związku z upublicznianiem nazwisk księży archidiecezji krakowskiej podejrzewanych o współpracę ze służbami bezpieczeństwa PRL. Rzucanie oskarżeń wobec konkretnych osób tylko w oparciu o pobieżne zaznajomienie się z materiałami, bez wnikliwych studiów historycznych, które pozwolą na obiektywną ocenę wiarygodności zgromadzonej dokumentacji, jest zachowaniem wysoce nieodpowiedzialnym i krzywdzącym. Przypominam, że nie upoważniłem Księdza do zajmowania się tą sprawą, ale zleciłem to zadanie kompetentnym osobom dysponującym historyczną wiedzą i doświadczeniem oraz gwarantującym bezstronne spojrzenie na tak delikatną materię. (…) Bez mojej zgody proszę nie podejmować żadnych działań w tej sprawie”. Upomnienie było reakcją kurii na zapowiedź konferencji prasowej, podczas której ks. Isakowicz-Zaleski miał ujawnić listę nazwisk kapłanów podejrzanych o współpracę z tajnymi służbami PRL.
Kontynuowanie badań stało się możliwe po spotkaniu ks. Isakowicza-Zaleskiego z kard. Dziwiszem, które miało miejsce pod koniec czerwca. Aby uczynić zadość postulatom metropolity, ks. Isakowicz-Zaleski rozesłał listy do kapłanów, którzy figurowali na jego wykazie, by mogli ustosunkować się do stawianych im zarzutów formułowanych na podstawie akt SB. Swoboda działań księdza nie potrwała długo.
Po raz drugi kuria interweniowała 17 października 2006 r. – ks. Isakowicz-Zaleski otrzymał wówczas nakaz powstrzymania się od wszelkich wypowiedzi publicznych na temat kontaktów i współpracy duchownych z SB. Komunikat był bardzo ostry – oskarżano go, że „narusza poważnie komunię Kościoła, wypacza obraz kapłana, który staje się inkwizytorem, niemiłosiernym i bezwzględnym oskarżycielem”.
Ks. Isakowicz-Zaleski czuł się dotknięty zarzutem o rozbijanie jedności Kościoła, stawianym wcześniej – jak pisał – tylko Lutrowi i Husowi. Jak wspominał później, pod wpływem tych oskarżeń nosił się nawet z zamiarem zrzucenia sutanny. Kuria argumentowała zaś, że ksiądz „poważnie nadużył zaufania” kard. Dziwisza, który zezwolił mu właściwie wyłącznie na badanie represji, jakie spotkały duszpasterza Ormian osobiście, tymczasem ten złożył 9 października 2006 r. w Wydawnictwie Znak maszynopis całej książki nt. stosunku księży krakowskich do działań SB. Ostatecznie książka pt. Księża wobec bezpieki na przykładzie archidiecezji krakowskiej ukazała się w lutym 2007 r. Jej publikacji do końca towarzyszyła niepewność – wydawca postawił warunki: uznanie jej treści za w pełni odpowiadającą prawdzie historycznej przez kompetentnych i miarodajnych historyków, zdjęcie z autora zakazu dyscyplinarnego nałożonego przez kurię krakowską oraz wydanie przez metropolitę krakowskiego oceny moralnej książki. Kard. Dziwisz mimo zapowiedzi wydania takiej opinii (w piśmie z 17 października 2006 r. zastrzegł on sobie prawo moralnej oceny) nie przedstawił jej, ale też nie zakazał publikacji książki.
Warto odnotować, że oprócz dwóch interwencji kurii, ks. Isakowicz-Zaleski spotkał się w tym czasie ze sporą krytyką ze strony hierarchów Kościoła. Najdosadniej wybrzmiała ona w ustach kard. Józefa Glempa, który określił go mianem „nadubowca”, stwierdzając, że ten „węszy i tropi księży po całej Polsce, nie mając ku temu żadnego mandatu” (za te stwierdzenia prymas przeprosił później w prywatnym liście). Lustracyjna aktywność ks. Isakowicza-Zaleskiego oddziaływała także na innych duchownych. We wrześniu 2006 r. za przeprowadzenie i opublikowania na stronie Tezeusz.pl wywiadu z duszpasterzem Ormian kara spadła na jezuickiego diakona Andrzeja Miszka. W rozmowie pojawiły się informacje o dwóch krakowskich jezuitach, którzy mieli współpracować z bezpieką (TW Kazek i TW Anteusz), a także podejrzenia wobec innych współbraci. Jezuici byli też w niej krytykowani za opieszałość w rozliczeniu się z przeszłością. Miszk został decyzją prowincjała o. Krzysztofa Dyrka SJ przeniesiony z Krakowa do Wrocławia, a jednocześnie otrzymał zakaz wypowiadania się publicznie nt. lustracji. Karę przyjął, choć argumentował, że lustracja nie jest sprawą zakonu, ale całego Kościoła i społeczeństwa polskiego. Diakonowi odmówiono w kolejnym roku dopuszczenia do święceń prezbiteratu, a następnie pod pretekstem nieposłuszeństwa usunięto z zakonu.
W obronie diakona Miszka stanął o. Krzysztof Mądel SJ, który komentował sprawę w ten sposób: „To wygląda tak, jakby ktoś naciskał na prowincjała, aby uciszył księdza Andrzeja”. W konsekwencji o. Mądel musiał przenieść się z Krakowa do Kłodzka. Otrzymał też upomnienie i zakaz wypowiadania się dla mediów. Prowincjał jezuitów tłumaczył później, że Miszk i Mądel zostali ukarani „nie za szukanie prawdy, ale za świadome, publiczne i ostentacyjne łamanie poleceń przełożonych, za nieodpowiedzialne wypowiedzi naruszające jedność umysłów i serc wspólnoty, do której dobrowolnie wstąpili i w której obowiązuje pewien sposób postępowania”.
###banner###
Siedem lat później o. Krzysztof Mądel otrzymał drugą karę. W roku 2013 r. zakaz wypowiadania się w mediach (także w Internecie) miał już jednak inną przyczynę. Nieoficjalne domniemywano, że był nią wywiad pt. Kto się boi Franciszka? udzielony „Gazecie Wyborczej”, w którym – broniąc ks. Lemańskiego – skrytykował, po pierwsze, abp. Henryka Hosera, sugerując, że „funkcjonuje [on], jakby w Polsce dalej trwał komunizm, jakby wszyscy tylko czyhali, żeby go zjeść”, oraz po drugie, ks. Franciszka Longchamps de Bériera, którego określił mianem „habilitowanego nieuka” (co było odniesieniem do jego wypowiedzi o „bruździe dotykowej” pojawiającej się rzekomo u dzieci urodzonych dzięki zapłodnieniu in vitro). Jako drugi powód wskazywano wpis na portalu natemat.pl, w którym o. Mądel krytykował współbrata o. Aleksandra Jacyniaka SJ za upolitycznione kazanie wygłoszone w 40. „miesięcznicę” katastrofy smoleńskiej. Później okazało się jednak, że sankcja miała być następstwem „incydentu wewnątrzzakonnego”, który zaszedł we wspólnocie w Nowym Sączu. Jak tłumaczono po publikacji wywiadu, o. Mądel „sprowokowany [poprzez uderzenie gazetą i nazwanie go „sk…” – przyp. M.B.] miał uderzyć oraz ranić jednego ze współzakonników”.
Antysemityzm i nacjonalizm
Drugi temat, z którym Kościół bez wątpienia ma problem, to stosunek do Żydów. W klarowny sposób pokazuje to sprawa sprzed ponad 20 już lat z udziałem o. Stanisława Musiała SJ i ks. Henryka Jankowskiego. Ks. Jankowski, legendarny kapelan Solidarności, w roku 1997 wciąż (od 1970 r.) pełniący urząd proboszcza parafii św. Brygidy w Gdańsku, znany był ze swego politycznego zaangażowania. Medialne kontrowersje wywoływały m.in. przygotowywane przez niego wielkanocne Groby Pańskie, zawierające silny przekaz ideologiczny. Gdy w 1997 r. formował się rząd koalicji AWS i UW, ks. Jankowski wygłosił z ambony następujące zdanie: „nie można tolerować mniejszości żydowskiej w polskim rządzie, bo naród się tego boi”. Była to aluzja skierowana przede wszystkim pod adresem Bronisława Geremka, wówczas kandydata na stanowisko ministra spraw zagranicznych. W odpowiedzi na te słowa abp Gocłowski nałożył na ks. Jankowskiego roczny zakaz głoszenia kazań – oficjalnym uzasadnieniem było uczynienie z ambony „trybuny politycznej”. Musiał, od lat zaangażowany w promowanie dialogu chrześcijańsko-żydowskiego (m.in. w rozwiązanie sporu o obecność klasztoru Karmelitanek na terenie byłego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau), został poproszony przez redakcję „Tygodnika Powszechnego” o komentarz nt. reakcji Kościoła na antysemickie kazanie ks. Jankowskiego. Napisał artykuł Czarne jest czarne, za który rok później otrzymał nagrodę Grand Press. Tekst zawierał zdecydowaną krytykę hierarchów za brak stanowczego potępienia antysemityzmu, co określił mianem banalizacji zła. Kara na o. Musiała spadła jednak dopiero w sierpniu 1998 r. po publikacji tekstu Zaciśnięte pięści przeciw, w którym skrytykował polskich biskupów za brak reakcji na upolitycznienie krzyża podczas akcji zainicjowanej na oświęcimskim żwirowisku przez b. posła Kazimierza Świtonia. Kard. Józef Glemp nazwał go wówczas „reprezentantem opcji żydowskiej”, a zakonni przełożeni wystosowali pisemny zakaz wypowiedzi publicznych „w sprawie krzyży oświęcimskich i tematów pokrewnych”.
Dodać należy, że w przypadku ks. Jankowskiego zakaz głoszenia kazań trwał de facto o wiele dłużej – do 2008 r., kiedy to uchylił go nowy metropolita gdański – abp Sławoj Leszek Głódź. Wcześniej, w 2004 r. (tuż przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej), kara dla niego została nawet zaostrzona – w reakcji na Grób Pański wyrażający sprzeciw wobec integracji europejskiej abp Gocłowski pozbawił prałata probostwa w parafii św. Brygidy (drugim powodem odsunięcia był „nieład etyczny tolerowany [przez ks. Jankowskiego – przyp. M.B.] na plebanii”; dziś wiemy, że „nieład” ten był znacznie poważniejszy, niż się wówczas wydawało…). Co ciekawe, decyzji takiej nie wywołała instalacja wielkopiątkowa, którą prałat przygotował w swojej parafii trzy lata wcześniej – przedstawiał on zwęgloną stodołę w Jedwabnem z ludzkim szkieletem w środku. Towarzyszący jej napis informował: „Żydzi zabili Pana Jezusa i Proroków i nas także prześladowali”.
Posługując się współczesnym językiem, można by tę sytuację ocenić jako przejaw „symetryzmu”: karę otrzymał zarówno Jankowski, jak i Musiał. Warto jednak zwrócić uwagę na wypowiedziane po czasie słowa o. Musiała: „Zakaz zakazowi nie jest równy. Ks. Jankowski głosił poglądy antysemickie. Antysemityzm – jak uczy Kościół – jest grzechem. W moim przypadku nie głoszę grzesznych poglądów. Uważam, że zakaz był podyktowany chwilą, by w danym momencie, tzn. w sierpniu 1998 r., nie dolewać oliwy do ognia”.
Pytanie, czy brak potępienia wprost antysemickich słów gdańskiego prałata nie ustanowił dla nich w przyszłości cichej tolerancji. Kwestia ta wybrzmiewa szczególnie mocno w kontekście aktywności ks. Jacka Międlara, do 26 września 2016 r. członka zgromadzenia Księży Misjonarzy św. Wincentego à Paulo. To interesujący przypadek, ponieważ zakonni przełożeni zastosowali wobec niego różne kary: przeniesienie, zamknięte rekolekcje, różnego stopnia zakazy – aż do niezgody na jakiekolwiek wystąpienia publiczne, organizowanie wszelkiego rodzaju zjazdów, spotkań i pielgrzymek, zakazano mu także aktywności w środkach masowego przekazu. Młody ksiądz zapracował na to w ciągu kilku miesięcy. Zaczęło się od udziału w marszu antyimigranckim, który we wrześniu 2015 r. miał miejsce we Wrocławiu. Na czele niesiono transparent: „Za zdradę narodu spotka cię kara, zawiśniesz na sznurze, ty k… stara”. Miał on być wiadomością dla premier Ewy Kopacz, która wcześniej zgodziła się na unijny program relokacji uchodźców, wymagający od Polski przyjęcia określonych kwot imigrantów. Ks. Międlar wołał ze sceny: „Będą o was mówić, że jesteście faszystami! Ja często słyszę, że jestem księdzem faszystą. Bzdura! Niech sobie gadają”.
Ks. Międlar przemawiał też 11 listopada na warszawskim Marszu Niepodległości, zwracając się do narodowców i kiboli: „Moi drodzy, jesteście wielką armią Kościoła, wielką armią Polski”, która ma obronić siebie, Kościół i kraj przed „lewacką propagandą”. Mimo pierwszych upomnień, przenosin i zakazów (formalnie nie przedstawiano przyczyn tych decyzji: „nie możemy – mówił ks. Adam Borowski, sekretarz prowincji – publicznie przedstawić powodów zmiany [miejsca zamieszkania i posługi – przyp. M.B.] ks. Jacka, gdyż dotyczą one wewnętrznych spraw zgromadzenia”), nadal uczestniczył w nacjonalistycznych wydarzeniach – np. dzień po przeprowadzce z parafii św. Anny we Wrocławiu do Zakopanego wziął udział w organizowanych przez ONR uroczystościach 69. rocznicy śmierci Józefa Kurasia „Ognia”.
Kulminacyjnym punktem jego działalności były 82. obchody powstania ONR w katedrze w Białymstoku (16 kwietnia 2016 r.). W kazaniu poprzedzającym przemarsz przez miasto ks. Międlar mówił m.in.: „Największą zatem przeszkodą na drodze ruchu wolnościowego, ruchu poszukującego prawdy, ruchu zdążającego do umocnienia narodu nie są oligarchowie, mafia, establishment czy wrogowie, ale jest zwykłe tchórzostwo, zwykła żydowska pasywność, która wkrada się w grupy społeczne na całym świecie. Bo, moi drodzy, tchórze nie chcą móc zrzucić kajdan niewoli, bojąc się przy tym przelania choćby jednej kropli krwi”. To w reakcji na te słowa i towarzyszące im zielone flagi ze znakiem falangi oświadczenia wydali m.in.: arcybiskupi Gądecki i Polak, mówiąc o dezaprobacie dla „wykorzystywania świątyni do głoszenia poglądów obcych wierze chrześcijańskiej”. Słowom wygłoszonym przez ks. Międlara przyglądała się także na wniosek posłanki Joanny Scheuring-Wielgus prokuratura, która ostatecznie po zasięgnięciu opinii biegłych nie postawiła mu zarzutów. Za zgłoszenie sprawy młody duchowny odgryzł się ówczesnej posłance Nowoczesnej na Twitterze: „Konfidentka, zwolenniczka zabijania (aborcji) i islamizacji. Kiedyś dla takich była brzytwa! Dziś prawda i modlitwa?”. Wypowiedź wywołała ze strony przełożonego ks. Kryspina Banko przypomnienie o nałożonych zakazach, m.in. zakazie aktywności w środkach masowego przekazu, i obowiązującym duchownego ślubie posłuszeństwa. Ks. Międlar odpowiedział na to decyzją o wystąpieniu z zakonu (co oznaczało jednocześnie utratę możliwości sprawowania funkcji kapłańskich). Poinformował o tym 27 września 2016 r. Nie był to koniec publicznej działalności Jacka Międlara, ale od tego momentu nie występował już w sutannie.
Kazus ks. Lemańskiego
Z problematyką żydowską mocno związany jest także przypadek ks. Wojciecha Lemańskiego – tylko związany, ponieważ w niej się nie wyczerpuje. W prasie poświęcono mu wiele miejsca. Jest to sprawa tak złożona, że wręcz nie można przedstawić jej w telegraficznym skrócie, zwłaszcza, że to detale, pojedyncze słowa i gesty składały się na jej specyfikę. Z konieczności ograniczę się do zarzutów, jakie mu przedstawiono, wzmiankując tylko ich kontekst. Przede wszystkim wyliczyć można sprawy błahe – o których informował sam ks. Lemański – unikanie organizowanych w dekanacie wspólnych obiadów dla księży (przyczyną jego nieobecności miały być opowiadane tam antysemickie dowcipy) oraz fakt, że zamiast z duchownymi ks. Lemański witał się w pierwszej kolejności ze świeckimi. Do poważniejszych należał zarzut postawiony w 2009 r. przez komisję wizytującą parafię na wniosek kurii warszawsko-praskiej: „niedopuszczalne upodobnianie kościoła do synagogi”. Uwaga ta odnosiła się do przygotowanego według projektu ks. Lemańskiego (inspirację zaczerpnął z kościoła w Norymberdze) tzw. tronu Słowa Bożego (skrzynki w kształcie zwojów Tory służącej do przechowywania ewangeliarza i lekcjonarzy).
Od przedstawicieli kurii ks. Lemański miał usłyszeć jeszcze inne zarzuty: np., że „zagalopował się trochę w dialogu z Żydami” (bezpośrednio od ordynariusza diecezji otrzymać zaś miał pytanie, czy jest obrzezany…).
Pierwsze upomnienie kanoniczne ks. Lemański otrzymał 17 stycznia 2012 r. (data symboliczna w kontekście jego działalności: w Kościele katolickim w Polsce to Dzień Judaizmu). Jako uzasadnienie abp Hoser wskazywał: deprecjonowanie osób i posługi biskupów i kapłanów; naruszanie dóbr osobistych i dobrego imienia w publikacjach i przepowiadaniu; podejmowanie decyzji dotyczących parafii bez zgody kompetentnej władzy kościelnej; konfliktowanie miejscowej społeczności; brak współpracy z władzami samorządowymi i oświatowymi.
Kolejne upomnienie oraz zakaz występów w mediach otrzymał 24 maja 2013 r. Była to konsekwencja słów, które trzy tygodnie wcześniej wypowiedział w programie Tomasz Lis na żywo. Mówił: „Jestem przeciwnikiem in vitro, ale odrzucam język, w jakim mówi o nim episkopat”. Dopowiadał także: „Nie akceptuję i odrzucam również język zawarty w dokumencie bioetycznym episkopatu. Jest hermetyczny”. Ten występ telewizyjny zaciążył też z pewnością na dekrecie z 5 lipca 2013 r. o usunięciu ks. Lemańskiego z funkcji proboszcza w Jasienicy (odbyło się to w atmosferze skandalu: parafianie bronili swego dotychczasowego proboszcza, kościół został przez ordynariusza diecezji tymczasowo zamknięty). Zarówno w tym przypadku – jak i przy wcześniejszych zakazach (występowania w mediach czy odebrania możliwości prowadzenia katechezy) – ks. Lemański wystosował rekurs, a więc odwołanie do watykańskiej Kongregacji ds. Duchowieństwa. Wszystkie (także następne) zostały odrzucone. Kolejnym kluczowym wydarzeniem był udział ks. Lemańskiego w Przystanku Woodstock 1 sierpnia 2014 r. Wypowiedź, którą tam sformułował, znów wywołała poruszenie. Chodziło zwłaszcza o słowa odnoszące się do biskupów: „»Czy nasi biskupi się zmienią?« Prawdopodobnie nie. Jeden z biskupów, który był moim profesorem w seminarium (…) powiedział nam coś takiego: »To pokolenie musi wymrzeć«. Brzydkie słowa, ale oni się już nie zmienią”. Z tej wypowiedzi ks. Lemański tłumaczył się w kurii, wyjaśnienia zostały przyjęte, abp Hoser zezwolił mu nawet na odprawienie mszy św. w Jasienicy z okazji pikniku organizowanego 10 sierpnia na 100-lecie tamtejszej Ochotniczej Straży Pożarnej. Zgoda ta została jednak po kilku dniach cofnięta. Pytany przez dziennikarzy o przyczyny takiego obrotu sprawy, ks. Lemański odpowiadał żartobliwie, nawiązując do odbytej właśnie wędrówki na Jasną Górę: „Może za wolno szedłem na pielgrzymce?”. Po tym wydarzeniu…